Kategorie: Wszystkie | Film | Historia | Książki | Teatr | Wypady
RSS
niedziela, 25 stycznia 2015
Sosabowski, Montgomery, Holendrzy i Polacy

Stanisław Sosabowski, Droga wiodła ugorem, okładka, recenzjaPierwszą osoba, która spotkała polskich spadochroniarzy lądujących na holenderskiej ziemi pod Arnhem, była Cora Baltussen. Wyszła im naprzeciw zapewne dlatego, że jako jedna z nielicznych w okolicy znała język angielski. Udzieliła Polakom niezbędnych informacji na temat znajdujących się w okolicy Niemców, zaopiekowała się rannymi. Tak zaczęły się dzieje pewnej szczególnej przyjaźni. Pani Cornelia Baltussen utrzymywała przyjacielskie kontakty z żołnierzami Brygady Spadochronowej także po wojnie, zorganizowała komitet Driel-Polen (Driel to miasteczko, które zajęła Brygada po wylądowaniu w Holandii). Dbała też o dobre imię polskich spadochroniarzy, zabiegała o nadanie im odznaczeń holenderskich. Mimo pozytywnego stanowiska królowej holenderskie ministerstwo obrony wciąż odmawiało nadania tych odznaczeń. Już w latach dwutysięcznych narastała w tej sprawie coraz większa presja społeczna. Po rozgrzebaniu archiwaliów okazało się, że holenderskie ministerstwo działało pod brytyjskie dyktando i wyszła na jaw jeszcze ciekawsza historia związana z mnożeniem przez Anglików zarzutów wobec gen Sosabowskiego i wobec Brygady Spadochronowej. W Polsce niestety historia zapomniana, a zdecydowanie warta pamięci.

Chodziło mianowicie o to, że Anglicy, a dokładnie gen. Browning, dowódca brytyjskiego Korpusu Spadochronowego, po bitwie pod Arnhem wystąpili z żądaniem odwołania z funkcji gen. Sosabowskiego, co zresztą się niestety stało. Najciekawsza była argumentacja: współpraca z gen. Sosabowskim bywa trudna, a poza tym pod Arnhem Polacy pod jego dowództwem unikali walki i nie udzielili Brytyjczykom stosownej pomocy. Ta ostatnia przesłanka jest po prostu podła i warto o tym jasno mówić. Sosabowski przed rozpoczęciem operacji „Market Garden” zgłaszał do niej wiele zastrzeżeń. Pod jego wpływem wprowadzone do planu modyfikacje. Przebieg wydarzeń potwierdził, że operacja miała istotne wady w planistyce, a wątpliwości gen. Sosabowskiego potwierdziły się w całej rozciągłości. Z kolei gen. Montgomery brał na siebie całą odpowiedzialność za planowanie tej operacji, ale do oczywistych błędów wcale nie miał zamiaru się przyznać. Trzeba było znaleźć kozła ofiarnego, a Sosabowski się do tego dobrze nadawał, bo można było upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu: znaleźć winnego i pozbyć się niepokornego generała. Jego niepokorność polegała na stałej walce o właściwe zabezpieczenie polskich interesów, co w Londynie Sikorskiego bynajmniej nie było tak powszechne, jak by się wydawało. Chodziło na przykład o status samodzielności brygady, o zapewnienie jej użycia w całości jako odrębnej jednostki (pod Arnhem było inaczej), o wykorzystanie jej w walce dopiero po zamknięciu pełnego cyklu szkoleniowego itd.

Generał Sosabowski w akcji pod ArnhemOperacja „Market Garden” się skończyła, a gen. Browning wystąpił do Sosabowskiego o wytypowanie do odznaczenie szczególnie bohaterskich polskich żołnierzy. Po kolejnych kilkunastu dniach sytuacja się zmieniła, tym razem mówiono u unikaniu walki, a nie o bohaterstwie. Stał za tym gen. Montgomery, który zamierzał siebie wybielić kosztem oczernienia polskich spadochroniarzy tak nieudolnie użytych pod Arnhem. To właśnie było z jego strony paskudne . Co więcej, Polacy wydają się o całej tej rzeczywistości zapominać. Jak się wczytać we wspomnienia Sosabowskiego, to właściwie jest to jasne, w kilku książkach też mniej lub bardziej dokładnie sprawa jest opisana, ale z szerszej świadomości historycznej Polaków sprawa została wyparta. O Montgomerym różne rzeczy się w Polsce pisze, ale o tym akcie podłości zwykle się zapomina. Moim zdaniem warto o tym mówić, postać gen. Montgomery’ego powinna być w Polsce objęta historyczną infamią, tak haniebnych zachowań nie powinno się puszczać płazem.

Inaczej niż Polacy (tak rzekomo skoncentrowani na swojej historii) Holendrzy nie zapomnieli. Do wysiłków Cory Baltussen mających na celu przywrócenie Brygadzie Spadochronowej dobrego imienia i jednocześnie wyrażenie wdzięczności jej żołnierzom a zwłaszcza jej dowódcy przyłączyli się kolejni młodzi ludzie, w tym dziennikarze. Sprawa zrobiła się w Holandii głośna (inaczej niż w Polsce). Kunktatorstwo ich Ministerstwa Obrony było coraz bardziej irytujące. W końcu udało się doprowadzić do nadania Sosabowskiemu pośmiertnie Orderu Brązowego Lwa, a sztandarowi brygady Orderu Wojskowego im. Króla Wilhelma I, najwyższego holenderskiego odznaczenia wojennego. Na uroczystości wręczenia tych odznaczeń była holenderska królowa, mnóstwo ichniejszych oficjeli, a w głównym kanale telewizji była pełna transmisja plus sporo dodatkowa materiałów filmowych o Polakach. W Polsce sprawa przeszła prawie niezauważona, a najwyższym reprezentantem władz z Warszawy był minister Janusz Krupski szef Urzędu ds. Kombatantów. Na szczęście lokalna TVP Szczecin przygotowała na ten temat film Honor generała w reż. Joanny Pieciukiewicz, dzięki czemu posiadam jakieś informacje na ten temat, którymi zresztą się właśnie dzielę.

Grób gen. Sosabowskiego na warszawskich Powązkach wojskowych

Bardzo się cieszę, że Holendrzy pamiętali i pomimo serwilistycznego stanowiska własnego Ministerstwa Obrony ostatecznie doprowadzili do odznaczenie Sosabowskiego. Haniebne zachowanie generałów Montgomery’ego i Browninga powinno być w Polsce pamiętane i ci panowie powinni być oceniani proporcjonalnie do swojej podłości. A TVP Historia podziękowania za emisję Honoru generała.

Honor generała, film w reż. Joanny Pieciukiewicz, Polska 2007.

Stanisław Sosabowski, Droga wiodła ugorem, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1990.

poniedziałek, 02 grudnia 2013
Eksport polskiego uzbrojenia w II Rzeczypospolitej

Długo nic nie pisałem na blogu. Sprawy zawodowe przydusiły inne aktywności. W tym czasie odrabiałem czytelnicze zaległości w odniesieniu do jednego z najbardziej mnie interesujących tematów, czyli do historii polskiej armii w okresie II Rzeczypospolitej. Skutkiem oddania się tej pasji jest poniższa nota, być może trochę za długa i za bardzo szczegółowa. Zamieszczam ją tutaj, na blogu ogólnokulturalnym, bo dobrze dokumentuje, czym się ostatnio czytelniczo fascynuję i z jakimi mniej więcej efektami.


