Kategorie: Wszystkie | Film | Historia | Książki | Teatr | Wypady
RSS
niedziela, 16 sierpnia 2015
Wakacyjne teatry

Po zejściu z wysokich Tatr jeden nocleg spędziliśmy w Zakopanem i tak się szczęśliwie złożyło, że udało nam się nabyć bilety do teatru im. Witkiewicza. Trafiliśmy na sztukę autorstwa patrona teatru pod tytułem Metafizyka dwugłowego cielęcia. To bardzo rzadko grana sztuka, która na dodatek od początku (napisana była w 1921 roku)  nie miała szczęścia – Witkacy sam przygotowywał jej premierę w zakopiańskim Teatrze Formistycznym w 1927 roku, ale na skutek nieporozumień i kradzieży pieniędzy przez kasjera teatr przestał istnieć, podobnie 10 lat później nie udało się doprowadzić do premiery w Towarzystwie Teatru Niezależnego, który także został rozwiązany. Teraz na 30-lecie zakopiańskiego teatru i na 130-lecie urodzin Witkacego do premiery wreszcie doszło.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Metafizyka dwugłowego cielęcia, reż. Andrzej Dziuk, Teatr im. St. I. Witkiewicza Zakopane

Metafizyka dwugłowego cielęcia to w istocie Bildungsdrama, sztuka o dojrzewaniu i odkrywaniu swojej tożsamości. Oczywiście u Witkacego nic nie jest klasyczne – główny bohater, Karmazyniello, nie osiąga żadnego podwyższonego stopnia samoświadomości. On walczy z próbami narzucenia mu nie tylko modelu życia, ale wręcz modelu osobowości, jak mówi jego ojczym prof. Mikulini „będziesz żył tak, jak ja chcę”, ale z kontekstu jasno wynika, że bardziej chodzi o to, że „będziesz tym, kim ja chcę”. Osią dramatu jest konflikt lub może rywalizacja rodziców z księciem Ludwikiem Parvisem, który proponuje młodzieńcowi inną drogę rozwoju i „stworzenie wolnej, niezależnej od niczego siły”, a więc drogę autokreacji, z tym, że opartej raczej o ciało niż o ducha. Swojemu załamanemu podopiecznemu, mającemu myśli samobójcze, Parvis podsuwa swoją siostrę Mirabellę. Karmazyniello zakochuje się w niej, bo odnajduje w ukochanej portret swojej młodej matki. Nieoczekiwanie musi o Mirabellę rywalizować ze swoim ojcem, właściwie z tego samego powodu, bo ów również odkrywa w Mirabelli swoją żonę sprzed lat. Ta rywalizacja ojciec-syn o żonę-matkę przypomina Kurkę wodną, gdzie rysuje się podobny konflikt. No i trzeba dodać, że wszystko rozgrywa się na wyspach Polinezji i w Australii, co z kolei jest pokłosiem wypadu młodego Witkiewicza w tamte rejony świata wraz z mistrzem Bronisławem Malinowskim.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Metafizyka dwugłowego cielęcia, reż. Andrzej Dziuk, Teatr im. St. I. Witkiewicza Zakopane

Po obejrzeniu tego spektaklu miałem klasyczne uczucia ambiwalentne. Poszczególne sceny były rozegrane wzorowo. Dekoracje, kostiumy, gra aktorów czy dramaturgia były w wielu momentach po prostu doskonałe – odwoływały się zarówno do najlepszych osiągnięć zakopiańskiego teatru, ale miały też w sobie coś ze specyficznego ducha witkiewiczowskiego. Z drugiej strony całość była jakaś miałka, nie do końca spójna, a chwilami ocierała się o kicz, bowiem wybitne wizualnie sceny były nośnikami banalnych treści, jakby pisanych przez siedmiolatka. Parokrotnie miałem też wrażenie kompletnej nieciągłości akcji. W przenośni można powiedzieć, że poszczególne koraliki były piękne, niektóre przypominały perły, ale nie tworzyły jednolitego łańcucha. Myślę, że w tle tych ułomności był nienajlepszy tekst Witkacego, który nieprzypadkowo był tak rzadko wystawiany.

Streszczenie głównych wątków sztuki, jakie powyżej zostało dokonane, ma charakter uporządkowanego przedstawienia zagadnień, które w sztuce pojawiały się w sposób chaotyczny, nie tworząc bynajmniej konsekwentnych, ciekawie zarysowanych całości.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Metafizyka dwugłowego cielęcia, reż. Andrzej Dziuk, Teatr im. St. I. Witkiewicza Zakopane

Podsumowując: Metafizyka dwugłowego cielęcia jest na pewno spektaklem wartym zobaczenia, który w wielu momentach dostarczy niebanalnych wrażeń, ale od całokształtu za dużo bym nie oczekiwał. Biorąc powyższe pod uwagę, jednej oceny wystawić nie sposób.

Idąc dalej – w czasie wypadu do Trójmiasta udało się odwiedzić Teatr Wybrzeże i zobaczyć Czarownice z Salem. O fabule nie będę pisał, bo sztuka jest dobrze znana z filmu i teatru telewizji. Powiem tylko tyle, że w mojej świadomości (a myślę, że i powszechnej także) funkcjonuje trochę inaczej niż została rzeczywiście napisana. U Millera nie chodzi o motywowane religijnie polowanie na czarownice, ale o psychologię poszczególnych postaci z uwypukleniem faktu, że całą sprawę sądową sprowokowały dziewczęta kłamiąc i fałszywie oskarżając swoje koleżanki. Dołączył do nich lokalny pastor też przecież nie z powodów religijnych, ale z chęci odbudowania swojej nadwyrężonej pozycji w lokalnej społeczności, zresztą chęci wyraźnie powodowanej materialną zachłannością. Przyjezdny pastor, ekspert od opętania, który jako jedyny kierował się przesłankami wynikającymi z wiary, po początkowym zainteresowaniu, wycofał się z procesu, bo pojął, jak dziwacznymi motywacjami kierują się oskarżycielki.

Artur Miller, Czarownice z Salem, reż. Adam Nalepa, Teatr Wybrzeże w Gdańsku

Spektakl odebrałem jako doskonały; z jednej strony oryginalny dramaturgicznie, ale z drugiej wierny tekstowi autora (co coraz rzadsze w „nowym” teatrze). Bardzo ciekawy, impresyjny, dający do myślenia. Główne wątki narracyjne zostały przedstawione w sposób uwypuklający ich głębię. Mamy kolejne postacie, które kierując się niskimi pobudkami nakręcają zbiorowe szaleństwo, mamy jednostki próbujące walczyć o prawdę, mamy dramatyczną walkę o wierność samemu sobie, mamy wreszcie owładnięte zbiorowym szaleństwem pannice oskarżające kolejnych ludzi o uleganie siłom nieczystym. Każdy z tych wątków wart jest osobnego przemyślenie i przynajmniej mnie spektakl do takiego przemyślenia skłaniał.

