Kategorie: Wszystkie | Film | Historia | Książki | Teatr | Wypady
RSS
sobota, 03 sierpnia 2013
O secesji we Wrocławiu, Poznaniu i Paryżu

Przy okazji wakacji nadrabiam recenzenckie zaległości i przedstawiam oraz bardzo zachęcam do przeczytania, a jeszcze  lepiej do posiadania kilku nadzwyczaj wartościowych książek rozszerzających naszą wiedzę o secesji w poszczególnych miastach. Trochę upłynęło od ich wydania, ale wszystkie polskie są jeszcze dostępne, warto je przypomnieć, bo nie miały za wielu recenzji, prawie ich nie ma na blogach, nawet w BiblioNETce nie miały ani jednej oceny. A książki są przednie i warto się nimi zainteresować.


Wrocław

Najpiękniejsza polska książka, jaką miałem w ręku w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Z ogromną pieczołowitością Leszek Szurkowski wykonał fotografie, a później skomponował z nich niezwykły album. Na dodatek udało mu się połączyć walory artystyczne z rzetelnością i dokładnością w prezentowaniu tej fascynującej architektury.

Leszek Szurkowski, Barbara Banaś, Secesja w architekturze Wrocławia, okładka, recenzja

We Wrocławiu secesja nie rzuca się w oczy. Może dlatego, że tak niewiele jej pozostało, może dlatego, że najczęściej nie jest to czysta, klasyczna art nouveau, ale zwykle pomieszana z wpływami neobarokowymi. Jakby nie było, dzięki tej książce została przywrócona powszechnej świadomości, mojej osobistej zresztą również. Wielokrotnie zwiedzałem Wrocław, ale dopiero dzięki albumowi dostrzegłem piękno tej architektury.

Żeby uświadomić czytelnikom wielkość przedsięwzięcia, informuję, że składa się na nie blisko 800 ilustracji i fotografii. To gigantyczny materiał, taka rozległość i szczegółowość materiału fotograficznego jest rzadka w polskich książkach. Tym bardziej warte jest to docenienia, że obok fotografii obiektów występują również archiwalne plany, ryciny i kartki pocztowe, przenoszące odbiorcę w czasy, kiedy ta architektura powstawała.

Jestem również pod wrażeniem szaty graficznej, nie tylko pięknej, naprawdę smacznej, ale też przejrzystej i ułatwiającej odbiór bardzo przecież obszernego materiału. Ponadto układ książki jest bardzo życzliwy dla tych, którzy tak jak ja, traktuję tego typu książki, jako materiał wspomagający zwiedzanie, otwierający oczy na detale, wyposażający w wiedzę na temat oglądanego właśnie obiektu. Poszczególne realizacje są ułożone w ciągi, według klucza geograficznego, czyli można przejść daną ulicą, przekładając kolejne kartki wraz z mijanymi obiektami. To bardzo, bardzo, ułatwia korzystanie z tego albumu. Na dodatek książce towarzyszy bardzo smaczna strona internetowa, dająca przedsmak tego, co w niej możemy znaleźć.

Przy tej objętości książki, trochę trudno generować dodatkowe oczekiwania czy pretensje, że czegoś brakuje. Jedną rzecz muszę jednak wskazać – informacje poświęcone kolejnym obiektom są za krótkie, za lakoniczne. Chciałoby się więcej treści. Twórca koncepcji książki, Leszek Szurkowski, założył jednak, że wszystkie teksty są trójjęzyczne, co chyba było błędem. W każdym razie album nie był nigdy reklamowany po niemiecku, a sądząc z przyjęcia takiego układu treści, Niemcy powinni być takimi samymi jego odbiorcami, jak Polacy. Nie zmienia to jednak bardzo wysokiej oceny książki. Finalnie 10/10 i inaczej być nie może.

Leszek Szurkowski, Barbara Banaś, Secesja w architekturze Wrocławia, Co-Liber, Wrocław 2009.


Poznań

Jan Skuratowicz, Magdalena Adamczewska, Piotr Walichnowski, Secesja w Poznaniu, okładka, recenzjaAlbum poświęcony poznańskiej secesji to zupełnie inny typ publikacji. Zorganizowany jest wokół poszczególnych twórców. Ma w związku z tym charakter quasi-naukowy. Refleksje prof. Jana Skuratowicza poświęcone są poszczególnym pracowniom, ich cechom charakterystycznym, rozwojowi, zależnościom. Dominują zdjęcia, ale artystycznie to nie jest ta klasa, co album dedykowany Wrocławiowi. Z drugiej strony informacyjnie jest to książka bogatsza.

Dzięki niej można się przekonać, że Poznań ma bardzo bogatą secesyjną przeszłość. Wiele kamienic prezentuje poziom przeciętny, z dekoracją wielostylową, jedynie z elementami wystroju secesyjnego. Sporo jest jednak naprawdę oryginalnych realizacji. Wiele obiektów wykorzystuje, co rzadkie, drewno oraz cegłę, jako elementy wykończeniowe. Bodaj najciekawszy jest zespół kamienic przy ulicy Roosvelta, w niektórych zachowały się nawet witraże w klatkach schodowych (naocznie to sprawdziłem). Nie może zatem dziwić, że to właśnie miejsce (Roosvelta 5) Musierowicz wybrała na gniazdo rodowe rodziny Borejków. W takim miejscu musi się żyć ciekawiej, niż gdzie indziej, a w każdym razie tak powinno się wydawać czytelnikom. Piękno, historyczne korzenie jednak oddziałują na człowieka. Poznaniacy na pewno czuli ten smaczek, pozostali, dzięki książce Skuratowicza , mogą go docenić, a nawet świadomie miejsce odwiedzić, co usilnie polecam.

Książka ma jeden poważny feler. Jest nim brak indeksu omawianych obiektów, brak nawet mapy z ich umiejscowieniem. Bardzo to utrudnia korzystanie z niej, a efekt był taki, że stojąc przed wspomnianą kamienicą na Roosvelta 5, nerwowo kartkowałem grube, albumowe tomiszcze szukając, przy jakim to architekcie szanowny autor umieścił tę kamienicę. Dla mnie jest to brak niewybaczalny. Wydawca, który nie myśli o czytelniku powinien się czerwienić. Zatem finalnie tylko 9/10.

Jan Skuratowicz, Magdalena Adamczewska, Piotr Walichnowski, Secesja w Poznaniu, Wydawnictwo Miejskie, Poznań 2000.


Paryż

Janine Casavecchie, Gilles Targat, Paris. Art nouveau, okładka, recenzjaW porównaniu do polskich przejawów zainteresowania architekturą secesyjną w poszczególnych miastach jest to książeczka niewielka, bez ambicji artystycznych towarzyszących wydawnictwom albumowym. Natomiast zakres treściowy książki jest zupełnie wystarczający, aby mieć wsparcie w zapoznaniu się z secesją w wymiarze paryskim. O ile potrafię się zorientować, wszystkie istotne obiekty zostały uwzględnione, podstawowe informacje o projektancie podane, opinie o artystycznej specyfice obiektu zamieszczone, zdjęcia detali opublikowane. Czegóż można chcieć więcej?

Na dodatek obiekty są pogrupowane w ramach poszczególnych dzielnic Paryża, co ułatwia ich odszukanie w terenie i potraktowanie książki  jako wspomagającego przewodnika. Istnieją nawet mapki tych dzielnic.