 

M. P. Deszczyński, W. Mazur, Na krawędzi ryzyka. Eksport polskiego sprzętu wojskowego w okresie międzywojennym, okładka, recenzjaDawno nie czytałem książki naukowej z takim zainteresowaniem.[1] Pod wieloma względami jest to publikacja wzorowa. Oparta została o dogłębną kwerendę źródłową archiwaliów krajowych, w tym zwłaszcza wnikliwe przekopanie zasobów Centralnego Archiwum Wojskowego. Orientacja autorów w literaturze przedmiotu jest imponująca, a warto nadmienić, że armia II Rzeczypospolitej i kampania wrześniowa cieszą się dużym zainteresowaniem i ilość publikacji na te tematy jest ogromna. Poza tym autorzy starają się zachować obiektywizm w swoich badaniach, a ustaleniom nadać charakter czysto rzeczowy. Oba zamierzenia udało im się zrealizować, co godne jest najwyższego uznania. Z góry informuję, że książkę oceniam 10/10 i marzę, aby więcej tego typu książek pojawiało się na rynku wydawniczym, bo niby różnych publikacji zatrzęsienie, ale rzetelnych, dogłębnych opracowań niestety niewiele.

Eksport polskiego uzbrojenia jest tematem kontrowersyjnym, wzbudzającym niejednokrotnie skrajne emocje. Jak to się bowiem mianowicie stało, że armia cierpiąca na poważny brak nowoczesnego uzbrojenia, do ostatniej chwili pokoju właśnie takie uzbrojenie eksportowała?

Aby zrozumieć fenomen polskiego eksportu uzbrojenia, trzeba kilka kwestii wyjaśnić. Po wojnie dwudziestego roku w magazynach polskiej armii pozostało mnóstwo zróżnicowanego uzbrojenia, rosyjskiego, niemieckiego, austriackiego, francuskiego, włoskiego, a nawet japońskiego. Ze względu na konieczność unifikacji, część z tych zasobów trzeba było sprzedać, część udało się wymienić z innymi krajami. Do obsługi polskiego eksportu uzbrojenia, zarówno tego z magazynów, jak z bieżącej produkcji powołano spółkę SEPEWE, która jest głównym bohaterem omawianej książki.

W tym samym czasie rodził się polski przemysł produkujący uzbrojenie. Był on tak zaprojektowany, aby na wypadek wojny mógł w jak największym stopniu zapewnić dostawy dla polskiego wojska. Oczywiście w czasie pokoju zapotrzebowanie na uzbrojenie jest znacznie mniejsze (zwłaszcza w zakresie amunicji), ale fabryki ktoś musi utrzymywać. Bieżące zamówienia polskiej armii były ograniczone ze względów finansowych, ale także z powodu obiektywnych potrzeb. Najłatwiej było zapewnić utrzymanie mocy produkcyjnych w zakładach zbrojeniowych poprzez eksport ich produktów. Wreszcie za eksportem przemawiał tez wzgląd dewizowy. Gospodarka dwudziestolecia nie funkcjonowała w trybie wolnej wymiany walut. Ilość dewiz dostępnych dla potencjalnych importerów, także wojskowych np. w dziedzinie niezbędnych do produkcji materiałów, była ograniczona do limitu dewiz pozyskanych z eksportu. Zatem, co do zasady, za eksportem przemawiało wiele czynników.

Nie wszyscy jednak rozumieli te dość chyba oczywiste argumenty. Pierwsze zastrzeżenia do polskiego eksportu  w 1939 roku pojawiły się tuż po zakończeniu kampanii wrześniowej. Były one ochoczo podchwytywane i sztucznie rozdymane przez Sikorszczyków, którzy byli zainteresowani w wykazaniu niekompetencji władz przedwrześniowych. Politykę rozgrywek personalnych prowadzili metodami brutalnymi i w wielu przypadkach przepustką do przydziału w nowej armii było złożenie donosu na poprzedników. Stąd wiarygodność relacji z tamtego kresu jest dość ograniczona.

W każdym razie, jak totalna krytyka rozpoczęła się już wtedy, tak trwa do dzisiaj. W opinii piszącego niniejsze słowa, im mniejsza wiedza na temat tego zagadnienia, tym krytyka intensywniejsza.

Autorzy Na krawędzi unikają pochopnych sądów, relacje i zawarte w nich argumenty konfrontują ze źródłami archiwalnymi. Zachowują powściągliwość, ale różne, najczęściej cząstkowe, opinie przecież wyrażają, a niektóre z nich pobudzają do polemiki. W dodatku pewną trudność stanowi fakt, że jakkolwiek eksportowi uzbrojenia w 1939 roku poświęcają osobny rozdział, to brak w nim jasno wyrażonego stanowiska autorów, które rozmywa się w masie szczegółowych dyskusji, argumentów i kontrargumentów. Problem w tym, że najczęściej wskazują błędy, zaniechania, nieporozumienia, czy pospolite mataczenie po fakcie. Krytycyzm nie jest wyrażony wprost, ale między wierszami jest widoczny.[2] W tym kontekście dziwi tytuł Na krawędzi ryzyka, bo jak rozumiem, w opinii autorów, ta krawędź została przekroczona.

Autorzy właściwie słusznie ograniczają ten budzący kontrowersje wątek do kilku kluczowych transakcji: dział przeciwlotniczych 40 mm dla Anglii i Holandii, armat przeciwpancernych 37 mm także dla Anglii i dla Rumunii oraz dostawy dla Bułgarii 42 samolotów liniowych PZL 43, czyli zmodyfikowanych „Karasi”. Rzeczywiście, te kontrakty budzą największe wątpliwości, ale wypreparowanie ich z całego kontekstu relacji wojskowych z tymi krajami i długoterminowych kontaktów dotyczących sprzedaży polskiego uzbrojenia, niestety nie ułatwia zrozumienia ich istoty. Każda z tych dostaw ma swoją historię i nie sposób wszystkich okoliczności tu omówić, ale chociaż niektóre chyba warto.

Zacznijmy od dostaw armat Boforsa dla Anglii. Był to pierwszy kontrakt, w którym to my sprzedawaliśmy uzbrojenie dla ówczesnego światowego mocarstwa, powszechnie postrzeganego jako potęga nr 1 na świecie. Wejście na taki rynek, to nie żart. Kontrakt był realizowany w cieniu podpisywanego wojskowego sojuszu z Anglią, który dla Polski miał znaczenie zasadnicze. Po drugie, w czasie, kiedy nasze fabryki produkowały armatki dla Anglii, my negocjowaliśmy kredyt na zakup uzbrojenia angielskiego dla polskiej armii, a później dostawę konkretnych jego elementów. Dodajmy, że my za zakupiony sprzęt płaciliśmy angielskim kredytem, ale sami prawdopodobnie dostawaliśmy zapłatę w ciepłych dewizach. Jako trzeci element kontekstu wspomnę tylko o oczywistym i powszechnie znanym fakcie, że we wrześniu płynęła już do portu w Konstancy eskadra Hurricanów. Czy można sobie wyobrazić, aby biorąc wszystko to pod uwagę, wstrzymać wysyłkę armat dla Wielkiej Brytanii? W pracy Deszczyńskiego i Mazura część z podniesionych przeze mnie czynników została przedstawiona, ale finalne wnioski i tak ich nie uwzględniały.