Czarownice z Salem wystawione zostały przez Adama Nalepę w taki sposób, że mogą się dziać w każdym czasie – zarówno dzisiaj, jak i w XVIII wieku, którego akcja sztuki dotyczy. To duży plus. Łatwiej się konfrontować z problemami i widzieć je w dzisiejszej plastyczności.

Artur Miller, Czarownice z Salem, reż. Adam Nalepa, Teatr Wybrzeże w Gdańsku

Na jeden wątek scenograficzny muszę nawet w pobieżnej recenzji zwrócić uwagę. Na scenie znajduje się prawdziwe, grząskie, wilgotne błoto. Zostawia ślady, potrafi ubrudzić, umożliwia innym ubrudzenie kogokolwiek. To bardzo celna metafora, a tym ciekawsza, że nigdy czegoś takiego na scenie nie widziałem.

Warto też wspomnieć o doskonałej grze aktorów, z wyrównanego zespołu trudno kogokolwiek wyróżniać, ale aktorzy dostosowali się do wysokiego poziomu reżyserii. Generalna ocena sztuki 10/10 i zaliczam do sił sensu za wzorcowe połączenie wierności wobec tekstu z oryginalną dramaturgią.

Na koniec jeszcze muszę wspomnieć o przedstawieniu Piosenka jest dobra na wszystko, Teatru Miejskiego w Gdyni wystawianego na Scenie Letniej, czyli na plaży w Gdyni Orłowie. Stanowi je montaż piosenek ze wcześniejszych przedstawień gdyńskiego teatru wzbogaconych o takie przeboje jak "S.O.S.", "Rodzina", "Ja się boję sama spać", "Tango Anawa", "Świecie nasz" czy tytułowa "Piosenka jest dobra na wszystko".

Piosenka jest dobra na wszystko, Teatr Miejski w Gdyni im. Gombrowicza, Scena Letnia na plaży w Gdyni Orłowie

To oczywiście inna waga niż sztuki wcześniej przedstawiane, ale zdecydowanie warte zauważenia, że względu na jakość aranżacyjną tych piosenek. Wiele z nich została zaśpiewanych i „zagranych” w sposób absolutnie nowatorski i oryginalny. Na dodatek całość miała bardzo bezpretensjonalny charakter. Aktorzy bawili się w czasie spektaklu równie dobrze jak widownia, co powodowało, że czas wszystkim upłynął w luźnej, przyjemnej atmosferze wzbogaconej o zaskakujące doznania artystycznego powodowane ciekawym, niebanalnym sposobem wykonania znanych piosenek. Duży plus dla całego zespołu wykonawczego. Trzeba umieć znaleźć się w repertuarze poważnym z wysokiej półki, ale bodaj czy nie trudniej jest odnaleźć się w sztuce lekkiej, ale smakowicie zagranej.

Piosenka jest dobra na wszystko, Teatr Miejski w Gdyni im. Gombrowicza, Scena Letnia na plaży w Gdyni Orłowie

Osobna uwaga należy się samej Scenie Letniej na plaży w Orłowie. Szum morza, zapadający powoli zmrok, plaża, niebo, morze i  statki na horyzoncie – to niebywała wręcz sceneria. Zawsze, kiedy mogę, odwiedzam to miejsce. Klimat jest niepowtarzalny. Na dodatek nieoczekiwane wydarzenia atmosferyczne są dodatkowym reżyserem spektaklu. W moim przypadku, była to krótka, intensywna, letnia ulewa. Widzowie mieli parasole, aktorzy nie, zachowywali się jednak, jak gdyby nigdy nic. Uznanie.

W czasie wakacji w Trójmieście zdecydowanie polecam, 9/10.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Metafizyka dwugłowego cielęcia, reż. Andrzej Dziuk, Teatr im. St. I. Witkiewicza Zakopane.

Artur Miller, Czarownice z Salem, reż. Adam Nalepa, Teatr Wybrzeże w Gdańsku.

Piosenka jest dobra na wszystko, Teatr Miejski w Gdyni im. Gombrowicza, Scena Letnia na plaży w Gdyni Orłowie.

01:36, dijkstra-jg , Teatr
Link Komentarze (5) »
wtorek, 14 kwietnia 2015
Hannah Arendt

Rzecz o banalności miłości

Spektakl dotyczy kilkuletniego romansu Hanny Arendt, młodej studentki  filozofii ze swoim mistrzem profesorem Martinem Heideggerem. Nie byłoby w tym romansie nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że Hannah Arendt była Żydówką, a Martin Heidegger orędownikiem nazizmu na wyższych uczelniach. Co prawda flirt zaczął się jeszcze w latach dwudziestych, kiedy specyficzne poglądy Heideggera nie były jeszcze jasne, a po dojściu Hitlera do władzy definitywnie się zakończył, ale i tak pozostaje otwarte pytanie, jak to było  w ogóle możliwe. Kluczowa była wspólna fascynacja filozofią, ów, wspominany przez Arendt, apetyt na myślenie. Do tego doszło z jednej strony  urzeczenie wybitnym profesorem będącym u szczytu swoich twórczych możliwości, a z drugiej zauroczenie młodą, piękną, ale też i nadzwyczaj bystrą studentką. Wygląda na to, że miłość była silniejsza niż oczywiste bariery.

Savyon Liebrecht, Rzecz o banalności miłości, reż. Feliks Falk, Agnieszka Grochowska jako młodsza Hanna Arendt, Piotr Adamczyk jako młodszy Martin Heidegger, recenzja

Jeszcze ciekawsze było pokazane w sztuce spotkanie z lat pięćdziesiątych. Heidegger był obiektem dochodzenia komisji denazyfikacyjnej i miał zakaz nauczania, Arend była wschodzącą gwiazdą nauk humanistycznych, kończyła właśnie Korzenie totalitaryzmu.  Oczekiwała od swojego kochanka wyjaśnienia, jak był możliwy jego flirt z nazizmem. Jak przystało na intelektualistkę, chciała zrozumieć jego motywy. Nie były one ani przekonujące, ani dokładnie wyjaśnione, to najsłabszy punkt Banalności miłości. Mimo doświadczenia Holocaustu, w pełni świadoma Arendt i tak zachowuje cień dawnego uczucia wobec swojego niegdysiejszego mistrza. To raczej tajemnica niż banalność miłości, jeśli odnieść się do tytułu sztuki.

Cała rzecz jest ciągle fascynująca i ciągle, mimo wyjaśnienia wszystkich okoliczności, trudna do pojęcia. Miłość niejedno ma imię. Nie potrafię tego inaczej spuentować.