Paris. Art nouveau dostałem w prezencie, jako podzielenie się zwiedzaniowymi atrakcjami Paryża. Doceniłem i dziękuję.

Janine Casavecchie, Gilles Targat, Paris. Art nouveau, Éditions du Chêne, Paris 2009.


 

Na zakończenie przeglądu książek o secesji chcę jeszcze zwrócić uwagę, na jedno super ciekawe zjawisko, tym razem nie książkowe. Jest nim Wirtualne muzeum secesji, a w nim szczególnie polecam zakładkę „Podróż”. Naprawdę warto.



niedziela, 28 lipca 2013
Sprzysiężenie, pierwsza powieść Stefana Kisielewskiego

Stefan Kisielewski, Sprzysiężenie, okładka, recenzjaStefana Kisielewskiego znamy głównie jako publicystę, a zwłaszcza felietonistę. Tymczasem okazało się, że jako powieściopisarz był równie ciekawy, a chwilami wręcz genialny.

Sprzysiężenie to pierwsza powieść Kisiela, napisana podczas okupacji, kiedy autor miał dużo czasu… i skorzystał z rady Karola Irzykowskiego „pracujcie, myślcie, piszcie, okupacja to czas darowany – nigdy już może nie będziecie mieli okazji do takiego oderwania się od życia i skupienia wewnętrznego – po wojnie znów się zacznie literacka giełda.” Wydana po wojnie, w 1947 roku, kiedy autor był już felietonistą „Tygodnika Powszechnego”, wzbudziła mnóstwo protestów i kąśliwych recenzji. Najgroźniejsze dla Kisielewskiego były te, które ukazały się w jego macierzystym Tygodniku. Antoni Gołubiew, zarzucił książce, że jest antykatolicka, szerzy pornografię, a na dodatek źle pisze o kampanii wrześniowej. Po takim dictum Kisielewski został wyrzucony z redakcji i przestały się ukazywać jego felietony. Na szczęście dla nas wszystkich, po trzech miesiącach powrócił na łamy Tygodnika. Nad Sprzysiężeniem zawisła jednak aura skandalu, co niewątpliwie sprzyjało poczytności i wpłynęło na fakt jego kilku późniejszych wydań.

Osią, dookoła której organizują się wszystkie wydarzenia w powieści, jest pewne wydarzenie, które miało miejsce jeszcze w gimnazjum. Trójka przyjaciół złożyła sobie wtedy przysięgę „iż wyrzekną się raz na zawsze wszelkich namiętności oprócz jednej, która może zastąpić i wynagrodzić wszystko: oprócz twórczości. W pierwszym więc rzędzie winni wyrzec się najgroźniejszej namiętności, która aktualnie im zagraża: wyrzec się kobiet.” (s. 72)

Negatywny warunek w postaci „wyrzeczenia się kobiet” musiał oczywiście skutkować wieloma perypetiami, w sumie łatwymi do wyobrażeniami. Znacznie ciekawsze jest przyjrzenie się, jak było z celem tego Sprzysiężenia. Oto tylko jeden z jego uczestników, poszedł w stronę skoncentrowania się na twórczości. Pozostałych rozrywały inne namiętności, głównie o charakterze politycznym. Zaburzone relacje z kobietami też im życia nie ułatwiały. Sumarycznie biorąc, sprzysiężenie nie odniosło spodziewanego skutku, pomimo bolesności różnych wyrzeczeń. Nie było fajerwerków twórczości, a nawet tylko skoncentrowania na własnym rozwoju, mogącym w przyszłości zaowocować wielkimi dziełami.

Szkoda, że Kisielewski nie przeanalizował, dlaczego tak stało, co nie zagrało. Książka zbudowana jest wokół przeżyć jednego tylko z członków owego sprzysiężenia. W jego przypadku zaburzenia związane z brakiem relacji z kobietami lub z zupełnie pokręconymi związkami zdają się być główną przyczyną słabszego rozwoju duchowego i intelektualnego Henryka (bo tak na imię mu było). Koncentruje się on na swoich brakach i niemożnościach (podejrzewa w sobie impotencję) zamiast zająć się tym co najważniejsze – twórczością. Nie bardzo wiemy, jak w przypadku pozostałych uczestników tego sprzysiężenia zadziałały jego skutki. Co z nimi?

Ostatecznie, czy to treść przysięgi była niedobra, czy inne czynniki zaważyły na braku sukcesu? Przecież na tym świecie dobrze funkcjonują celibatariusze, a i parę osób mógłbym wskazać, które poświęciły dla działalności intelektualnej swoje życie osobiste. Im się udało, a dlaczego tym młodym chłopcom raczej nie? Jeśli potraktować powieść jako Bildungsroman, to zadane wcześniej pytanie robi się kluczowe. Kisielewski pozostawił je na boku głównego nurtu powieści.

W istocie najważniejsze wydarzenia Sprzysiężenia układają się wokół Henryka z Zygmuntem, który jest zdecydowanie osobowością dominującą i wciąga Henryka w swoje koncepcje ideologiczne, egzystencjalne, a pod koniec także polityczne. Ciężar powieści przeniósł się zatem z tytułowego sprzysiężenia w kierunku relacji zależności Henryka od Zygmunta. Nie do końca potrafimy zresztą zrozumieć, dlaczego do tego doszło. Henryk zdawał sobie sprawę, że jest, a w każdym razie może być, obiektem manipulacji ze strony swojego szkolnego kolegi. Ale i tak ulegał presji ze strony Zygmunta.

Jeden z zarzutów sformułowanych w roku 1947 przez redakcję „Tygodnika Powszechnego” jest jednak wart rozpatrzenia. Chodzi o przedstawienie walk we wrześniu 1939 roku. Henryk po długiej tułaczce trafia w końcu do jednego z ośrodków uzupełnień we wschodniej Polsce. Panuje tam marazm, później kompletny chaos, a w operacjach bojowych niepotrzebne szafowanie krwią żołnierzy. Kisielewski w takim przedstawieniu września naraz się myli i naraz mówi prawdę. Ma rację, bo rzeczywiście ci, którzy trafili do ośrodków zapasowych, nieprzygotowanych do działalności bojowej, mogli mieć poczucie nudy, a po zbliżeniu się frontu, pewnego zagubienia, bo te ośrodki były przeznaczone tylko do zebrania żołnierzy i przekazania ich do właściwych jednostek, jako uzupełnienie strat, nie do samodzielnej działalności bojowej. Jednocześnie Kisielewski się myli, bo o obrazie walk we wrześniu decydowali ci, którzy byli na froncie, którzy walczyli w pełnowymiarowych jednostkach bojowych, a nie ci, którzy znajdowali się na głębokim zapleczu. Natomiast zarzut szafowania krwią żołnierzy, dla osiągnięcia jakiś prywatnych celów przez oficerów dowodzących oddziałami, należy bezwzględnie potraktować jako bzdurę. Jedyne co Kisielewskiego trochę tłumaczy, to okres w którym pisał Sprzysiężenie. Były to lata okupacji, lata goryczy po nieoczekiwanie przegranej kampanii, lata poniżenia. Łatwo się wtedy szuka winnych, łatwo feruje oceny, tym łatwiej, że jakakolwiek zobiektywizowana wiedza była wtedy w kraju kompletnie niedostępna.