Poświęćmy także kilka zdań Rumunii. Prawie w ostatniej chwili (VII 1939) zdecydowaliśmy się na realizacje dostaw armatek przeciwpancernych 37 mm dla Rumunii i to w niebagatelnej ilości 250 sztuk. Warto przypomnieć, ze Rumunia była naszym kluczowym sojusznikiem w obronie przed ewentualną agresją ze wschodu. W 1939 Rumunii czuli już sowiecką presję, a jak pokazała aneksja Besarabii, poczucie zagrożenia było w pełni uzasadnione. Czy troska o morale sojusznika (o czym autorzy wspominają) i bodaj istotniejsza jeszcze troska o życzliwość państwa, przez które wiodła najważniejsza droga tranzytowa w obliczu spodziewanej wojny była wystarczającym uzasadnieniem dla realizacji tego kontraktu? A czy dość dobry los polskich żołnierzy internowanych po 1939 roku był wystarczającym potwierdzeniem słuszności o kilka miesięcy wcześniejszego wyboru? Szkoda, że ostatniego z tych argumentów autorzy nie zauważyli.

W czasie kiedy wspomniane kontrakty były zawierane, albo nikt wybuchu wojny nie przewidywał („Karasie” dla Bułgarii, 1938), albo wojna była prawdopodobna, ale nie była pewna. Dzisiejsze oceny pachną całkowicie ahistorycznym myśleniem. My wiemy, ze wojna wybuchła, mamy przekonanie, że była nieunikniona, ale nikt z ówczesnych decydentów takiej pewności nie miał. Zrywanie kontaktów w takiej sytuacji byłoby zwykłym awanturnictwem. Z powodu wydarzeń przyszłych niepewnych, tworzenie faktów dokonanych o rozległych konsekwencjach byłoby zachowaniem, delikatnie mówiąc, niepoważnym, a o polskich generałach można różne rzeczy powiedzieć, ale na pewno byli to ludzie bardzo serio traktujący swoje obowiązki i niewątpliwie nie byli awanturnikami.

Drugim poważnym argumentem przemawiającym za utrzymaniem tempa polskiego eksportu wojskowego był stan obciążenia polskiego przemysłu. Większość polskich fabryk zbrojeniowych nie pracowała w 1939 roku na pełnych obrotach. Dlaczego? Bo mimo gigantycznego wysiłku finansowego polskiego państwa, nie było go stać, na złożenie zamówień wysycających możliwości produkcyjne polskiego przemysłu. Eksport poprawiał (!!!) sytuację finansową sektora zbrojeniowego i dawał możliwości zwiększenia zamówień w przyszłości, a nie je ograniczał. Trzeba przyznać że w zakresie armat 37 mm i przeciwlotniczych 40 mm możliwości zwiększenia produkcji były już wyczerpane. Zwróćmy jednak uwagę, że dostawy eksportowe nie zaburzały w żadnym stopniu dostaw tego samego sprzętu dla polskiej armii. Zamówienia były realizowane, harmonogramy przestrzegane. Niewielkie odstępstwa były z góry uzgadniane ze Sztabem Generalnym i przez niego akceptowane.[3] Jeżeli ówcześni decydenci zechcieliby wydawać więcej niż mieli w budżecie, to mogli zamówić cała gamę innego  również brakującego uzbrojenia artyleryjskiego, od moździerza 81 mm począwszy a na dalekonośnych armatach 105 mm skończywszy. W tym mogliby zwiększyć zamówienia na dobrą (i proporcjonalnie drogą) armatę przeciwlotnicza 75 mm produkowana w Starachowicach. Dodajmy, że armatek 40 mm mieliśmy kilkaset sztuk,[4] a dramatycznie brakowało właśnie sprzętu o większej donośności zabezpieczającego przed bombardowaniem z większej wysokości. Nie trzeba było zrywać kontraktów ani nic rekwirować, wystarczało złożyć zamówienie. Nie robiono tego nie dlatego, że ktoś był głupi lub mało przewidujący, ale dlatego, że nie było za co, tak samo jak nie byłoby czym zapłacić za zarekwirowane armatki z kontraktów dla zagranicy.[5] Tworzenie z tego zarzutu jest niepoważne. Ekonomia wojenna zaczyna obowiązywać dopiero w czasie wojny (a dokładniej od czasu mobilizacji), przed jej wybuchem wszyscy się kierują normalnymi zasadami budżetowymi, będąc przy zdrowych zmysłach nie można z tego powodu generować oskarżeń.

Autorom Na krawędzi mam tylko za złe, że w swojej argumentacji zauważyli wiele kwestii szczegółowych (co bardzo cenię), ale pominęli wiele aspektów ogólnych, które dla ówcześnie zapadających decyzji były przesądzające. Nawet jak je dostrzegli, to nie wyciągnęli właściwych, rozstrzygających wniosków. W przeciwieństwie do nich - pozwolę sobie na osobisty wtręt - ja, mimo upływu lat, jestem dumny z ówczesnych decydentów wojskowych, że potrafili od zera zbudować w ubogim kraju przemysł zbrojeniowy, który mógł konkurować z potęgami ówczesnego świata, że potrafili sprzedawać jego produkty, że byli solidnymi, obliczalnymi partnerami biznesowymi i odpowiedzialnymi sojusznikami. W całości się z ich decyzjami solidaryzuję.[6]

W jednym aspekcie podzielam krytyczne stanowisko duetu Deszczyński-Mazur. Chodzi mianowicie o to, co działo się w ostatnich dniach sierpnia. Po wprowadzeniu życie mobilizacji kartkowej, czyli od 24 sierpnia, powinna zacząć obowiązywać prawo wojenne, jeżeli nie de iure to na pewno de facto. Od tego momentu, nie tylko wywóz uzbrojenia powinien być wstrzymany (co nastąpiło), ale sprzęt powinien zostać natychmiast zadysponowany do właściwych jednostek, końcowa produkcja powinna ulec przyspieszeniu, odbiory uproszczeniu. W rzeczywistości jakby zapomniano o gotowym sprzęcie. „Karasie” wybuch wojny zastał w PZL lub na lotnisku przyfabrycznym, gdzie uległ uszkodzeniu podczas bombardowań 4 września. Przykre pytanie brzmi: a co on tam robił cztery dni po wybuchu wojny? Działa przeciwlotnicze przygotowane do ekspedycji marynarze z Lądowej Obrony Wybrzeża przypadkowo znaleźli w magazynach w Gdyni i byli w stanie je wykorzystać. Żołnierze Armii Pomorze, którzy znaleźli pod Toruniem w skrzyniach armatki przeciwlotnicze takich możliwości zapewne nie mieli.[7] Losów armatek przeciwpancernych nie znam, ale przypuszczam, że były podobne. To smutne przeoczenie i warto je wskazać. O tym sprzęcie w gorączce mobilizacyjnej po prostu zapomniano, tak jak o gotowych do odbioru czołgach 7TP w PZInż. czy „Łosiach” w nowozbudowanej wytwórni mieleckiej.[8] Zatem to nie był tylko problem sprzętu produkowanego na eksport, choć ten powinien być pod szczególnym nadzorem.