Bardzo ciekawy był w sztuce wątek „niemieckości”. Okazało się bowiem, nie wchodząc w szczegóły fabularne, że Żydzi pochodzący z Niemiec jeszcze długo po wojnie zachowywali zainteresowanie kulturą niemiecką, językiem, Goethem itd. Korci mnie, aby dodać, że podobnie Żydzi polscy, mimo wszystkich przykrych doświadczeń, bardzo często zachowywali żywy związek z kultura polską, przechowywali polskie tradycje i ściągali polskie książki, a nawet wydawali prasę polskojęzyczną. A dzisiejsi emigranci ze Związku Sowieckiego nadal oglądają w Izraelu stacje rosyjskojęzyczne i bardziej ich interesuje sytuacja w piśmiennictwie rosyjskim niż hebrajskim. To bardzo ciekawy fenomen: Żydzi asymilujący się do kultur narodów, wśród których żyli, zachowujący bardzo silny związek z tymi kulturami i to pomimo, iż doświadczali wiele złego ze strony tych narodów. Zauroczenie jednak trwa nadal. A może to zawiedziona miłość…

Kilka słów o aktorstwie. Tak dobrze zagranej sztuki dawno nie widziałem. Zwłaszcza doskonały był duet kobiecy Agnieszka Grochowska i Teresa Budzisz-Krzyżanowska grający Hannę Arendt w różnych porach jej życia. To było po prostu upojne. To bodaj najlepszy w Polsce duet aktorek z dwóch różnych pokoleń. Feliks Falk, który spektakl wyreżyserował, miał tutaj intuicję fenomenalną.

Bardzo ciekawym uzupełnieniem Rzeczy o banalności miłości jest niedawno obejrzany film Hannah Arendt, który mówi o zupełnie innym fragmencie biografii naszej bohaterki. Rzecz dotyczy reportaży Arendt z procesu Eichmanna, które znalazły się później w książce Eichmann w Jerozolimie. Wiele z jej opinii wzbudziło żywe protesty ze strony żydowskiej diaspory, a zwłaszcza mieszkańców Izraela. Chodziło zwłaszcza na przykład o twierdzenie, że żydowskie władze gett, tzw. Judenraty miały swój udział w zagładzie, a ponadto o  samo określenie „banalność zła”, co w opinii wielu Żydów miało deprecjonować diaboliczny wymiar Holocaustu. Ze strony Hanny Arendt wygłaszanie takich poglądów świadczyło o kolosalnej odwadze, ale przede wszystkim o wierności  swoim poglądom, o tym że myślenie i wnioskowanie jest poza sferą ideologii, poprawności, lojalności narodowej itd. W tym sensie Hannah Arendt powinna być patronką wszystkich intelektualistów, którym przypomina (i przypominać będzie), że przyzwoitość myślowa jest regułą wszechobowiązującą i wymaga odwagi, a podporządkowanie ideologiom (tak dzisiaj powszechne) jest zaprzeczeniem owej przyzwoitości.

Kadr z filmu Hannah Arendt, reż. Margarethe von Trotta, Barbara Sukowa jako Hannah Arendt, recenzja

W role Hanny Arendt wcieliła się Barbara Sukowa. Zagrała wspaniale, ale i tak postać Arendt w moich oczach wiązać się będzie z twarzą Teresy Budzisz-Krzyżanowskiej.

Savyon Liebrecht, Rzecz o banalności miłości, reż. Feliks Falk, w głównych rolach Agnieszka Grochowska (Młodsza Hanna Arendt), Teresa Budzisz-Krzyżanowska (Starsza Hanna Arendt), Piotr Adamczyk (Młodszy Martin Heidegger), Andrzej Grabowski (Starszy Martin Heidegger), spektakl z 2011, kilkakrotnie powtarzany (jak najbardziej zasadnie) w Teatrze TV.

Hannah Arendt, reż. Margarethe von Trotta, premiera 2012, w Polsce 24 stycznia 2014, w roli głównej Barbara Sukowa.



niedziela, 30 czerwca 2013
Historia jednego obrazu Nowosielski

Niedawno miała miejsce kolejna odsłona Historii jednego obrazu w Studium Teatralnym przy ul. Lubelskiej w Warszawie. Tym razem poświęcona była dwom obrazom Jerzego Nowosielskiego, będącymi studium tego samego tematu, Przemienienia Pańskiego.

Nowosielski, Przemienienie Pańskie, recenzja

Wprowadzenie do twórczości Nowosielskiego wygłosił Dariusz Czaja, antropolog kultury. Co prawda zastrzegał się, że jego wystąpienie nie stanowi żadnego podsumowania, wyjaśnienia ani nawet wprowadzenia do działalności artystycznej Nowosielskiego, ale mimo tak skromnie zakreślonych ram wypowiedzi w istocie była to bardzo interesujący i dający do myślenia wstęp, prolegomena do rozumienia podstaw, zasad, ram twórczości Nowosielskiego. Dariusz Czaja stworzył intelektualny klimat ułatwiający obcowanie z dziełami będącymi przedmiotem spotkania. Nastrój, tym razem już całkiem religijny, a ten był przecież dla Nowosielskiego kluczowy, rozsiewał chór prawosławny, śpiewający kanoniczne dla tego wyznanie teksty liturgiczne ‒ i tu zaskoczenie ‒ po polsku.

Michał Klinger oprócz przedstawienia okoliczności, w jakich obrazy znalazły się w rękach jego ojca, Jerzego Klingera (a była to po prostu przyjacielska darowizna ich twórcy) mówił o 6 bramach umożliwiających rozumienie niebywałej przyjaźni obu tych wybitnych ludzi opartej o wspólne dociekania teologiczne, poszukiwanie sensów religijnych prawosławia i wreszcie teologicznych podstaw pisania ikon.

Nie jestem w stanie nawet w przybliżeniu streścić obu tych wystąpień ani oddać nastroju obcowania ze śpiewaną liturgia prawosławną. Powiem tylko tyle, że tym razem Historia jednego obrazu przekształciła się w coś na kształt rekolekcji przynaglających uczestników do otworzenia się na to coś, co tkwi za horyzontem naszego poznania, na inny kosmos doznań pozawerbalnych, ale bardziej całościowych niż te, które potrafimy wyrazić. Jak mawiał Nowosielski prawdziwa sztuka, zawsze dotyka sacrum, bo uobecnia to, co jest tajemnicą, co jest możliwe do poznania tylko w kontekście Bożego dzieła stworzenia.

wtorek, 29 stycznia 2013
Zwiastowanie Paula Claudela w Teatrze Polskim

Oglądając tę sztukę miałem poczucie zanurzenia się w innej cywilizacji. Nagle ożyły takie wartości, jak wierność swemu powołaniu, odczytanie, czego Bóg oczekuje od człowieka, poświęcenie, zbawienie, ofiarowanie życia za czystość Kościoła. I wszystko bez patosu, bez deklaratywności, jako zwykłe codzienne wybory normalnych ludzi. Straciłem przekonanie, że coś takiego mogę jeszcze zobaczyć w normalnym, zawodowym teatrze.