Jeśli chodzi o formę, to byłem pod wrażeniem opisów stanów psychicznych i intelektualnych postaci występujących w książce. Powiedzieć, ze były one wyczerpujące, to spłycić zagadnienie. Najczęściej były to piękne, ciekawe, dogłębne  analizy, które czytałem naraz z przyjemnością i szacunkiem dla autora. Już wtedy młody Kisielewski był bystrzakiem, czuje się to wyraźnie.

Ciekawe są również losy rękopisu Sprzysiężenia. Dzięki pośrednictwu Czesława Miłosza, rękopis zakupił Władysław Ryńca, okupacyjny milioner, który nadwyżki finansowe lokował właśnie w rękopisy przewidując ich wydanie po wojnie. Ryńca mieszkał w Piastowie pod Warszawą i dzięki temu Sprzysiężenie ocalało, bo wszystkie inne papiery młodego Kisielewskiego spłonęły w Warszawie podczas Powstania.

Negatywnie zaskoczyło mnie w przedmowie Michała Komara, że główne walory powieści zauważa w opisie wypicia jednego głębszego i stanu jaki się po nim osiąga. No cóż, każdy ma jakieś doświadczenia, do których się odwołuje. Ale czy wypada do tego tylko sprowadzać nietuzinkową powieść wybitnego autora? Rozumiem, kraj wódki, kultura zbudowana wokół jej picia, ale może nie tylko gorzałka się tu liczy?

Podsumowując – bardzo ciekawa lektura, dająca do myślenia. Szkoda, że główny temat nie został do końca wyeksplorowany. Zarzuty pornografii i antykatolickości po upływie pewnego czasu, okazały się całkowicie chybione. Ogólna ocena 7/10.

Stefan Kisielewski, Sprzysiężenie, Prószyński i S-ka, Warszawa 2012 (I wyd. 1947)

PS Niechlujność wydawcy doprowadziła do tak kuriozalnej sytuacji, że na okładce książki widnieje inny autor Wstępu, niż na karcie tytułowej. Ostatecznie ów Wstęp napisał chyba Michał Komar. W żywej paginie, na stronach Wstępu i Posłowia, niezależnie od tego, kto je napisał naprawdę widnieje i tak Stefan Kisielewski. Po co w takim razie robić w ogóle żywa paginę?



niedziela, 21 lipca 2013
Naciąłem się na Susan Sontag

Susan Sontag, Odrodzona. Dzienniki, tom 1 1947-1963, okładka, recenzja

 

 

 

 

 

 Nie mam ambicji do nadążania za wszystkimi współczesnymi trendami w literaturze. Zajrzałem jednak do 10 najlepszych książek 2012 tygodnika „Wprost” i coś mnie skusiło, aby poprawić swoją ogólną orientację i jednak ponadążać… Z książek kompletnie mi nieznanych książek wybrałem Dzienniki Susan Sontag. Wypada wiedzieć, co pisała słynna intelektualistka. Ilu ciekawych rzeczy się dowiedziałem!

 Zacznijmy od rzeczy grubych. Swoje dzienniki autorka rozpoczyna od wyznania wiary. Warto je zacytować, aby wiedzieć, co tak zafascynowało Piotra Koftę, krytyka literackiego „Wprost”

Wierzę
– że nie ma boga osobowego ani życia po śmierci
– że najbardziej godna pożądania jest możliwość bycia szczerą wobec siebie
– że jedynym kryterium oceny naszych działań jest to, czy stajemy się dzięki nim bardziej szczęśliwi czy nieszczęśliwi
– wierzę ponadto, że państwo (…) powinno zarządzać bankami, kopalniami + transportem, subsydiować sztukę, zapewnić godną płacę minimalną oraz wsparcie osobom niepełnosprawnym i starym (…)

Mój komentarz do tej deklaracji jest następujący. Wiara jest łaską, jedni ją mają inni nie. W tym nie ma nic dziwnego. Przychylam się jednak do zdania, że pełny, konsekwentny ateizm jest niemożliwy, pytanie tylko, w co się wierzy, jeżeli nie w Boga (niezależnie od konfesji). Susan Sontag jest tej zasady najlepszym przykładem. Ona wierzy w Państwo, któremu nadaje w swojej koncepcji kolosalne uprawnienia. Taki zakres kompetencji przydawanych państwu w Europie jest rzadki, a w ówczesnych Stanach Zjednoczonych, kraju o głębokich i fundamentalnych tradycjach wolnościowych, występował incydentalnie. O takim pomyśle, aby państwo było właścicielem banków i kopalni – nigdy poza koncepcją tej Pani nie słyszałem (z wyjątkiem realnego socjalizmu oczywiście). Opowiadanie jednak oczywistych bzdur nie przeszkadza, aby jej autorkę uważać za wybitną intelektualistkę.

Równie ciekawe jest spostrzeżenie, że najwłaściwszą rzeczą jest bycie szczerą wobec siebie. To klasyka postmodernistyczna. Odmianą tej myśli jest bodaj najnośniejsze hasło w tym obszarze – „Keep Your Lifestyle”. Być szczerą wobec siebie i pielęgnować odmienność własnej osobowości jest w ogóle dobrze. Tylko co dalej z myśli wynika? Nic. Bo każda osobowość jest równie dobra, podobnie jak każdy styl życia i każde przekonanie etyczne. Nie ma żadnych norm, żadnej spójnej etyki. Każdy sam sobie ustala własne normy i żyje według nich. Nie podlega to żadnej ocenie, bo każdy światopogląd jest równie wartościowy i z zasady nieocenialny, czyli równie dobry, jak każdy inny.

Oryginalności w tej myśli nie ma żadnej, jest ona powszechnie podzielana przez kilkaset milionów osób żyjących w cywilizacji euroatlantyckiej i będących w zakresie oddziaływania ideologii lewicowo-libertyńskich (bo przecież nie liberalnych). Susan Sontag jedynie konsekwentnie wcielała w życie te zasady. Ale żeby z tego powodu awansować ja do grona wybitnych? Tu czegoś nie rozumiem. Chyba że kryterium zaliczenia do tego grona jest wielokrotne, namolne powtarzanie koncepcji akceptowanych przez większość czytelników.

Natomiast sam rdzeń myśli naszej autorki jest nie tylko trudny do akceptacji, ale w swojej istocie groźny dla otoczenia, tak jak cały postmodernistyczny obraz świata. Dlaczego? Bo wyobraźmy sobie pedofila. Jest szczery wobec siebie i prawdziwie identyfikuje swoje potrzeby, kieruje się zasadą Sontag, „jedynym kryterium oceny naszych działań jest to, czy stajemy się dzięki nim bardziej szczęśliwi”, a poza wątpliwością, dzięki erotycznym kontaktom z dziećmi jest bardziej szczęśliwy. W ten sposób, światopoglądowo jego działania są usprawiedliwione, a co najmniej zrozumiałe. Może ktoś z libertynów zakrzyknie, że przesadzam. Skądże. Przez Holandię niedawno przetoczyła się dyskusja, wywołana przez jedna z partii, aby zalegalizować pedofilię, bo dlaczego mielibyśmy komukolwiek narzucać jego zachowania seksualne, to zdecydowanie pachnie nietolerancją. Dodajmy, że lewacki europoseł Daniel Cohn-Bendit do niedawna miał tego typu postulat w swoim programie wyborczym i obnosił się publicznie ze swoimi zachowania erotycznymi wobec przedszkolaków po 1968, co miało poszerzać ich świadomość i wyrywać z okopów konserwatywnej opresji. Do dziś mu nikt z tego powodu nie postawił zarzutu karnego. Jak widać prawo działa jednak wybiórczo i podobnie wybiórcze jest powszechne oburzenie na ekscesy z udziałem księży. Jak pedofilię uprawiają lewacy z pobudek ideologicznych, to nikomu to nie przeszkadza.