Na koniec jeszcze jedna polemika, ważna dla głównego wątku „eksportowego”, a dla rozumienia sytuacji polskiego dowództwa w 1939 roku wręcz fundamentalna. Chodzi tu mianowicie o stwierdzenie, że wyobrażenia polskich elit wojskowych o przyszłej wojnie wywodziło się „sprzed z górą dwudziestu lat” i było absolutnie błędne. Przesłanką do tego stwierdzenia miała być decyzja, że dostawy eksportowe zamierzano przerwać dopiero z chwilą ogłoszenia mobilizacji oraz spodziewane uruchomienie wojennej produkcji zamierzano przeprowadzić dopiero po tym momencie. Zatem „całość swych rezerw [przemysł] uruchomić miał nie wcześniej, niż w przededniu zbrojnej konfrontacji.” (s. 352) Na boku proponuję zostawić dyskusję z przekonaniem autorów o anachroniczności wyobrażeń polskich generałów o przyszłej wojnie, bowiem rozjaśnienie tej sprawy wymagałoby osobnego szkicu. Przyjmijmy, że nawet tak było. Nie sposób zgodzić się jednak z przekonaniem, że uzasadnieniem dla owej „anachroniczności” miały być decyzje o wstrzymaniu eksport dopiero z chwila mobilizacji, bowiem ten pogląd, jako dość oczywisty, w całości podzielam, podobnie jak każdy, kto się nad nim zastanowi. Ponadto, nie wyobrażam sobie, jak decyzje o przestawieniu produkcji na „tor wojenny” można by podjąć w jakimkolwiek  wcześniejszym momencie. Kto bowiem zapłaci, za zwiększenie zatrudnienia do trybu wielozmianowego, za zużycie wszystkie zapasów i komponentów do produkcji „na maxa” niezależnie od wcześniejszych zamówień, kto ostatecznie zapłaci za wszystkie wytworzone produkty? Jak celnie zauważył marszałek Rydz Śmigły, przedwczesne ogłoszenie mobilizacji, czyli zanim będziemy posiadali pewność, że wojna wybuchnie, oznacza kompletną ruinę finansową państwa, ekonomiczny collapse. Mobilizacja przemysłu zbrojeniowego zanim wojna wybuchnie, nie będzie miała takiego pola rażenia, ale co najmniej budżet wojskowy przewróci, jeżeli nie rozpoczną się działania wojenne. Poza tym kto weźmie na siebie odpowiedzialność za panikę i tony sprzętu, które mogą okazać  się zbędne i trafią wprost do magazynu. Zatem wojskowi decydenci nie mieli innego wyboru, niż czekać do ostatniej chwili, a ich wyobrażenia o przyszłym konflikcie, nie miały tu absolutnie nic do rzeczy.

Najbardziej jednak zaskakuje inny błąd intelektualny w przedstawionej wyżej konstrukcji. Jeżeliby ówcześni wojskowi mieli wyobrażenie, jak będzie przebiegała kampania wrześniowa, to ostatnia rzeczą, jaką zaprzątaliby sobie głowę byłaby sprawa eksportu. Znacznie bardziej fundamentalnym pytaniem, byłoby, czy w ogóle się bić w wojnie z góry przegranej i to przegranej w dramatycznym czasie kilkunastu dni. Czy warto zgodzić się na gigantyczne zniszczenia w Warszawie, na dziesiątki/setki tysięcy zabitych, po to tylko, aby w kilkanaście, góra trzydzieści dni ponieść sromotną porażkę, która raczej hańbi żołnierzy niż przydaje im honoru. Bardzo wątpię, aby posiadając taką wiedzę,  zdecydowali się na walkę do ostatniego naboju. Po co w takim przypadku, mieliby zatrzymywać eksport narażając układy sojusznicze (Anglia, Rumunia), jak i tak dobrze by wiedzieli, że tych sto kilkadziesiąt armat nawet o kilka dni nie przedłuży polskiego oporu, a jeżeli nawet, to w najlepszym razie spowoduje tylko większe straty.

Do kampanii wrześniowej, w taki kształcie jaki znamy, doszło dlatego, że polskie dowództwo widziało szansę zwycięstwa dzięki wcześniejszej lub późniejszej, ale jednak ofensywie naszych zachodnich sojuszników. Na pewno było to przekonanie naiwne, może także za bardzo wierzono w odporność polskiego żołnierza i przetrwanie nawałnicy pierwszych dni. Ale to właśnie przekonanie dawało siłę całej elicie rządzącej, całemu społeczeństwu, do nadzwyczajnego wprost wysiłku włożonego w budowę przemysłu zbrojeniowego i utrzymanie ogromnej armii. Wszyscy byli gotowi do poniesienia wyrzeczeń, aby posiadać wojsko, które zapewni nam niepodległość. Z polskiego wojska wszyscy byli dumni, podobnie jak z uzbrojenia polskiej produkcji. Czy jest słuszne przekonanie, że za tymi wszystkimi wartościami stała tylko naiwność i anachroniczność wyobrażeń o przyszłej wojnie?

Może nieco przesadzam w komentarzu do mimochodem rzuconej uwagi, ale przyznaję, że bardzo mnie irytuje protekcjonalny stosunek dzisiejszych historyków w odniesieniu do ówczesnych decydentów wojskowych. Ta atmosfera pouczania post factum, poklepywania po plecach z przekonaniem, że teraz wiemy lepiej, a oni po prosu błądzili w swoich dziwnych i przedpotopowych wyobrażeniach o przyszłej wojnie. Zwykle stoi za tym zwykła ignorancja i niewiedza na temat rozlicznych uwarunkowań, którym oni podlegali, a także brak chęci do zrozumienia oczywistych ograniczeń, które krępowały ich decyzje. Podkreślam, że nie jest to przypadek Deszczyńskiego i Mazura, ci autorzy dysponują głęboką wiedzą i właściwymi kompetencjami analitycznymi, czyta się ich wywody z przyjemnością, nawet jeśli nie zawsze wzbudzają akceptację. Od czasu do czasu jednak nie wyciągają oni wystarczających wniosków syntetycznych; w morzu szczegółów, drobiazgowych przypisów i piętrowych analiz gubią uwarunkowania systemowe, nieredukowalne ograniczenia, a przez to tracą z pola widzenia oczywiste sukcesy, słuszność, a co najmniej konieczność, kluczowych wyborów i decyzji. Wykorzystywanie wiedzy o przyszłych wydarzeniach do oceny ówczesnych elit wojskowych, które z powodów oczywistych tej wiedzy mieć nie mogły, jest z pogranicza poprawności metodologicznej.  Oceniać można aktorów przeszłych wydarzeń tylko na podstawie tego, co wiedzieli lub wiedzieć mogli, a nie w oparciu o to, co historycy wiedzą dzisiaj. Z tego powodu ów protekcjonalny ton występujący w wielu dzisiejszych pracach historycznych, jest dla mnie tak drażniący.

Koniec polemik i dyskusji. Podkreślam, że nie zmieniają one generalnie bardzo wysokiej oceny książki, która już weszła do kanonu lektur niezbędnych, jeżeli chce się poznać historię wojska II Rzeczypospolitej. Polemiki z zasady zabierają więcej miejsca, uruchamiają emocje i wyostrzają stanowiska. Tym bardziej jeśli dotyczą kontrowersji zaprzątających umysły od dobrych kilkudziesięciu lat i które, jak przypuszczam, nigdy nie zostaną ostatecznie zakończone. Zwracam jednak uwagę, że w przypadku Na krawędzi…, dotyczą one zdecydowanej mniejszości wniosków i ocen autorów, nawet jak zabierają większość miejsca w recenzji. Polemiki w tych sprawach są i będą nieuniknione. Z tym, że aby polemiki chociaż zbliżały się do rzeczowości potrzebna jest dobra faktografia, a tę książka Deszczyńskiego i Mazura dostarcza w obfitości i na bardzo rzetelnym poziomie. Ogromną zaletą książki są tabele (17 szt.) wydrukowane w postaci załącznika, które m.in. wyszczególniają wszystkie transakcje eksportowe, wyniki SEPEWE, obsadę personalną tej spółki, strukturę eksportu, kraje docelowe. To ogromna wartość sama w sobie, bo daje zobiektywizowana podstawę do różnych samodzielnych dociekań. Za dokładność i szczegółowość ustaleń autorzy mają mój głęboki szacunek.