Jerzy Schejbal i Halina Łabonarska, czyli Anne Vercors i jego żona, recenzja

Anne Vercors, głowa rodziny, właściciel dobrze prosperującego szlacheckiego majątku, ku zaskoczeniu wszystkich opuszcza dom, by wyruszyć w samotną pielgrzymkę do Jerozolimy, ofiarując swój wysiłek za przywrócenie jedności Kościoła (trzech papieży) i porządku doczesnego we Francji (dwóch królów). Wiedząc, że może nigdy nie wrócić, oddaje swą starszą córkę Wiolenę, wraz z dorobkiem całego życia, przybranemu synowi Jakubowi. Czy losy rodziny Anne Vercors ułożą się tak, jak sobie tego życzył? Czy też Bóg powołał ich do innego życia? 

Zwiastowanie, którego akcja toczy się w średniowiecznej Francji, to poetycka opowieść o naturze wiary, o zaufaniu do Boga i ludzi, a także - o powołaniu, które może odmienić życie, jeśli potrafimy je dostrzec i zaakceptować. Chęć realizacji woli Boga wiąże się w przypadku bohaterów dramatu z rezygnacją z własnych marzeń, planów i tego, co najbardziej po ludzku kochają. Bo w perspektywie, powiedzielibyśmy dzisiaj – eschatologicznej, najważniejsze dla nich jest zbawienie. To coś, co przerasta ich egzystencję, ale dla czego są gotowi poświęcić życie. Nie wszyscy jednak tak postrzegają swój świat. W ten sposób Claudel maluje dylematy, przed którymi zawsze stają ludzie, których perspektywa nie ogranicza się tylko do doczesnego „tu i teraz”. Krzyżują się wartości, postawy, wybory, komplikują się losy.

Paul Claudel przeżył na początku XX wieku nawróceniu. Swoją twórczość podporządkował nowej fascynacji, testował granice chrześcijaństwa, rozważał dylematy ludzi wierzących. W Zwiastowaniu ubrał w kostium średniowieczny wybory, przed którymi zawsze będzie stawał człowiek nie tylko religijny, ale każdy otwarty na perspektywę metafizyczną i jednocześnie posiadający czułe sumienie.

Mam duży szacunek dla Andrzeja Seweryna, dyrektora Teatru Polskiego w Warszawie, za podjęcie ryzyka wystawienia dramatu Claudela, który powstał przecież sto lat temu. Reżyserię powierzył Estończykowi, Lembitowi Petersonowi, który, podobnie jak Claudel, przeżył nawrócenie i poszukiwał w sztuce możliwości odwzorowania dylematów, przed którymi sam stawał współcześnie, tak jak Claudel wiek wcześniej.

Tak na marginesie: nie mogę pozbyć się zdumienia, że aby wystawić tego typu sztukę, niezbędny był dyrektor teatru importowany z Comédie Française i estoński reżyser, bo polskich twórców takie tematy, jak widać,  nie interesują. Czyżby Wojewódzki i tygodnik „Nie” zdominowały polską kulturę? Na szczęście nie do końca. Są jeszcze enklawy, w których można znaleźć inny rodzaj wrażliwości.

Na koniec kilka uwag o inscenizacji. Fenomenalnie zostały oddane realia średniowiecza – kostiumy, scenografia, muzyka są perfekcyjne. Całość dopełnia doskonała gra aktorów, w pamięci pozostają rolę Jerzego Schejbala i Haliny Łabonarskiej, duża kultura i zaangażowanie. Z młodszego pokolenia na wyróżnienie zasługują Lidia Sadowa i Marta Kurzak, ale tak naprawdę cały zespół zagrał wzorowo i nawet drobne role są precyzyjnie poprowadzone, tu zapamiętałem Martę Alaborską, mimo że mówiła tylko kilka słów.

Całość zasługuje na 10/10 i zaliczam do sił sensu za płynięcie pod prąd głównego nurtu teatralnego.

Paul Claudel, Zwiastowanie, reż. Lembit Peterson, scenografia Pille Jänes, Teatr Polski w Warszawie, premiera luty 2012.

niedziela, 25 marca 2012
Historia jednego obrazu

Maja Berezowska, Portret Zofii Dąbrowskiej (Zinserling)W Studium Teatralnym bardzo ciekawe spotkanie z projektem Historia jednego obrazu. Co miesiąc S/T organizuje wydarzenie (trudno to nawet nazwać) poświęcone jednemu obrazowi. Za każdym razem scenariusz jest inny. W lutym był to portret małej dziewczynki, Zosi Dąbrowskiej (dzisiaj Zinserling), autorstwa Mai Berezowskiej. Obraz powstał w czasie okupacji, kiedy Maja Berezowska ukrywała się we dworze Moniaki, należącym do rodziców ówcześnie kilkuletniej Zosi. Artystka chciała poprzez uwiecznienie podobizn domowników jakoś odwdzięczyć się rodzinie ofiarującej jej gościnę.

Widownia zorganizowana została w stylu przedwojennej kawiarni, której nastrój tworzyła muzyka z epoki w wykonaniu Orkiestry Wczorajszego Fasonu i piosenki śpiewane przez Alicję Ruczko vel Damę Lamę. W międzyczasie dr Katarzyna Nowakowska-Sito opowiadała o twórczości i biografii Mai Berezowskiej, a Zofia Zinserling gawędziła z publicznością o okolicznościach powstania swojego portretu. Atmosferę kawiarni podtrzymywało rozdawanie w trakcie trwania przedstawienia przekąsek, napojów, a nawet wódki. Po wszystkim zaś przyszedł czas na luźne rozmowy, spotkania, wymianę myśli, a w tle nadal grała muzyka i sączyły się urocze piosenki.

Orkiestra Wczorajszego Fasonu

Całość urzekała bezpretensjonalnością, luzem, naturalnością. Po raz pierwszy w życiu, w czasie trwania przedstawienia teatralnego, opychałem się przystawkami (serwowanymi przez członków zespołu S/T), popijałem kawą  i z błogością słuchałem przeuroczych opowieści, przetykanych nastrojową muzyką.