Można powiedzieć, że owo wyznanie wiary zacytowane powyżej, to tylko deklaracja niedojrzałej nastolatki, tylko punkt startu. Niestety przez cały pamiętnik wielokrotnie przewijają się wyznania potwierdzające trwałość jej wyborów światopoglądowych. Na przykład (s. 45) „zamierzam robić wszystko… oceniać każde doświadczenie pod jednym tylko kątem – czy sprawia mi przyjemność”. Niektóre myśli uległy także rozwinięciu i autorka poszła konsekwentnie dalej niż deklarowała za młodu: „nie będzie mną kierować rozsadek, tylko własna wola.” (s. 215)

Zaciekawiły mnie także myśli naszej autorki na temat małżeństwa. Początkowo znalazła się ona w związku małżeńskim, z którego miała dziecko, równolegle z wielka radością z poczucia samospełnienia pielęgnowała nieformalne związki lesbijskie, którym we wspomnieniach poświęca bardzo dużo miejsca (jak to intelektualistka). Generalnie traktuje małżeństwo jako instytucję kłopotliwą, a nawet zubażającą  intelektualnie i uczuciowo (s. 252). Pozostaje zatem pytanie, po co w tym związku tkwiła tak długo, uprawiając, jeżeli wierzyć w szczerość jej pamiętników, klasyczny masochizm. W nierozerwalność związku małżeńskiego nie wierzyła, miała w tym czasie mniej lub bardziej stale partnerki lesbijskie. No więc po co kontynuowała ten koślawy związek, który i tak cech prawdziwego małżeństwa nie miał.

Oprócz głębokiej i fundamentalnej niezgody na założenia światopoglądowe autorki, znalazłem – bądźmy sprawiedliwi – kilka interesujących myśli w jej omawianych tu pamiętnikach. Ponieważ żadna z nich nie miała szerszego rozwinięcia pozostaje tylko je zacytować.

Od zagadnienia maski jako osłony czy przebrania bardziej interesujące jest spojrzenie na maskę jako projekcje lub aspirację. Za pomocą maski własnego zachowania nie chronię swojego nagiego, autentycznego „ja”, lecz je przekraczam. (s. 222)

lub

Przypomniała mi się rozmowa z Herbertem Hartem (…) na temat procesów norymberskich. „Sądzenie właściwie nie bardzo mnie interesuje”, stwierdził krótko. Wydawało mi się to absurdalne, nieprzyzwoite. (s. 224)

I kilka innych myśli, równie lakonicznie wyrażonych. Generalnie nie za dużo podniet intelektualnych z tej lektury wyniosłem.

Na koniec pozostaje pytanie, jak tak dalece wątpliwe wynurzenia mogą spotykać się z tak wysoką oceną, że książka awansowała do 10 najlepszych w roku 2012. Mainstream rządzi, mało ważne, mądre czy głupie, ale jak ideowo nasze, to promujemy. A może zadziałała magia znanego i ładnie brzmiącego nazwisk? Tak czy owak Piotr Kofta jako krytyk literacki (a może szermierz światopoglądowy) w moich oczach się skończył. To pierwszy raz na tym blogu, kiedy z nazwiska wymieniam krytyka żyjącego w sferze papierowej. Nie jeden raz wdawałem się w polemiki nie wskazując personalnie ich adresata, ale tym razem zdejmuję dżentelmeńska ochronę z konkretnych nazwisk, bowiem przesada (a może i intelektualna bezczelność) posunęła się w tym przypadku zbyt daleko.

W swoich wyborach czytelniczych nie będę się posiłkował żadnymi mainstreamowymi rankingami, bo kolejny raz się okazuje, że ich twórcy kierują się bardzo nieprzejrzystymi kryteriami, wśród których wartości artystyczne czy merytoryczne znajdują się na dalszym planie. Książki nie polecam, chyba że ktoś pisze kontynuacje „Z dziejów głupoty w Polsce” rozszerzając jej geograficzny zakres. Moja opinia 2/10.

Susan Sontag, Odrodzona. Dzienniki, tom 1 1947-1963, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2012.

niedziela, 14 lipca 2013
Granice sztuki

SEric Emmanuel Schmitt, Kiedy byłem dziełem sztuki, okładka, recenzjachmitt wpadł na genialny pomysł. Z  żywego człowieka robi dzieło sztuki. Do tej pory na różne sposoby eksplorowano temat granic działań artystycznych, ale na coś takiego nikt jeszcze nie wpadł, przynajmniej nie w takim sensie jak u Schmitta, ponieważ w ramach body artu na różne sposoby ciało staje się dziełem, ale nigdy dotąd w kategorii takiego uprzedmiotowienia. Trzeba jednak dodać, że Schmitt proroczo przewidział rozwój sztuki, bo operacje plastyczne na żywym ciele już są dokonywane, choć, jak się wydaje, na razie tylko w odniesieniu do własnego ciała artysty. Nie widzę jednak, ani zabezpieczeń prawnych, ani etycznych (co to takiego etyka w erze postmodernizmu?), przed pojawianiem się takich eksperymentów.

Główny bohater, dwudziestoletni Tazio jest zdecydowany popełnić samobójstwo. Znad urwiska ratuje go uznany artysta Zeus Peter Lama. Zapewnia mu dostatnie życie, oferuje sławę, żąda tylko jednego, aby Tazio zgodził się być dziełem sztuki, podpisał również stosowne umowy potwierdzające utratę kontroli nad własnym ciałem, poprzez oddanie go do dyspozycji artysty. Dzięki operacjom plastycznym stworzony został człowiek idealny, Tazio zamienił się w Adama bis, żywą rzeźbę. Jest eksponowany na wielkich wystawach, wzbudza ogromne zainteresowanie, rzeczywiście, zgodnie z obietnicą jest sławny. Czy jednak także szczęśliwy? Zdecydowanie nie. Został uprzedmiotowiony, utracił indywidualność, musiał rozstać się z wolnością, bo jak każde dzieło sztuki, jest własnością twórcy, który go stworzył.

Schmitt, podobnie jak w innych książkach, operuje prostym, oszczędnym językiem. Pisze nie więcej, niż to konieczne. To plus.

Ciekawy pomysł polegający na eksplorowaniu granic sztuki to też plus.

Do minusów zaliczam przewidywalność akcji, czytelnik szybko orientuje się dokąd autor go doprowadzi, pozostaje tylko pytanie, w jakich okolicznościach rozegra się finał.