Jedyne uwagi w tej materii rodzą się z niezaspokojonej potrzeby jeszcze większej ilości informacji. Na przykład chciałoby się wiedzieć, czy eksport nowego uzbrojenia był finansowo opłacalny. Sprawa nie jest prosta, bo inaczej to będzie wyglądało z poziomu fabryki, inaczej z poziomu władz wojskowych, a jeszcze inaczej z poziomu polityki dewizowej państwa. Co więcej analiza nie może być prosta, bo ceny nie są i nie mogą być porównywalne. Na zarządzaniu finansami znam się bodaj lepiej, niż na sprawach wojskowych, stąd wiem, o czym mówię, a czytelników nie chce zasypywać zbędnymi tu szczegółami. Podobnie sprawa ma się z poszczególnymi składnikami uzbrojenia. Autorzy słusznie skoncentrowali się na analizie terytorialnej eksportu, czyli jak wyglądały negocjacje i następujące po nich kontrakty realizowane dla poszczególnych państw (tu szczególnie ciekawa Hiszpania w okresie wojny domowej). Chciałoby się mieć taka analizę według zakresu rzeczowego, czyli analizę jak eksport wpływał na poszczególne składniki uzbrojenia, na jego rozwój (w lotnictwie na pewno), na opłacalność produkcji, na ceny jednostkowe, na kontrakty krajowe, na stan zapasów magazynowych. W tym ostatnim przypadku jest to szczególnie ciekawe. Autorzy na przykład mimochodem rzucają uwagę, że masowy eksport do Hiszpanii zredukował do zera stoki magazynowe. Czy na pewno? Na przykład niektóre bataliony obrony narodowej były wyposażone w karabiny Berthier i Lebel, podczas gdy obowiązującym standardem w polskiej armii były Mausery. Berthiery, a Lebele na pewno, należały zatem do klasycznych zapasów stokowych. A jak było w odniesieniu do innych rodzajów sprzętu, np. artyleryjskiego. Oj chciałoby się wiedzieć.

Oczywiście nie są to zastrzeżenia do książki, a jedynie postulaty badawcze. Jest zrozumiale, że każda książka ma jakiś określony zakres i nie można go w nieskończoność rozszerzać. Ból polega na tym, że autorzy osiągnęli w materii eksportu polskiego uzbrojenia  niespotykany poziom kompetencji i jeżeli oni jeszcze czegoś nie napiszą, to w najbliższych latach nie zrobi tego już nikt, bo nie wyobrażam sobie, aby ktoś powtórzył wykonaną przez nich kwerendę archiwalną. Może mimo upływu lat i pewnie innych zainteresowań badawczych uda się jeszcze cos napisać. Lud jest złakniony wiedzy, bierzcie to szanowni autorzy pod uwagę.

Finalnie: szacunek i uznanie za rozległość badań, imponującą szczegółowość i dogłębność informacji. Kontrowersję były, są i będą, dobrze tylko dyskutować je na pewnym poziomie merytorycznym, a ten spółka autorska Deszczyński-Mazur zapewnia w stopniu rewelacyjnym. Ocena 10/10 jest dla mnie oczywista.

Marek Piotr Deszczyński, Wojciech Mazur, Na krawędzi ryzyka. Eksport polskiego sprzętu wojskowego w okresie międzywojennym, Neriton, Warszawa 2004



[1] Porównywalna, co do poziomu zainteresowania może być w ostatnich czasach i w podobnej materii tylko książka Tymoteusza Pawłowskiego Armia Marszałka Śmigłego. Jak czas pozwoli, to i o niej coś napiszę.

[2] Przy okazji: autorzy używają języka perswazji. Np. piszą o „upartym” realizowaniu kontraktów eksportowych, bynajmniej nie tłumacząc, na czym owa upartość miałaby polegać. Zanim się użyje słowa emocjonalnie nacechowanego, dobrze jest uzasadnić celowość takiego użycia. Ze swojej strony dodam tylko, że w przekonaniu zwykłego człowieka wywiązywanie się z podpisanych umów jest rzeczą normalną, uczciwą, nie „upartą”. Jeżeli już, to upartość cechuje tych, którzy tę zasadę uporczywie podważają.

Skoro jesteśmy przy zasadach – trudno mi wybaczyć autorom sflekowanie płk. Wiatra za brak zainteresowania zakupionym przez lewicowych Hiszpanów wyposażeniem wojskowym, które nie zostało wyekspediowane i zalegało w magazynie wolnocłowym w Gdyni. Autorom zwracam uwagę, że owo wyposażenie było cudzą własnością. Położenie na nim ręki komuniści nazywają „nacjonalizacją”, ale normalni ludzie - kradzieżą. Przed wojną oficerów obowiązywały reguły honorowe, dziwię się, że tak wybitni znawcy przedwojennego wojska tego nie rozumieją, a z tego „nierozumienia” wyciągają daleko idące wnioski ogólne.

[3] W tym kontekście najbardziej niepokojąca jest informacja, że realizacja kontraktu eksportowego „Karasi” dla Bułgarii zaburzała cykl produkcyjny „Łosi” dla polskiego lotnictwa. Jeżeli tak było, to wydaje mi się, że nastąpił jakiś brak we współpracy wojskowych z PZL. Nie widzę istotnej przeszkody aby priorytet produkcyjny nadać „Łosiom”, tym bardziej, że w produkcji samolotów występowały często opóźnienia niezawinione przez producenta, a związane przesuwaniem terminu dostaw przez kooperantów, zwykle tych zagranicznych. Warto przy tym podkreślić, że Sztab Generalny zwykle wyrażał zgodę na kontrakty eksportowe pod warunkiem, że nie będą one miału wpływu na terminowość dostaw dla polskiej armii. Biorąc to pod uwagę, wydaje się, że PZL wykroczyły poza posiadane zgody, jeżeli rzeczywiście opóźniły produkcję „Łosi” z powodu kontraktu eksportowego.

Na marginesie tej sprawy jedna uwaga do autorów Na krawędzi. W innym miejscu piszą oni, że być może niepotrzebnie rozbudowywano przemysł wojskowy, zamiast środki przekierować na sfinansowanie bieżącej produkcji uzbrojenia. Zwracam uwagę, że te dwa spostrzeżenia są wzajemnie sprzeczne. Jeżeli bowiem PZL Okęcie (WP1) nie mogła sobie poradzić z realizacją zamówień na jednoczesną produkcję relatywnie krótkich serii obu tych samolotów, to oznacza to, że inwestycja w PZL WP2 była niezbędna. Podobnie jak niezbędna była inwestycja w zakłady Cegielskiego w Rzeszowie (ppanc 37 mm i plot 40 mm), zakłady w Stalowej Woli  i w zakłady produkujące amunicję do masowo produkowanego sprzętu artyleryjskiego.