Dzięki prezentacji dr Nowakowskiej-Sito (Kasiu, dziękujemy) okazało się, że Maja Berezowska była nadzwyczaj ciekawą osobą i artystką. Przed wojną zasłynęła z odważnych grafik o tematyce erotycznej publikowanych w humorystycznych czasopismach „Cyrulik Warszawski” czy „Szpilki”. Pod koniec lat trzydziestych zamieszkała w Paryżu, gdzie opublikowała cykl karykatur Miłostki słodkiego Adolfa w czasopiśmie „Ici Paris”. Ambasada niemiecka wytoczyła jej proces, zakończony symboliczna grzywną. Wtedy nie było to nic poważnego, proces zadziałał nawet na jej korzyść, potem jednak sytuacja się zmieniła i w czasie okupacji była poszukiwana przez Niemców. Z tego właśnie powodu ukrywała się w Moniakach. Do ciekawostek należy przekonanie rodziny p. Zofii, że pomocy udzielali Żydówce i to jej pochodzenie było przyczyną jej ucieczki z Warszawy. Było to ich błędne założenie, którego nawet nie przyszło im do głowy sprawdzać, ale nie przeszkadzało to im udzielać jej gościny bez ograniczeń. W końcu Niemcy dopadli w Warszawie Maję Berezowską i zesłali ją do Ravensbrück. Na szczęście przeżyła i dalej malowała swoje erotyki publikowane w „Szpilkach”. Była też cenioną ilustratorką książek. A o prawdziwej przyczynie jej ukrywania się p. Zofia dowiedziała się w czasie Historii… .

Po zakończeniu części oficjalnej, w czasie rozmowy z Panią Zofią Zinserling dowiedziałem się mnóstwa fascynujących szczegółów z okupacyjnej historii rodziny, a także i tego, że dwór drewniany w Moniakach, gdzie powstał ów portret, po wojnie został znacjonalizowany, popadł w ruinę i w wyniku usilnych prób ocalenia został przeniesiony na podzamcze w Janowcu, co było jedyną metodą ratunku tego zabytku przed całkowitą zagładą.

W tym momencie bezbrzeżne zdumienie odmalowało się na twarzy stojącej obok mojej córki. Okazało się bowiem, że właśnie ten dwór został przez nią wybrany jako archetyp architektury polskiego dworu drewnianego i tydzień wcześniej uwieczniony w postaci akwareli, prezentowanej poniżej. Nie znała ona jednak jego historii, znała wyłącznie położenie w Janowcu i idąc posłuchać o dworze Zofii Zinserling nie miała pojęcia, że może się to jakoś łączyć. Wydaje mi się, że to właśnie jest coś niezwykłego, co charakteryzuje S/T, że nie można być pewnym co się usłyszy i czego się dowie, nie tylko o obrazach czy spektaklach, ale i o sobie, o swoim życiu, o przyjaciołach. Wynika to z tej niewymuszonej atmosfery i pewnej nieprzewidywalności tego miejsca. I właściwie w tym momencie rozpoczyna się historia innego obrazu i być może innego przedstawienia w S/T. A kolejne koło historii się zamknęło i nieoczekiwanie splotły się ludzkie losy za pośrednictwem dwóch obrazów.

Dwór Moniaki, aktualnie na podzamczu w Janowcu

Historia jednego obrazu, 25 luty 2012, Maja Berezowska, Portret Zofii Dąbrowskiej (Zinserling), Studium Teatralne, Warszawa, ul. Lubelska 30/32



poniedziałek, 19 marca 2012
Nieskończona historia w inscenizacji Piotra Cieplaka

Nieskończona historia w Teatrze Powszechnym była przeżyciem wysokiego lotu. To opowieść o jednym dniu mieszkańców pewnej kamienicy. Poznajemy zakompleksionego nauczyciela rysunku, trenera Trampka, dwie staruszki: panią Dworniczkową i panią Dąbkową, a do tego kobietę w ciąży i małżeństwo znajdujące się w stanie permanentnego sporu. Każda z postaci mówi o swoim życiu, kłopotach, tęsknotach, słabostkach, i zadziwieniach. Właściwie nic nowego.

Wydarzenia banalne dzieją się w rytm muzyki  filharmonicznej i nagle ta banalność dnia codziennego nabiera wymiaru metafizycznego. Zwykłe ludzkie sprawy przestają być zwykłe, przekraczają swoja miarę i mamy świadomość uczestnictwa w misterium. Cieplak poprzez nadanie dramatowi rytmu oratoryjnego ten efekt potęguje.

Sztuka została wyreżyserowana bardzo precyzyjnie. Każda kwestia została zakomponowana na swój niepowtarzalny sposób, każdy ruch na scenie czemuś służy. Cieplak osiągnął poziom perfekcji rzadko występujący we współczesnym teatrze. Skoordynowanie tekstu, gestu, ruchu scenicznego, muzyki, scen grupowych jest prawie idealne i zawsze czemuś służy. Nie odrealniając codziennej  rzeczywistości przesuwa ją w kierunki mistyki. Widzowie naraz uczestniczą w prostych sprawach prostych ludzi i naraz mają poczucie wzniosłości. To piękny efekt.

Nie wiem tylko, czy właśnie ten tekst zasłużył na tak doskonałą inscenizację. Współczesny człowiek ma często dojmujące poczucie nieadekwatności świata. Czy maksimum tego, co może dać mu sztuka, to tylko potwierdzenie tego faktu wyrażone językiem artystycznym? Tylko tyle?

Dookoła nas jest mnóstwo konfliktujących się wartości, nierozwiązywalnych problemów egzystencjalnych, dramatów niemożności. Niezaspokojony ciągle czekam, że sztuka zacznie mówić o tych sprawach najistotniejszych, że doskonała forma będzie współgrała z najważniejszymi treściami. I jeżeli od kogoś tego oczekuję, to od takich Artystów jak Piotr Cieplak.

Artur Pałyga, Nieskończona Historia, reż. Piotr Cieplak, Teatr Powszechny w Warszawie, premiera 10 marca 2012.

Nieskończona historia, reż. Piotr Cieplak, recenzja



niedziela, 04 marca 2012
Król Kier znów na wylocie

Tym razem recenzja mojej córki.

"Król Kier znów na wylocie" to sztuka na motywach powieści Hanny Krall pod tym samym tytułem, opartej na prawdziwej historii. Przykuwa uwagę dużą energetycznością, budową fragmentaryczną i dynamiczną, dzięki czemu każe widzowi mocno się koncentrować i nie pozwala się nudzić. Ze sceny na scenę fabuła uzupełnia się i rozwija, i mimo, że na zmianę odgrywane są fragmenty z różnych czasów i różnych miejsc, na koniec historia składa się w całość, zamyka się sceną, którą się zaczęła, która oddaje istotę losów głównej bohaterki, Izoldy Regensberg, vel Marii Pawlickiej.

Król kier znów na wylocie, recenzja

Główna bohaterka całe swoje życie, wszystkie działania i system moralny zorientowała na ocalenie swojego męża, który trafił do Auschwitz, a stamtąd do Mauthausen. Zachowywała się jakby nie było Boga, ani żadnych zasad. Nie cofała się przed kłamstwem, wiarołomstwem, prostytucją, nie dbając o życie swoich bliskich, ani swoje własne, „cały świat mógł zginąć, spalić się, byle żył on jeden”. Jej historia była bardzo burzliwa, między innymi uciekła z obozu pracy, była w transporcie do obozu koncentracyjnego, udawała Polkę i Niemkę, podawała się za pielęgniarkę, żeby uciec do Berlina. Smutnym podsumowaniem było to, że gdy się odnaleźli, przy czym ona była pewna, że to za jej sprawą mąż przeżył, ona nie umiała się cieszyć, a on nie umiał zapomnieć i w końcu opuścił ją w latach siedemdziesiątych. Starość spędziła u córki w Izraelu, w chorobie, nie mając komu opowiedzieć swojej historii.