Najciekawsze w książce są problemy, przed którymi staje czytelnik w czasie lektury. Pierwszy, to czy istnieją jakieś ograniczenia przed którymi staje twórca. Czy wszystko wolno, czy sztuka usprawiedliwia każde działania unieważniając jakiekolwiek normy moralne? Schmitt pokazał taką sytuację, z której jasno wynika odpowiedź na te pytania. Są takie zachowania, które zdecydowanie są niegodziwe i uderzają w elementarne zasady humanistyczne. Pozbawianie człowieka jego tożsamości, osobowości, tworzenie z niego swojego rodzaju golema jest niedopuszczalne, nawet jeśli jest uzasadniane wolnością artystyczną. Schmitt okazał się tutaj odważnym autorem, bo do tej pory obowiązywał intelektualny paradygmat, z którego wynikało przekonanie, że artyści mają wolność bezwzględną i wszystko im wolno, a każdy kto twierdzi inaczej jest winny zamachowi na wolność sztuki. Okazuje się, że tak nie jest, pewne granice jednak istnieją i nie powinny być przekraczane. W tym przypadku powieść jest formą prognozy ostrzegawczej.

Drugi problem to dążność do sławy i warunkującego ją pięknego wyglądu. Tazio zdecydował się na wszystkie działania aby być pięknym i sławnym na raz. Wydawało się, że jest gotów za to zapłacić każdą cenę, że jako niedoszły samobójca nie ma nic do stracenia. Okazało się jednak inaczej. Spędzanie całych dni w salach wystawowych pod postacią eksponatu, po pierwszych sukcesach zaczęło mu ciążyć coraz bardziej. Przecież jest człowiekiem, nie rzeczą, chociaż tak właśnie traktowali go, żądni sensacji, zwiedzający. Najlepszą rzeczą, jaka mu się przytrafiła, była prosta przyjaźń przeradzająca się miłość, ze strony kobiety, która początkowo wcale nie znała jego historii i tego, że jest obiektem uwielbienia ze strony krytyki artystycznej. W gruncie rzeczy okazuje się, że te pogardzane w postmodernistycznej kulturze wartości, takie jak bezinteresowna przyjaźń czy cicha miłość są bardziej szanowane niż sława, sukces czy nowatorstwo za wszelką cenę. Za to dodatkowy plus dla Schmitta.

Mimo fascynującej problematyki książka nie porywa. Zdecydowanie warto ją przeczytać, ale lepiej nie mieć za dużych oczekiwań – 8/10.

Eric Emmanuel Schmitt, Kiedy byłem dziełem sztuki, Znak Kraków 2009

niedziela, 07 lipca 2013
O odkrywaniu Ameryki

Tony Horwitz, Podróż długa i dziwna. Drugie odkrywanie Nowego Świata, recenzja, okładkaTony Horwitz zadał sobie trud i objechał wszystkie miejsca, gdzie biali kolonizatorzy postawili po raz pierwszy swoją stopę na kontynencie amerykańskim, wliczając w to Dominikanę, gdzie Kolumb założył  pierwszą osadę. W ciągu następnych kilkudziesięciu lat jego rodacy eksplorowali teren dzisiejszych Stanów Zjednoczonych od południa poprzez Florydę lub od granicy z Meksykiem. Jeszcze znacznie, znacznie  wcześniej na kontynent amerykański dotarli Wikingowie z Grenlandii, zakładając osadę na Nowej Funlandii.

Dzisiaj w tych wszystkich miejscach znaleźć można jedynie marne ślady po obecności pierwszych „białych”. Najczęściej to pojedyncze turystyczne atrakcje w postaci pomników, mini muzeów lub skansenów odtwarzających życie codzienne w zamierzchłych epokach. Towarzyszy temu brak powszechnego zainteresowania, swoisty prowin- cjonalizm tych historycznych pamiątek. Nawet wśród społeczności lokalnych z trudem można znaleźć pasjonata historii regionalnej, który orientuje się, co się działo na jego terenie kilkaset lat temu. I to jest najciekawsze w tej książce: z jednej strony czczona pamięć Kolumba a z drugiej – kompletne, chyba nieświadome, lekceważenie własnych korzeni, czyli konkretnych śladów obecności pierwszych kolonizatorów, bądź co bądź prekursorów bardzo z siebie dumnej cywilizacji amerykańskiej.

Oprócz tej zdumiewającej konstatacji i przybliżenia przy okazji pierwszych prób eksploracji Ameryki, książka w moich oczach ma same wady. Jest potwornie rozwlekła, tak ok. 1/2 tekstu zajmują relacje autora z drogi, jaką jechał, ze spotkań z tubylcami, opowieści o klimacie, o hotelach, o pustym krajobrazie Południa i tym podobne mało wnoszące do sprawy didaskalia. Z większości tych pseudokrajoznawczych opisów można by zrezygnować, a książce wyszłoby to zdecydowanie na dobre, bo skróciłaby się o mniej więcej połowę.

Naraził mi się też autor swoim opisem Dominikany. Nie podobał mu się klimat, mentalność ludzi, naciąganie na napiwki, niesłowność i parę innych rzeczy. Nie zauważył nasz erudyta, że Dominikana jest najlepiej zorganizowanym krajem Karaibów i w żadnym wypadku nie zasługuje na tak druzgocącą ocenę. Nieświadomie Horwitz zachował się w tym przypadku z taką samą ahistoryczną protekcjonalną wyższością, jak Kolumb wobec Indian. Jakkolwiek Horwitzowi trudno to sobie wyobrazić, to mogą istnieć kraje, żyjące według innych wartości niż amerykańskie.

Na końcu pozostaje satysfakcja z pozyskania dobrej orientacji, jak wyglądał proces odkrywania Ameryki, przy jednoczesnym poczuciu straty czasu na drugorzędne szczegóły świadczące raczej o grafomanii autora. Sumaryczna ocena 6/10.

Tony Horwitz, Podróż długa i dziwna. Drugie odkrywanie Nowego Świata, WAB Warszawa 2011.

niedziela, 30 czerwca 2013
Historia jednego obrazu Nowosielski

Niedawno miała miejsce kolejna odsłona Historii jednego obrazu w Studium Teatralnym przy ul. Lubelskiej w Warszawie. Tym razem poświęcona była dwom obrazom Jerzego Nowosielskiego, będącymi studium tego samego tematu, Przemienienia Pańskiego.

Nowosielski, Przemienienie Pańskie, recenzja

Wprowadzenie do twórczości Nowosielskiego wygłosił Dariusz Czaja, antropolog kultury. Co prawda zastrzegał się, że jego wystąpienie nie stanowi żadnego podsumowania, wyjaśnienia ani nawet wprowadzenia do działalności artystycznej Nowosielskiego, ale mimo tak skromnie zakreślonych ram wypowiedzi w istocie była to bardzo interesujący i dający do myślenia wstęp, prolegomena do rozumienia podstaw, zasad, ram twórczości Nowosielskiego. Dariusz Czaja stworzył intelektualny klimat ułatwiający obcowanie z dziełami będącymi przedmiotem spotkania. Nastrój, tym razem już całkiem religijny, a ten był przecież dla Nowosielskiego kluczowy, rozsiewał chór prawosławny, śpiewający kanoniczne dla tego wyznanie teksty liturgiczne ‒ i tu zaskoczenie ‒ po polsku.

Michał Klinger oprócz przedstawienia okoliczności, w jakich obrazy znalazły się w rękach jego ojca, Jerzego Klingera (a była to po prostu przyjacielska darowizna ich twórcy) mówił o 6 bramach umożliwiających rozumienie niebywałej przyjaźni obu tych wybitnych ludzi opartej o wspólne dociekania teologiczne, poszukiwanie sensów religijnych prawosławia i wreszcie teologicznych podstaw pisania ikon.