[4] Trudno ustalić, ile dokładnie ich mieliśmy we wrześniu 1939 roku. Najczęściej padają liczby 286, 306 lub 358, szczegółowa dyskusja tych liczb: Na krawędzi…, s. 357, przyp. 27.

[5] Finansowanie zamówień przedstawiam oczywiści w pewnym uproszczeniu. Rzeczywistość w 1939 roku była bardziej złożona, mam tego świadomość. Modelowo jednak argumenty są dość bezwzględne.

[6] Dla porównania warto sobie uświadomić, w jakiej sytuacji dziś jest polski przemysł zbrojeniowy. Nie jesteśmy w stanie wyprodukować nawet samolotu szkolnego, zatem o eksporcie nawet mowy być nie może. Ówcześnie sami produkowaliśmy cała gamę sprzętu lotniczego i eksportowaliśmy go do wielu krajów. Sprzedawaliśmy licencje na polskie konstrukcje, wspieraliśmy uruchomienie produkcji w innych krajach. Czy dziś bylibyśmy w stanie coś takiego zrobić? Zanim zacznie się krytykować ówczesne polskie sukcesy, warto sobie porównawczo uświadomić gorzką prawdę o dzisiejszych możliwościach Polski.

[7] Nic nie wiemy o losach znalezionych w transporcie armat. Wątpliwe jednak, aby w ówczesnej sytuacji frontowej dałoby się je zmontować i wykorzystać.

[8] Z „Łosiami” sprawa jest bardziej złożona, ale niepokoi sytuacja, że prawie gotowe samoloty, stały w fabryce i dostały się w ręce Niemców. W atmosferze mobilizacji chyba trzeba było podejmować decyzje, o skierowaniu do linii nawet nie w pełni wyposażonych samolotów, jeżeli spełniały minimum wymagań użytkowych no i oczywiście bezwzględnie przyspieszyć produkcję i czynności odbiorowe.



wtorek, 27 kwietnia 2010
Aktywa sowieckiego wywiadu

okładkaPolski wywiad wojskowy 1918-1945, Wydawnictwo Adam Marszałek 2007 

W zasadzie jest to praca zbiorowa na takim poziomie, jak materiały konferencyjne: mnóstwo przyczynków i przyczynków do przyczynków, nie wartych zawracanie głowy czytelnikom mojego bloga. Jednak jeden artykuł zasługuje zdecydowanie na przedstawienia bardziej publiczne, a mianowicie Uwagi o działalności agentury sowieckiej na odcinku polskim po roku 1921 śp. prof. Pawła Wieczorkiewicza. 

Treść artykułu sprowadza się do naukowej analizy wiedzy na temat sowieckiej agentury w II Rzeczypospolitej i podczas wojny. Co z niej wynika? Najcenniejszym agentem był ppłk Tadeusz Kobylański, pomocnik attaché wojskowego w Moskwie (gdzie został zwerbowany), później w służbie dyplomatycznej jako radca ambasady polskiej w Bukareszcie i wreszcie – o ironio – naczelnik Wydziału Wschodniego w Departamencie Politycznym MSZ, na dodatek blisko spokrewniony z prezydentem Ignacym Mościckim, u którego regularnie bywał na rodzinnych obiadach. Dla swoich mocodawców był bezcenny jako źródło wiedzy o polskich aktywach wywiadowczych w Związku Sowieckim, o polskiej polityce zagranicznej, a na ostatnim stanowisku jako agent wpływu, stymulujący polską politykę wobec wschodniego sąsiada. W czasie wojny wyemigrował do Brazylii, gdzie został zamordowany w tajemniczych okolicznościach w roku 1967.

O zgrozo, wszędzie Sowieci mogli weryfikować przekazywane przez niego informacje poprzez innych swoich agentów: w moskiewskim attachacie przez przewerbowanego rezydenta polskiego wywiadu Kowalskiego, w Bukareszcie taką rolę spełniała żona ambasadora Mirosława Arciszewskiego, skądinąd „biała” Rosjanka, rozpracowana przez polskie służby. Arciszewski został odwołany do Warszawy, solennie zapewnił o rozstaniu się z żoną, został nieformalnym podsekretarzem stanu w MSZ, ale mimo to z żoną żył nadal. W MSZ byli też agentami inni urzędnicy niższego szczebla, wśród nich Stefan Litauer, naonczas pracownik Wydziału Prasowego, ale w czasie wojny już szef Polskiej Agencji Telegraficznej.

W strukturach wojskowych służby kontrwywiadowcze II Rzeczypospolitej namierzyły 12 agentów, wśród nich był tylko jeden wyższego szczebla, ppłk Ludwik Lepiarz szef sztabu Dowództwa Okręgu we Lwowie.

Infiltracja polskiego Państwa podziemnego była znikoma, czego nie można powiedzieć o rządzie emigracyjnym w Londynie. I tu jest tajemnica czekająca na rozwiązanie, bowiem wiemy, że Sowieci mieli dwóch agentów, ministrów tego rządu, znamy ich pseudonimy „Giendrich” i „Sadownik”, ale nie potrafimy jednoznacznie zidentyfikować ich nazwisk.

Na koniec: okazało się, że sowiecka siatka działała wśród Polonii amerykańskiej, a najbardziej znaną postacią był tu Oskar Lange. Pierwsze informacje na ten temat wzbudziły protesty ze strony historyków i ekonomistów broniących zacnego (jak naiwnym się wydawało) profesora. Niestety, a raczej stety, ujawnione dane z operacji „Venona” (dekryptaż sowieckich depesz dyplomatycznych i wywiadowczych) potwierdziły te podejrzenia i tak pewni siebie obrońcy wyszli na durniów. Te informacje wyjaśniają duże zaangażowanie Stalina w forowaniu Oskara Lange na stanowiska w rządzie „lubelskim” po 1945 roku.

Omawiany artykuł warto przeczytać, książka jest ciągle dostępna w sprzedaży, a śp. prof. Wieczorkiewicz potwierdził, że był jednym z nielicznych jednocześnie kompetentnych (przegląd przez całe piśmiennictwo rosyjskie) i odważnych historyków.

niedziela, 28 marca 2010
Wojna Hitlera

David Irving, Wojna Hitlera, Wydawnictwo Arkadiusz Wingert

Do przeczytania tej książki zachęcił mnie prof. Paweł Wieczorkiewicz, który w jednym z wywiadów powiedział, że Irvingowi polscy historycy powinni czapkami buty czyścić. Aby zrozumieć wagę tej opinii w ustach przecież znamienitego historyka, trzeba wiedzieć kim jest David Irving.

To postać niebanalna, bo uważa się go za najbardziej znanego negacjonistę. Podważał istnienie komór gazowych w Oświęcimiu i liczbę ofiar Holocaustu. Za „kłamstwo oświęcimskie” został aresztowany w Austrii i skazany na trzy lata więzienia (z czego rok odsiedział). Był sympatykiem ruchów neonazistowskich. W Polsce został usunięty przez organizatorów z 52. Międzynarodowych Targów Książki w Warszawie (2007). Natomiast imputowanie jakoby kłamstwo oświęcimskie było propagowane w  Wojnie Hitlera,(jak sugerował np. Bartosz Wieliński w korespondencji z Berlina, „GW” 21.02.2006) jest oczywistą bzdurą, którą mógł napisać tylko ktoś, kto owej książki nie miał w ręku. Poza tym Irving jest autorem wielu książek dotyczących historii III Rzeszy i - trzeba przyznać - w większości z nich przedstawia rozjaśniony obraz nazizmu oraz zawyżone i tendencyjne dane dotyczące ofiar niemieckich, w tym najbardziej znane dotyczące ofiar dywanowego nalotu na Drezno w lutym 1945.