Twórczo została wykorzystana w sztuce kreda, którą pierwszy pojawiający się na scenie aktor wyjmuje z kieszeni i zaczyna kreślić prostopadłe linie, głośno mówiąc o narodzie, który prawie zmieciono z powierzchni ziemi. Scena ta wprowadza w temat, wprowadza w klimat, burzy spokój widza, który patrzy jak piękną polichromowaną podłogę ktoś brudzi i niszczy, wykrzykując przy tym liczby świadczące o tragedii. Dalekie jest to od smętnej melancholii martyrologicznej, jest to zupełne jej przeciwieństwo i taka jest cała sztuka. Dalej kreda odgrywa zasadniczą rolę w scenografii. Używany jest stół i kilka metalowych krzeseł, które tworzą raz salon fryzjerski, raz pociąg, raz celę, a cała reszta przedstawiana jest za pomocą linii prostopadłych rysowanych przez jednego z aktorów na podłodze, podczas gdy opowiada on o miejscu, w którym się znajduje. Mówi gdzie są tory, albo drzwi, albo róg ulic, albo zaznacza strażniczki na Pawiaku. Ułatwia to przedstawienie wielu miejsc akcji, scenografia staje się transparentna. Pomysł wziął się wprost od Hanny Krall, która słuchając Izoldy (scena na Pawiaku) poprosiła ją, żeby to wszystko narysowała i pomysł ten fantastycznie wykorzystał reżyser Piotr Borowski.

Atmosferę tworzy także bardzo dynamiczna, przerysowana gra, mająca oddać nierealność tamtej rzeczywistości, przeżyć, których nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, w opozycji do oszczędnej scenografii. Wrażenie robi niesamowita żydowsko-jazzowa muzyka oparta na kompozycjach Johna Zorna połączona z odgłosami przejeżdżających pociągów (teatr znajduje się obok Dworca Wschodniego) wpisującymi się w treść.

Kunszt aktorski widać po tym, że czterech aktorów zdołało wcielić się w sumie w przynajmniej kilkanaście ról, które były dla widza rozpoznawalne w klarowny sposób. Brakowało mi jednak autentyczności w grze, w momentach nie wymagających wielkiego dynamizmu, ekspresyjnej gry ciałem, np. w czasie zwykłej, naturalnej rozmowy. Oczywiście efekt „zwyczajności” w teatrze jest najtrudniejszy do uzyskania, jednak wydaje się, że powinien być osiągalny dla ekipy na tak wysokim poziomie.

Ciekawą rzeczą jest, jak funkcjonuje samo Studium. Za salę teatralna służy była hala fabryczna, wykorzystywana przez ST od 97 roku. Wśród znajdujących się tam już wcześniej filarów, czarnych ścian, zasłoniętych okien uwagę zwraca polichromowana podłoga, na wzór polskich synagog. W każdym wydarzeniu w teatrze widać ogromne zaangażowanie całej ekipy, pracę, którą wkładają we wszystko co robią, dążenie do rozwoju, nie osiadania w miejscu, pogłębiania i doskonalenia. Przy czym z resztą świetnie się bawią. Jest to miejsce spotkań: regularnie widują się tam ludzie współpracujący przy różnych teatralnych wydarzeniach od lat, przyprowadzają swoich przyjaciół, wieść o teatrze roznosi się w znacznym stopniu pocztą pantoflową i ten, kto tam przyjdzie, zapewne spotka swoich starych znajomych, a nawet jeśli nie, poczuje się jak u siebie i z pewnością nawiąże nowe kontakty i spędzi dużo czasu na zupełnie zaskakujących swoim poziomem rozmowach. Wszystko to razem tworzy absolutnie niepowtarzalna atmosferę.

Reżyser zdradza, że przy pracy wspólnie z aktorami ustala szczegóły, pracują metodą projektu. Nie jest to teatr repertuarowy, grywa bardzo rzadko, w tym na festiwalach. Jednak mimo trudności finansowych (teatr utrzymuje się z dotacji, projektów rozpisywanych np. do Miasta Stołecznego Warszawa czy Ministerstwa Kultury i w znacznym stopniu z „własnej kieszeni”) starają się funkcjonować tak, aby aktorzy nie traktowali teatru jako zajęcie „po godzinach”, wkładają w niego dużo pracy, dużo czasu, zachowują się jak etatowi aktorzy.

Ciekawym problemem jest sens istnienia teatru alternatywnego w dzisiejszych czasach. Forma ta powstała jako opozycja do teatrów doby PRL-u, jako kontrkultura, zmuszająca pierwszy obieg do dyskusji. Był to rodzaj rozmowy z rzeczywistością, rozmowy, która była bardzo potrzebna młodym, próbującym się odnaleźć, szukającym odpowiedzi na dręczące pytania, sposobów na funkcjonowanie w komunistycznym świecie. Teatr alternatywny był ich teatrem. Jednak po 1989 roku alternatywa przestała być potrzebna, dlatego takie teatry muszą znaleźć swoją rację bytu, muszą robić coś, co jest niemożliwe w teatrach repertuarowych. Powinny je wyprzedzać, ciągle drążyć, stawiać krok do przodu. I wydaje mi się, że można w ten sposób wyjaśnić funkcjonowanie Studium Teatralnego, które z powodzeniem realizuje rolę poszukiwacza rzeczy niemożliwych bez swoistej kameralności i umownej offowości.

Anna

poniedziałek, 24 stycznia 2011
Lipiec Gruszki i Wyrypajewa

Iwan Wyrypajew wyreżyserował w Teatrze na Woli swój własny tekst Lipiec. W głównej roli obsadził swoja żonę, Karolinę Gruszkę, zatem spektakl ma charakter autorski w stopniu rzadko dającym się osiągnąć. I nie trzymajmy czytelników w niepewności – eksperyment zakończył się totalnym sukcesem.