Nie jestem w stanie nawet w przybliżeniu streścić obu tych wystąpień ani oddać nastroju obcowania ze śpiewaną liturgia prawosławną. Powiem tylko tyle, że tym razem Historia jednego obrazu przekształciła się w coś na kształt rekolekcji przynaglających uczestników do otworzenia się na to coś, co tkwi za horyzontem naszego poznania, na inny kosmos doznań pozawerbalnych, ale bardziej całościowych niż te, które potrafimy wyrazić. Jak mawiał Nowosielski prawdziwa sztuka, zawsze dotyka sacrum, bo uobecnia to, co jest tajemnicą, co jest możliwe do poznania tylko w kontekście Bożego dzieła stworzenia.

wtorek, 25 czerwca 2013
W lepszym świecie

Film stawia kwestię używania przemocy w rozwiązywaniu problemów, jakie w życiu napotykają bohaterowie. Zaczyna się od tego, że Elias, mały chłopiec, jest w szkole systematycznie prześladowany i w pokorze znosi ten stan. Cierpliwie odprowadza rower do domu - jechać na nim nie sposób, bo nie tylko spuszczono mu powietrze z kół, ale także wyjęto wentyle. Nauczyciele bagatelizują problem, rodzice szukają „konstruktywnych” rozwiązań, Elias jest nadal dręczony. Sprawy wziął w swoje ręce Christian, przyjaciel Eliasa, który, wykorzystując czynnik zaskoczenia, zwyczajnie spuścił łomot przywódcy szajki. Na poziomie spraw szkolnych problem uległ rozwiązaniu. Przywódca bandy się wycofał napotykając opór, Elias może normalnie funkcjonować.

W lepszym świecie, Elias i Christian, kadr z filmu, recenzja

Gdyby w tym momencie reżyserka się zatrzymała, powstałby fascynujący film, idący w poprzek uświęconych przekonań na temat szkoły. Bo oto okazało się, że współczesna szkoła, której zabrano narzędzia skutecznego oddziaływania na uczniów, zwłaszcza tych groźnych dla otoczenia,  jest zupełnie bezradna w sprawach „ostrych”. Umiejętność wzięcia przez uczniów sprawy w swoje ręce, poddanie się naturalnym odruchom dorastających chłopców, jest jakimś wyjściem, przy okazji obnażającym nieskuteczność współczesnych metod pedagogicznych. Nie pochwalam przemocy w żadnym przypadku, ale przedstawienie wiarygodnej psychologicznie historii mogłoby mieć wartość samą w sobie, niezależnie od tego, jak ją oceniać w szerszym kontekście.

Taka konstatacja w Skandynawii byłaby jednak nie do pomyślenia, zatem reżyserka wiedziona manią manifestowania poprawności opowieść snuje dalej, wplątuje w nią świat dorosłych i prowadzi do nieuchronnej w tym kontekście pointy, że przemoc jest czymś ohydnym i „prowadzi do wojny” (co kilka razy powtarzają jak mantrę bohaterowie). Rozwiązania siłowe, nawet w obronie własnej, ulegają skutecznemu skompromitowaniu. Trzeba zresztą przyznać, że narracja jest poprowadzona w sposób przekonujący, a ideologiczne uproszczenia nie przeszkadzają w szczerym przejęciu się losami bohaterów.

Filmowi dodaje atrakcyjności wątek afrykański. Mianowicie główny bohater pozytywny, dorosły nadstawiający drugi policzek, ojciec Eliasa, jest lekarzem w obozie uchodźców na terenie Czarnej Afryki. Spotyka się tam z sytuacjami etycznie granicznymi i również próbuje stosować zasadę „bez przemocy”. Idzie trudno, jego wybory nie są już tak jednoznaczne, a postawa daleka od spójności. Nie dziwię się, że jego czarny współpracownik mówi „jest Pan dziwnym człowiekiem” i nie potrafi zrozumieć jego zachowania.

Mimo poprawnościowej namolności w zakończeniu filmu, oceniam go dość wysoko, zwłaszcza za pozostawienie niedopowiedzenia w zakresie sytuacji w szkole. Ostatecznie jednak, zamiast radykalnej tezy, zmuszającej wszystkich do zajęcia stanowiska, film prowadzi do banalnej pointy, z którą wszyscy i tak się zgadzają. Nie bardzo rozumiem, za co ten obraz dostał Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Może teraz taki czas, że trzeba opowiadać powszechnie akceptowany banały. Mimo wszystko 8/10.

W lepszym świecie, reż. Susanne Bier, Dania, Szwecja 2010



niedziela, 02 czerwca 2013
Krystyna Czerni o Jerzym Nowosielskim

Krystyna Czerni, Nietoperz w świątyni. Biografia Jerzego Nowosielskiego, okładka, recenzjaOd kilku tygodni zbieram się, aby napisać recenzję biografii Nowosielskiego. Nadal nie mam dobrego pomysłu, jak to zrobić. Napisać, że genialna – pachnie deklaratywnym banałem. Dodanie, że siła tej książki tkwi w prostocie, jako zaprzeczeniu intelektualnego kabotyństwa i postmodernistycznego dziwaczenia ­ też raczej nikogo nie przekona, bo przecież książek prostych mamy bez liku. To może warto dodać, że Krystyna Czerni nie podążała drogą nowego nurtu biografistyki śledczej, polegającej na szukaniu za wszelka cenę, jaką łatkę można by jeszcze swojemu bohaterowi przyczepić. Wątpię, żeby to był ważki argument, bo na przykład po świetnej książce Domosławskiego o Kapuścińskim mającej niewątpliwe cechy śledcze, powstał standardowy ceglany gniot dwójki autorów, który nikogo nie zainteresował, na dodatek wydany w tym samym wydawnictwie, co i praca Krystyny Czerni. Horror.

Właściwie powinno się także napisać, że autorka dobrze znała Nowosielskiego i tworzyła jego biografie z dużym zrozumieniem dla różnych jego przypadków życiowych. No ale, czy nie znając człowieka osobiście nie można rzetelnie opisać jego życiorysu? Można. Pozostaje jeszcze podnieść argument empatii, ale czy na pewno będzie on zrozumiały, bo ostatecznie co to takiego, ta empatia. Współcześnie stało się to słowo wytarte, płytko traktowane jako tolerancja czyichś wybryków.

Do zestawu pozytywów można także zaliczyć obiektywizm, którym cechuje się książka. Autorka chyba lubiła i ceniła Nowosielskiego, ale nie spowodowało to przemilczenia różnych trudnych momentów w życiu, w tym zwłaszcza alkoholizmu rzutującego na jego odbiór w środowisku czy potrzeby posiadania młodych muz towarzyszących staremu mistrzowi. Czy jednak ta cecha jakoś szczególnie wyróżnia panią Czerni z grona innych biografów? Chyba nie, raczej rzadko tego typu książkom można postawić zarzut poważniejszego braku obiektywizmu, inne braki tak, ale ten nie jest częsty.