Przekopanie się przez Wojnę Hitlera było zadaniem trudnym, biorąc pod uwagę, że ma ona objętość 750 stron drobnego druczku i waży tyle, że od jej przytrzymywania wielokrotnie mdlała mi ręka. Trud się jednak opłacił, bo okazało się, że prof. Wieczorkiewicz miał rację (choć jak się okazało, nie do końca). Irving okazał się być erudytą o nieprawdopodobnej kompetencji. Zdobył  sobie zaufanie wielu członków elity III Rzeszy (albo ich rodzin), którzy umożliwili mu dostęp do niepublikowanych lub nieznanych dzienników i pamiętników. Dotarł do wielu niepublikowanych lub nieznanych źródeł. Sporo innych odrzucił jako falsyfikaty pisane na różnego rodzaju zamówienie lub też przeredagowywane pod wpływem czasu i panującej mody. Dotyczy to na przykład powszechnie wykorzystywanych przez historyków i traktowanych jako wiarygodne pamiętników Hermana Rauschninga, Rozmowy z Hitlerem czy wspomnień Alberta Speera. Jak się okazało zostały one napisane na zapotrzebowanie wydawcy przez osoby trzecie jedynie na podstawie oryginalnych zapisów Speera. Owa manipulacja została precyzyjnie opisana przez Matthiasa Schmidta w wydanej w Nowym Jorku książce, co nie przeszkadza oczywiście wielu historykom traktować pamiętników Speera, jako wiarygodnych oryginałów.

Podstawa źródłowa książki wzbudza rzeczywiście podziw. Daje ona w efekcie dzieło o nieprawdopodobnej szczegółowości. Zostały w nim odtworzone kulisy wszystkich istotnych decyzji Hitlera wraz z ich kontekstem i procesem dochodzenia do nich. Poglądy Hitlera stanowiące założenia do owych decyzji zostały precyzyjnie odtworzone do poziomu poszczególnych przemówień lub rozmów. Nikt, kto ma ambicje posiadania jakiejkolwiek wiedzy o III Rzeszy, nie może tej książki nie znać. Kontrowersyjna osoba autora i medialna nagonka spowodowały coś zgoła przeciwnego – mało kto z zawodowców ją czytał, a już jeżeli, to na pewno się na nią wstydliwie nie powoływał. Z największym zdumieniem skonstatowałem również, że książka nie ma dostępnych w internecie recenzji w języku polskim.

Kolosalna erudycja jest istotną zaletą Wojny Hitlera, zupełnie zaś osobną kwestią są poglądy jej autora jasno i czytelnie artykułowane w książce. Przede wszystkim wyraźnie jest odczuwalna sympatia do Hitlera i uznanie dla sukcesów nazizmu, np. po zajęciu Austrii Irving pozwala sobie na takie stwierdzenie

Całe miasto wrzało ekstatycznym aplauzem. Na oczach wiedeńczyków odradzała się wielkość Niemiec, odradzał się naród (…) zjednoczony przez jednego z jego skromnych synów, przez przywódcę zapowiadającego dlań epokę wielkości i rozkwitu.

Pozostałe podboje nie mają tak jasnego komentarza, ale odczuwalne jest przekonanie autora o ich celowości i satysfakcja ze sprawności ich przeprowadzenia. Irving – co zdumiewające – uważa Hitlera za genialnego wizjonera i wodza, który wielokrotnie w sporach ze swoimi generałami miał rację i znacznie przewyższał ich rozległością horyzontów strategicznych. Wszyscy znani mi historycy wojskowości twierdzą co innego, zwłaszcza w odniesieniu do klęsk na froncie wschodnim.

Stanowisko Irvinga jest najbardziej uderzające w opisie końcowych zmagań wojennych. Hitler  jest przedstawiony w tym okresie, jako wódz zdeterminowany prowadzić walkę do końca, wydaje dyspozycje niszczenia zakładów przemysłowych, których nie da się ewakuować, a które mogą dostać się w ręce sprzymierzonych, to samo odnosi się do mostów i wszelkich innych urządzeń komunalnych. Speer nie tylko nie zgadza się z tą dyrektywą, ale wręcz ją sabotuje, co przedstawiane jest jako brak konsekwencji i nieledwie zdrada, a przypomnijmy, że mówimy tu o marcu roku 1945, kiedy wojna była już przegrana i odpowiedzialni przywódcy powinni chyba myśleć, co będzie po niej, a o skutkach dla ludności cywilnej nawet nie wspominając. Z tego samego okresu pochodził pomysł Hitlera, aby rozstrzeliwać strąconych alianckich lotników w odwecie za bombardowanie niemieckich miast, co miało odstraszyć sprzymierzonych od kontynuowania owych bombardowań. Nie spotkało to się z żadnym komentarzem o zbrodniczości takiego pomysłu, ani nawet o kompletnej naiwności, że można by w ten sposób powstrzymać bombardowania. Jedynym skutkiem, byłoby więcej powojennych procesów o zbrodnie wojenne. A co do zbrodni:

Wojska amerykańskie posuwały się przez Turyngię, co spowodowało, że Hitler stanął w obliczu problemu obozów koncentracyjnych. Göring radził mu, żeby przekazywać je nietknięte i obsadzone strażą zachodnim aliantom, co zapobiegnie buszowaniu po okolicy gromad pragnących zemsty byłych więźniów (…) Po zakończeniu jednej z narad wojennych, [Hitler] siedząc nonszalancko na skraju stołu do map, polecił przedstawicielowi Himmlera dokonanie likwidacji wszystkich więźniów.

Na szczęście Himmler miał instynkt samozachowawczy i nie był taki głupi, aby ten rozkaz wykonać.

Najpoważniejsze kontrowersje, budziło potraktowanie Holocaustu. W Wojnie Hitlera Irving go nie neguje, twierdzi natomiast, że Hitler nie wiedział o masowych mordach Żydów „wywożonych na wschód”. Nie odnalazł żadnego dokumentu potwierdzającego rozkaz Hitlera rozpoczynający masakrę, ani nawet dokumentu potwierdzającego, że o niej wiedział. Sprawa jest rzeczywiście nadzwyczaj ciekawa, bowiem do tej pory nie odnaleziono żadnego rozkazu rozpoczynającego „ostateczne rozwiązanie”. Nie wiemy nawet czy taki dokument istniał, nie wiemy też, kto i kiedy podjął w tej sprawie kluczową decyzję. Irving sugeruje, że Himmler, ale żadnego sztywnego dowodu nie przedstawia. Historycy mają w tej sprawie pole do popisu, ale korzystają z niego bardzo nierychliwie. Może to wydać się zdumiewające, ale nie ma żadnego naukowego studium na temat procesu decyzyjnego w sprawie Holocaustu. Krótko mówiąc: wiemy dokładnie, jak Holocaust przebiegał, w pewnym przybliżeniu znamy liczbę ofiar, ale nie wiem kto, kiedy i dlaczego podejmował decyzje inicjujące masowe mordy. Swoje poglądy w tej sprawie Irving podsumowuje tak:

Ciężar winy za krwawą i bezmyślną masakrę Żydów spada na dużą liczbę Niemców (i nie tylko Niemców), spośród których wielu żyje do dziś [pisane w 1976]. Nie można jej tedy przypisać wyłącznie jednemu „obłąkanemu dyktatorowi”, którego rozkazy należało wykonywać bez zadawania zbędnych pytań.