Karolina Gruszka w Lipcu Wyrypajewa, recenzja

Rdzeniem sztuki jest monolog 63-letniego mężczyzny, który otwartym tekstem przyznaje się do wielu morderstw i – co najbardziej wstrząsające – do pożerania swych ofiar. Taki rosyjski Hannibal Lecter, tylko że w stylu „ruski mużyk” a nie zachodni intelektualista. Ale to nie sama retrospekcja owego kanibala robi potężne wrażenie, ale przede wszystkim forma, w jaki jest przedstawiona. Monolog prezentuje Karolina Gruszka, młoda dziewczyna, co już samo w sobie jest dość zaskakujące. Ale jak ona to robi! W żadnym przypadku nie wciela w rolę mężczyzny, ona tylko wykonuje tekst, jak pisze autor w didaskaliach – wykonawcą tekstu jest kobieta, która wychodzi na scenę tylko po to, aby wypowiedzieć tekst. Robi to bardzo oszczędnymi środkami – pusta scena, mikrofon, skromna sukienka z marynarką, bez makijażu, w krótkich włosach. Niby nic, a jednak bardzo dużo. Gruszka wykonuje tekst strzelając słowami z prędkością karabinu maszynowego. Na początku podświadomie czekałem, kiedy się zatnie, pomyli, zapomni, ale... nic z tych rzeczy. Maestria aktorki polega na tym, że tymi prostymi środkami kreuje rzeczywistość tak fascynującą, że wszyscy na sali siedzą wpatrzeni w nią jak w żywą ikonę, która urzeczywistnia na scenie coś mistycznego, nadprzyrodzonego. Nadaje tekstowi specyficzny rytm i ton, który jeszcze długo pozostaje w uszach. Po tym przedstawieniu Karolina Gruszka na stałe zajmie miejsce w kategorii „młoda, wybitna, oglądać wszystko, gdzie się pokazuje”.

Inscenizacja Lipca jest perfekcyjna. Zamysł autora spotkał się z koncepcją reżysera w punkcie wysokim (co nie dziwne), a Karolina Gruszka dała się zamodelować dokładnie tak, jak życzył sobie reżyser i w efekcie powstało dzieło skończone. W pewnym sensie sukces inscenizacyjny jest za wielki, bo widzowie zaczarowani przez Gruszkę, gubią przesłanie niebłahego przecież tekstu. Wszyscy wychodzą zafascynowani aktorką (ja też), wiedzą o czym sztuka mówiła, ale co powiedziała już nie wiedzą, bo pamiętają głównie fenomenalną kreację Gruszki. Mnie to też spotkało, zatem na drugi dzień zajrzałem do internetu i przeczytałem wszystkie recenzje. W żadnym nie ma analitycznego ani krytycznego odniesienia się do tekstu! Nawet w tych szerszych komentarzach znani krytycy nie wychodzą poza podpowiedzianą przez samego Wyrypajewa interpretację, że szukał w swojej sztuce uobecnienia myśl o. Pawła Florenskiego, że „dom Boga jest za czarnym lasem, a nie za piękną łąką”. Nikt jednak nie zadał sobie trudu, aby chociaż podsumować, czy w istocie sztuka koresponduje z tym zamysłem. O głębszych interpretacjach nawet mowy nie ma (nawet w recenzji szacownej i nie tabloidalnej „Więzi”).

Klucz do zrozumienia Lipca tkwi w ostatniej partii tekstu, kiedy ów rosyjski kanibal tkwi po kolejnym morderstwie w zakładzie dla psychicznie chorych przywiązany pasami do łóżka z maską hokejową na tworzy. Przychodzi do niego salowa i dzieje się coś zdumiewającego, zakochuje się w tym szaleńcu, uwalnia go z pasów, dochodzi do zbliżenia. On tak pragnienie z nią jedności, że znajduje dla tego pragnienia wyraz najwyższy – wchłania ja w siebie, czyli mówiąc wprost zjada ją, w jego mniemaniu dochodzi w tym akcie do jakiejś ostatecznej komunii.

Wyrypajew sugeruje, że jego bohater poprzez te wszystkie tragiczne wydarzenia, a zwłaszcza to ostatnie, odnajduje siebie, a w sobie jeszcze coś. Czy innymi słowami, jak głosi motto do sztuki, „Dom Boga jest za czarnym lasem, a nie za piękną łąką” – to cytat z Ikonostasu o. Pawła Florenskiego. W tekście sztuki jest wiele wskazówek potwierdzających takie przesłanie. W końcówce przyjeżdżają po ciało trzej synowie i planują zabrać je do Archangielska. „Nasz ojczulek całe życie marzył, by dotrzeć do Archangielska, no to spełni się jego marzenie. Dokąd zamierzał tam trafił”. Cały kontekst wskazuje, że jest to swoiste „wniebowzięcie”, a nazwa miasta nie jest przypadkowa (od archaniołów przecież).

Moim zdaniem jest to nadużycie i to podwójne. Po pierwsze nie ma nic wspólnego z nawet najbardziej nieortodoksyjnie rozumianą teologia chrześcijańską, a po wtóre jest manipulacją myślą o. Florenskiego. Jak sobie przypominam (a czytałem to wiele lat temu) jego koncepcje należy rozumieć tak, jak bliższy nam kulturowo cytat „kto nie zaznał goryczy na ziemi, ten nie zazna słodyczy w niebie” (Dziady, cz. III, z pamięci). Ponadto ludziom udręczonym swoją grzesznością, („czarny las”) jest bliżej do Boga niż pozostałym, między innymi dlatego, że widzą swoją małość i całkowite nie zasługiwanie na zbawienie, którego doświadczają, jak darmowej łaski. Wobec Bożego majestatu stają może i z pustymi rękami, ale w pokorze, bez poczucia należnej nagrody i paradoksalnie w ten sposób na ową nagrodę zasługują. Ale przecież to nie jest przypadek bohatera sztuki Wyrypajewa. On przecież nie ma świadomości, że robił coś niewłaściwego, wręcz odwrotnie, kobiecie swojego życia zaoferował miłość i doświadczył z nią „prawdziwego zjednoczenia”. Doświadczył też takiego stanu: „Najadłem się chleba, napiłem wina (…) napełniłem całego siebie bóstwem, i sam stałem się bóstwem. Bóstwo w środku, bóstwo na zewnątrz.” Wydaje mi się, że droga życiowa owego rosyjskiego kanibala nie stoi w żadnej proporcji do tego, o czym pisze Florenski, a powoływanie się na jego koncepcje teologiczne jest w kontekście Lipca nadużyciem. Przekaz tego dramatu jest wystarczająco fascynujący i bez tworzenia wokół niego atmosfery fałszywej mistyki.