Jerzy Nowosielski, Monografia nieznajomejMiałem też myśl, żeby zacząć od tego, że walorem jest sam temat, czyli Nowosielski, bo wielkim malarzem był. Bez komentarza. Dla zaciekawienia potencjalnego czytelnika można by dodać, że jego bardzo znane i cenione (również w wymiarze finansowym) obrazy o tematyce świeckiej też maja swój oddech mistyczny. Czy jednak dużo osób to zrozumie i jest w stanie nadążać za wizjami mistrza Nowosielskiego, dla którego kreacja artystyczna oznaczała zatarcie granicy miedzy sacrum i profanum, w takim to mianowicie znaczeniu, że wszystko przynależy do sfery sacrum, bo prawdziwy artysta zawsze odwołuje się do tych wizji świata, które nie są wprost poznawalne, tak jakby usiłował odkryć coś z Bożych zamysłów przy dziele stworzenia.

Dla wszystkich zainteresowanych najłatwiej są dostępne elementy wystroju kościołów stworzone przez Nowosielskiego. Każdy jest w stanie wejść, zobaczyć, skonfrontować z wyobrażeniami, może nawet docenić. Kto jednak ulegnie magii tego malarstwa, skoro wierni, księża, a nawet diecezjalne komisje artystyczne nic z tych polichromii nie rozumiały i najczęściej mistyczne wizje Nowosielskiego ulegały przeróbkom, zamalowywaniu, były zniekształcane podczas konserwacji. Skoro użytkownicy cerkwi i kościołów nie nadążali za jego sztuką i w konsekwencji ją odrzucali, to dlaczego miałaby być przekonująca dla współczesnych przeciętnych odbiorców.

Jerzy Nowosielski, Ikonostas w Górowie Iławieckim

Rozważania o jego twórczości malarskiej można uzupełnić o to, że był również teologiem i myślicielem. Właściwie to najciekawsze by było zasygnalizować, że był genialnym wolnym duchem. Dysponował dogłębną wiedzą wynikającą z samodzielnych studiów nad pismami ojców Kościoła, twórców chrześcijańskiej doktryny, ale jednocześnie odrzucał wszystkie ortodoksje, nic nie krępowało jego wolności myślenia. Zapewne duży wpływ na jego postawę miał fakt, że przeszedł przez okres ateizmu, jego powrót do religii miał zatem charakter świadomego, ale i wolnego wyboru. W swojej działalności intelektualnej odrzucał ograniczenia doktrynalne. Różne koncepcje snuł z „artystycznym” rozmachem, lokował się ponad ograniczeniami wyznaniowymi. To mógłby by być dobry argument, ale kogo dzisiaj fascynują pogłębione rozważania teologiczne? Niewielu, w czasach ateizacji i krytyki wiary, religii i wszystkiego co nadprzyrodzone. A jeszcze mniejszą grupę zainteresują takie rozważania, których nie można dokleić do żadnej konfesji, a przez to wzmocnić własne intelektualne fundamenty wiary lub choćby tylko zyskać kolejne ciekawe argumenty w polemikach.

Z powyższych rozważań i sygnalizowanych niepewności wynika, że książka ma co prawda same zalety, można nawet powiedzieć że jest świetna, ale jednocześnie nie jest dla przeciętnego czytelnika, bo ów nie zauważy w niej nic wyjątkowego. Trzeba trochę otwartości na mistykę, trochę smaku dla sztuki motywowanej religijnie, trochę pojmowania, że poza rzeczywistością przedstawień ludzi i rzeczy konkretnych tkwi cały kosmos innych znaczeń, intuicji i Bożej Mądrości. Świat to nie tylko „skumbrie w tomacie”.

Krystyna Czerni, autorka biografii NowosielskiegoZ drugiej strony, żeby książkę docenić, potrzeba też zrozumienia dla genialności prostoty, dla linearnych konstrukcji intelektualnych, dla klasycznego wykładu zamiast postmodernistycznej pogoni za oryginalnością i popkulturowego epatowania sensacyjnością. Starzy mistrzowie dlatego zasługiwali na to miano, że perfekcyjnie opanowali technikę i zasady, według których tworzono ówczesną estetykę. Nie dziwaczyli, nie kwestionowali kanonu. Nie wszyscy muszą to rozumieć. Finalnie 10/10.

Krystyna Czerni, Nietoperz w świątyni. Biografia Jerzego Nowosielskiego, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011.

sobota, 25 maja 2013
Haker, czyli o bezpieczeństwie naszych komputerów i kart płatniczych

Poulsen, Haker. Prawdziwa historia szefa cybermafii, okładka, recenzjaTa książka mnie bez przerwy mnie zdumiewała. Jak można stworzyć światową giełdę obracającą ukradzionymi kartami płatniczymi, samemu pozostając kompletnie anonimowym, zresztą tak, jak wszyscy pozostali uczestnicy tego przedsięwzięcia. Okazało się, że można. A wiemy dokładnie, jak to stało, bo Haker jest opartym o fakty reportażem, a nie fikcją literacką.

W książce jest wiele zdumiewających szczegółów rzemiosła, co tam rzemiosła, całej kultury hakerskiej. Warto wiedzieć, że ta społeczność dzieli się na black hats i white hats, czyli hakerów żyjących z kradzieży danych osobowych i innego rodzaju przestępstw informatycznych (to te czarne kapelusze) oraz pasjonatów, którzy przełamywanie zabezpieczeń traktują jako hobby, o dziurach w zabezpieczeniach informując producentów oprogramowania (białe kapelusze). W pewnym momencie odbywał się swoisty wyścig, czy, po ujawnieniu informacji o brakach w zabezpieczeniach, szybciej zareagują programiści dużych firm komputerowych i roześlą stosowne aktualizacje, czy owe czarne kapelusze zdążą wykorzystać tę wiedzę do penetrowania cudzych komputerów. Może  wiedząc o tym, życzliwszym okiem popatrzymy na stałe przeszkadzanie w codziennym użytkowaniu laptopa przez ciągle pojawiąjące się aktualizacje, czasem same wyłączające nasz sprzęt.

Kolejnym wstrząsem była informacja o łatwości, z jaką nasz mistrz hakerskiego fachu włamywał się do kolejnych komputerów, jak łatwo korzystał z cudzych sieci, w tym również tych niby to profesjonalnych. To rzeczywiście zbija z tropu. Warto sobie uświadomić, że nasz komputer nie jest tylko naszą własnością i nie stanowi ścisłej domeny osobistej. Pytanie tylko, ile wysiłku będzie musiał włożyć profesjonalista, aby go do dna spenetrować.

A poza tym oszałamiające są opisy fałszowania kart kredytowych, praw jazdy i innych plastikowych dokumentów. Zdumiewa technologia włamań, opisana z daleko zaawansowanymi szczegółami. Wiele fragmentów czytałem emocjonując się, co się uda hakerom, a jeszcze bardziej, w jaki sposób dokonają rzeczy na pierwszy rzut oka niemożliwych.

Od jakiegoś momentu zaczyna nas fascynować, czy i ewentualnie jak zostaną złapani. Poza wszystkim innym to emocjonujący wyścig złodziei i policjantów. W Stanach Zjednoczonych, gdzie dzieje się akcja opowieści, policja, FBI, czy US Postal angażują duże siły do walki z cyberprzestępczością. Jestem ciekaw, jak na tym tle wyglądają polskie służby.