Na zakończenie wątku żydowskiego trzeba przyznać, że Irving nie ukrywa wielu skrajnie antysemickich wypowiedzi Hitlera, który mogły być potraktowane, jako podżeganie do mordu.

W podsumowaniu muszą powiedzieć, że tak erudycyjnie rozległego studium na temat III Rzeszy nigdy nie spotkałem. Każdy to interesuje się tą problematyką pracę Irvinga musi przeczytać. Na pewno jednak lektura musi być krytyczna i nie można dać się dać uwodzić kryptofaszystowskim sympatiom autora. Biorąc powyższe pod uwagę, nie sposób książce wystawić sumarycznej noty.

środa, 23 grudnia 2009
Rosja, czerwiec 1941, klęska

Mark Sołonin, 23 czerwca Dzień „M”, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2008. 

Dzień MDoskonała książka. Autor stawia tezę, że Związek Sowiecki przygotowywał się do napaści na Niemcy hitlerowskie latem 1941. Jest to kontynuacja poglądów Wiktora Suworowa wyrażonych w Lodołamaczu i Dniu M. Słonin jednak opiera się głównie nie na poszlakach, jak Suworow, ale na publikowanych dokumentach. Podstawa źródłowa książki jest rzeczywiście imponująca.

Mamy u Sołonina do czynienia z bardzo zdumiewającym fenomenem. Z jednej strony mamy naukę oficjalną, podręcznikową, powszechnie przyjętą i powtarzaną w kolejnych syntezach, która twierdzi, że Hitler podstępnie napadł na Związek Sowiecki, a Stalin był do wojny kompletnie nie przygotowany, a w ostatnich dniach przed wybuchem wojny lekceważył doniesienia własnego wywiadu ostrzegającego przed niebezpieczeństwem (casus Richarda Sorge). I początkowe klęski były właśnie wynikiem tego całkowitego nie przygotowania i zaskoczenia Armii Czerwonej. Problem jednak w tym, że u podłoża tego stanowiska stoi stalinowska propaganda, która od 1941 roku lansowała taką właśnie tezę. Później była ona potwierdzana w pamiętnikach sowieckich generałów i marszałków oraz podbudowywana pracami oficjalnych, czyli reżymowych historyków.

Z kolej badacze zachodni, nie mający żadnego dostępu do sowieckich archiwów zamkniętych na cztery spusty, podążali za rosyjskimi historykami, bo też co innego mogli uczynić. Zwłaszcza, że na pierwszy rzut oka, przebieg wydarzeń potwierdzał te tezy.

Tymczasem nie zawodowi historycy (czyli bez etatu na uniwersytecie) przedstawiają zupełnie inną interpretację wydarzeń. Stalin mianowicie odgrywał do ostatniej chwili rolę życzliwego przyjaciela Hitlera mając na uwadze dwa cele: skierować jego agresję na Zachód licząc na wykrwawienie armii niemieckiej i po drugie uśpić czujność swojej przyszłej ofiary. W tym czasie Armia Czerwona przeszła dwa procesy: forsownych zbrojeń nakierowanych wyraźnie na cele agresywne i po drugie restrukturyzacji, w wyniku której utworzono dwadzieścia kilka korpusów zmechanizowanych o sile znacznie przewyższającej analogiczne formacje niemieckie. Zwłaszcza to drugie działanie wskazuje na agresywny charakter zmian, było to bowiem przygotowanie do powtórzenia niemieckiego Blitzkriegu opartego o zmasowane użycie czołgów zgrupowanych w wielkich jednostkach pancernych. Zresztą przygotowane wojskowe plany sowieckie wprost potwierdzają chęć „rozcinających”, decydujących uderzeń pancernych. Plany były dokładnie przygotowane i są już dzisiaj znane. Jedyne czego zabrakło Stalinowi to kilku dni.

Dane statystyczne zawarte w książce Sołonina są porażające. Na froncie zachodnim Sowieci mieli 11 500 czołgów (nie licząc 6 600 czołgów rezerwie i na Dalekim Wschodzie) wobec 2 900 czołgów posiadanych przez Niemców. I na dodatek czołgi sowieckie (w co trudno uwierzyć, ale to prawda) były uzbrojone w cięższe działa i miały grubszy pancerz. Podobnie wyglądały proporcje w odniesieniu do artylerii i ciągników artyleryjskich. W to również trudno uwierzyć, ale ciężkie działa rosyjskie miały w 100% pociąg zmechanizowany (ciężkie ciągniki), a Niemcy startowali w wojnę z dominującym pociągiem konnym. Jak dalekie jest to od naszych wyobrażeń!

Drugim nurtem rozważań Sołonina są przyczyny tak dramatycznej klęski Armii Czerwonej w 1941 roku. Nie była ona w żadnym stopniu spowodowana dysproporcją w uzbrojeniu (tu Sowieci mieli kolosalną przewagę), ani w ilości żołnierzy, ani nawet nie w czynniku zaskoczenia – dowództwo sowieckie dobrze wiedziało, co może stać się w najbliższych dniach. Sołonin przekonywująco udowadnia, że głównym powodem klęski, była niechęć żołnierzy do walki (masowe poddawanie się całych jednostek) oraz tchórzostwo i niekompetencja wyższych dowódców z partyjnego nadania. Nikt nie wierzył, że z Niemcami można walczyć jak równy z równym i nie chciał umierać za Stalina. Prości żołnierze porzucali broń i albo poddawali się, albo dezerterowali, dowódcy najczęściej uciekali. A nawet ci dowódcy, którzy chcieli walczyć, to nie mieli po temu kompetencji. Chaos w rozkazach na poziomie korpusów i armii był doprawdy porażający.

Suworow w swoich książkach dodaje do tej argumentacji jeszcze czynnik wyprzedzającego uderzenia niemieckiego i przygotowania Armii Czerwonej przede wszystkim do działań ofensywnych. Na przykład na niektórych odcinkach frontu zdjęto zasieki, aby umożliwić własnym wojskom atak, ale skorzystali z tego ułatwienia zamiast własnych żołnierzy – czołgiści niemieccy.

Na koniec pozostaje ciekawa refleksja, kiedy mianowicie te ustalenia przebiją się do oficjalnej historiografii? Norman Davies, bez wątpienia wybitny historyk i to nie należący do naiwnych, w swojej ostatniej książce Europa walczy 1939-1945. Nie takie łatwe zwycięstwo pisząc o froncie wschodnim bynajmniej nie powtarza tez rosyjskiej propagandy, ale i jakby nie czytał Sołonina, w wielu miejscach podając nieprawdziwe dane statystyczne dotyczące sowieckiego uzbrojenia, agresywnych planów Stalina czy wreszcie przyczyn klęski w roku 1941. Jeżeli dobrze rozumiejący uwarunkowania Europy Wschodniej Davies nie czyta takich książek i nie wyciąga z nich stosownych wniosków, to kto ma to zrobić?

Zaliczam do "sił sensu" w opozycji do stadnych obyczajów poprawności politycznej i chęci umiejscowienia się w mainstreamie. 

Zakładki:
10TOP tego bloga
A to mój nowy blog historyczny
Obejrzane - Film
Obejrzane - Teatr
Przeczytane
W oczekiwaniu
Zaglądam na blogi