Niezależnie od kontrowersji z Florenskim, zastanawia mnie finał sztuki, w którym bohater trafia do symbolicznie przedstawionego, ale jednak nieba. Czym sobie na to zasłużył? Jak tę drogę zbawiania uzasadnić? Nie znajduję na to prostej odpowiedzi, Wyrypajew jej zresztą też nie podpowiada. Odbieram to jako pozostawienie przez autora szczególnego intelektualnego suspensu, który każdy z widzów musi sam przemyśleć i zmierzyć się z pytaniami o rzeczy ostateczne

Lipiec to jedna z najlepszych sztuk, jakie widziałem w 2010 – doskonale wyreżyserowana, brawurowo zagrana, a jeszcze na dodatek stawiająca niebanalne pytania egzystencjalne, spokojnie 10/10.

sobota, 27 listopada 2010
Merlin w Laboratorium Dramatu

Merlin - inna historia, reż. Ondrej Spišák, Laboratorium Dramatu

Merlin, syn Szatana oddany w służbę Bogu, postanawia stworzyć w Brytanii królestwo doskonałe. Władcą zostaje Artur, który powołuje Zakon Okrągłego Stołu - na znak równości wszystkich rycerzy, którzy przy nim zasiądą. Warunkiem powstania królestwa idealnego jest jednak znalezienie świętego Graala. Siedmiu rycerzy wyrusza w świat, pokonuje bestie i uwalnia „panny nagie i bezbronne” ale Świętego Graala nie znajdują. Wracają do zamku Camelot i kierują kopie przeciw sobie. Brytania spływa krwią. Dlaczego idea Okrągłego Stołu musiała lec w gruzach? Czy los Brytanii to los każdego „państwa idealnego”?

Merlin – inna historia Tadeusza Słobodzianka jest przypowieścią o zdradzonym przymierzu i upadku wiary w powszechną szczęśliwość. Można w tym spektaklu zobaczyć refleksję nad zasadami absolutnymi, można alegorię do polskiego snu o wolności, który tak pięknie rozpoczął się w 1989 roku i tak niepięknie kończy się na naszych oczach.

Przede wszystkim jest to jednak sporo dobrego teatru, zajmującego, oryginalnego, zadziwiającego formą – z jednej strony nowoczesną, a z drugiej jak najbardziej tradycyjną. Okazuje się to możliwe. Jak w przedstawieniach ludowych czy baśniach dla dzieci, frazy się powtarzają, a zmienia się tylko rycerz, którego opowieść dotyczy. Dla niektórych widzów może to jednak być nużące. Podobnie nie każdemu muszą się podobać gesty aktorów imitujące zachowania seksualne.

Reżyser nie szokuje gigantycznymi instalacjami czy prowokacyjną scenografią, to aktorzy stwarzają ten mityczny świat i aktorstwo właśnie jest jedną z najmocniejszych stron tego przedstawienia.

Bardzo polecam zainteresowanym tą tematyką i oryginalną dramaturgią. W mojej opinii 7/10.

17:35, dijkstra-jg , Teatr
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 czerwca 2010
Lew na ulicy w łódzkim Teatrze im. Jaracza

Ciemność. Biała, drobna postać dziewczynki w zwiewnych fatałaszkach. Właśnie zabił ją Lew. Z zaświatów Isobel wyrusza w podróż po naszym ziemskim padole. Nie przygląda się biernie ludzkim sytuacjom, ale stara się w nich uczestniczyć, czasem pomóc odnaleźć siebie, czasem przestrzec przed czającym się Lwem, czasem dać szanse na bezinteresowne ofiarowanie ciepła. Lew to zło upostaciowione, a może tylko symboliczne, a może to tylko takie coś, co siedzi w każdym z nas. Wtedy też trzeba przed tym czymś się chronić i Isobel przybiega, przytula, współodczuwa, czasem płacze, czasem tylko patrzy.

Lew na ulicyW efekcie otrzymujemy przegląd wielu ludzkich trudnych sytuacji, pokiereszowanych związków, splątanych losów i chorych relacji. Mała Isobel spotyka ludzi nieszczęśliwych, zagubionych, dotkniętych przez życie. Mimo to, jak trafnie zauważył Mariusz Grzegorzek:

To zdumiewające, ale to przepełnione cierpieniem i mrokiem przedstawienie emanuje ukrytym wewnętrznym światłem, które każdemu daje jego własną nadzieję.

Może dlatego tak się dzieje, że Isobel wprowadza wszędzie atmosferę dobra i miłości, a może i dlatego, że w ostatniej scenie przebacza swojemu dręczycielowi, co zresztą my, widzowie, też mamy ochotę uczynić, po poznaniu dzieciństwa owego mordercy. Judith Thompson nie daje łatwych odpowiedzi, pozostawia najczęściej widza sam na sam z przedstawionym dramatem i mówi mu: myśl co chcesz. Na pewno jednak nie pozostawia go obojętnym. Dużego plusa przyznaję pani Thompson, za odwagę. Nie boi się wygłaszanych ze sceny kwestii mogących być uznane za moralizatorskie. Rzeczywiście w jej sztukach tak one nie brzmią, zapewne ze względu na dążność do przedstawiania różnych racji, różnych dróg życiowych swoich bohaterów, również w taki sposób, że widz utrzymywany jest w atmosferze słusznego oburzenia na jakiegoś zdemoralizowanego łobuza, ale minuta po minucie, zdanie po zdaniu zaczyna wycofywać się z tak prostej oceny danego człowieka. Jedno jest pewne Lew na ulicy daje do myślenia i działa ożywiająco na umysł (na duszę chyba zresztą też).

Mariusz Grzegorzek (do tej pory nie znany mi z teatru) znalazł dobry sposób na wystawienie tak wielowątkowej i treściowo nie prostej sztuki. Nie popadł ani w banał, ani w uproszczenie, ani w eksperymenty zacierające istotne sensy. Szkoda jedynie, że nie wszystkie wątki były wystarczająco czytelne, ale chcę wierzyć, że inni byli domyślniejsi. Z aktorów Grzegorzek wydobył maksimum możliwości, musieli oni w przeciągu sekund przedzierzgnąć się w zupełnie inne postacie i udawało się im to wzorowo. Klasą samą dla siebie była jednak Marietta Żukowska, odtwórczyni głównej roli Isobel. Młodziutka, ale doświadczona, zwiewna i krucha, ale stanowcza. Nazwisko warte zapamiętania.

Kostiumy były zdumiewająco ciekawe. Ich autorka, Violetta Jeżewska zdecydowała się na ryzykowny eksperyment, mianowicie na obcisłych kombinezonach namalowała ubrania, od dresów po garnitury z krawatem. Sam pomysł pachnie z daleka tandetą, ale wykonanie było na tyle dobre, że doskonale obroniło całą koncepcję. Wpisało się też doskonale w generalny zamysł inscenizacyjny, bo umożliwiło częste i szybkie zmiany kostiumów, przy jednoczesnej równowadze między różnorodnością niezbędną do poszczególnych scen a jednorodnością stylistyczną całości. Za kostiumy też brawa.

Zobaczyć koniecznie, nawet tylko dla tej sztuki warto wybrać się do Łodzi. Ogólna ocena 9/10.

 
1 , 2
Zakładki:
10TOP tego bloga
A to mój nowy blog historyczny
Obejrzane - Film
Obejrzane - Teatr
Przeczytane
W oczekiwaniu
Zaglądam na blogi