Swoją drogą to ciekawe, jak ludzie zajmujący się na co dzień łamaniem systemów bezpieczeństwa, a więc wiedzący wszystko o bezpieczeństwie w sieci, dali się wszyscy złapać. A potrafili przecież być anonimowi. Naprawdę poruszające, dużo ciekawsze niż wymyślane przy biurku kryminały.  9/10.

Kevin Poulsen, Haker. Prawdziwa historia szefa cybermafii, Znak Kraków 2011.

czwartek, 16 maja 2013
Wyprawa na Sycylię

W weekend majowy udało się wykonać wraz ż żoną kilkudniowy wypad na Sycylię. Odwiedziliśmy Palermo, Monreale, Cefalú, Ennę, Etnę, Taorminę, Katanię, Syrakuzy, Noto i Piazza Armerinę.

Palermo

Pierwsze zdjęcie, jakie zrobiliśmy na Sycylii to Porta Nuova, czyli Brama Karola V (z XVI wieku), która na północnej fasadzie przedstawia symbole ludów podbitych przez Habsburgów.

Palermo, wieża karola V, widok od północy

Oprócz tego w Palermo najciekawsze były: Capella Palatina w Palazzo dei Normani i kościoły San Cataldo i San Giuseppe dei Teatini.

Palazzo dei Normani pochodzi z XII wieku, zbudowany został przez Rogera II, z wykorzystaniem wcześniejszego zamku Saracenów. Później był wielokrotnie przebudowywany i powiększany. Z zewnątrz stanowi zlepek wszystkich możliwych stylów, przegląd epok i pomysłów budowlanych.

Palermo, Palazzo dei Normani

W jego wnętrzu mieści się przepiękna Capella Palatina. W jej wystroju widać znaczenie wpływów arabskich, bo jeszcze wtedy muzułmańscy rzemieślnicy działali na Sycylii. Zatem można powiedzieć, że to sztuka chrześcijańska w treści, ale w znacznym stopniu arabska w formie. Oczywiście wiele mozaik ma charakter bizantyjski, bo Sycylia w owym czasie ulegała też wpływom Konstantynopola.

Palermo, Capella Palatina w Palazzo dei Normani

Palermo, Capella Palatina w Palazzo dei Normani

Palermo, Capella Palatina w Palazzo dei Normani

Największe jednak wrażenie zrobił na mnie strop. Niestety zdjęcie nie ukazuje jego całej finezji – mięsistości dekoracji, stalaktytowych podwieszeń czy gwiaździstych kasetonów.

Palermo, Capella Palatina w Palazzo dei Normani

Kościół San Cataldo pochodzi z tego samego okresu, z XII wieku. Fundacja jest dużo skromniejsza, ale pokazuje jaka sztuka wtedy dominowała. Warto zwrócić uwagę, jak charakterystyczne czerwone kopuły wyglądają od wewnątrz.

Palermo, San Cataldo

Palermo, San Cataldo

A że i tu nie brakowało polotu dekoracyjnego pokazuje posadzka pochodząca z okresu budowy kościoła, czyli tez z XII wieku.

Palermo, San Cataldo

Na koniec zwiedzania Palermo: kościół Teatynów. Ciężki, bogaty w zdobienia barok. Taki też mi się podoba, oczywiście o ile w mistrzowskim wykonaniu. Po widoku ogólnym na nawę główną, zbliżenie sklepienie i na kropielnicę przynoszoną przez zlatującego anioła. Piękne.

Palermo, kościół Teatynów

Palermo, kościół Teatynów

Palermo, kościół Teatynów

Monreale

Najważniejszym zabytkiem Królewskiej Góry jest katedra, Duomo, wybudowana w ekspresowym tempie w 1174 roku na zlecenie Wilhelma II (wnuka wspomnianego Rogera II, pierwszego normańskiego króla Sycylii i Neapolu), który chciał wygrać rywalizację z arcybiskupem Palermo. Podobnie jak w Capella Palatina wystrój wnętrza według estetyki arabskiej i bizantyjskiej.

Duomo Monreale

Duomo Monreale

W tej same katedrze w transepcie północnym barokowy ołtarz.

Duomo Monreale

Klasą samą dla siebie są krużganki  obok katedry. To jedyny raz, kiedy na zdobieniach kolumienek krużganków wykorzystano tylko motywy arabsko-bizantyjskie, a kolumienki zwieńczono romańskimi kapitelami.

Duomo Monreale, wirydaż

Duomo Monreale, wirydaż

Cefalú

W Cefalú także katedra normańska, zbudowana w 1140.  Tym razem bardziej surowa. Tylko mozaiki absydy bardzo podobne do Monreale i Capelli Palatiny.

Cefalú, katedra

Cefalú, katedra

Cefalú, katedra

Obok katedry zachował się wirydarz. Kolumny zniszczone lub wymienione na nowe. Natomiast zaskakują fenomenalne romańskie kapitele, wybrałem te z arką Noego i gryfami.

Cefalú, katedra, wirydaż, romański kapitel

Cefalú, katedra, wirydaż, romański kapitel

Nad miastem góruje Rocca, czyli skała, a na niej ruiny zamku z czasów normańskich, widoczne również z plaży, czyli z najniższej części Cefalú.

Cefalú, Nad miastem góruje Rocca, czyli skała, a na niej zamek

Cefalú, Nad miastem góruje Rocca, czyli skała, a na niej zamek

Enna

Z północnej Sycylii nasyconej zabytkami z czasów normańskich, przenieśliśmy się do centrum Sycylii, czyli do Enny, uroczego miasteczka położonego na wysokości 1000 m npm.

Enna, widok z oddali

W nim zaś najbardziej spodobała się nam katedra i ruiny zamku Castello di Lombardia z XIII w.

Enna, katedra

Enna, zamek

Taormina

W Taorminie zaczęła się nasza przygoda teatrem greckim i rzymskim. Zachował się tutaj Teatro Greco, który w istocie swojej jest Teatro Romano, bo Rzymianie go kompletnie przebudowali w I w. n.e. i po greckim pierwowzorze pozostały tylko nikłe ślady. I zamiast greckich tragedii publiczność ekscytowała się walkami gladiatorów i dzikich zwierząt.

Taormina Teatro Greco Romano

Oprócz głównego teatru, zachowały się też w Taorminie, pomiędzy kościołem a budynkami mieszkalnymi,  pozostałości po odeonie (III w. p.n.e.), czyli małym teatrze, gdzie recytowano poezje.

Taormina Teatro Odeon, pośród miejskiej zabudowy

Katania i Noto

Katania została kompletnie zniszczona przez trzęsienie ziemi i wybuch Etny w końcu XVII w., po czym została odbudowana w pięknym stylu barokowym. Na szczęście przed zniszczeniami ochronił się teatr rzymski, którego dobrze zachowane pozostałości możemy oglądać.

Catania, Teatro Romano

Catania, Teatro Romano

Z zabudowy barokowej najbardziej zafascynowały nas kościoły z finezyjnymi falującymi fasadami. Wnętrza nie były już tak oryginalne, zatem poprzestaję na dwóch fasadach: Sant’Agata i San Placido.

Catania, Santa Agata

Catania, San Placido

Warto dodać, że taka sama historia przytrafiła się miasteczku Noto. Też zostało kompletnie zniszczone przez Etnę i zbudowano całkowicie od nowa. Powstało w ten sposób coś uroczego.

Notto, widok na starówkę z wież kościoła klarysek

Noto, kościół jezuicki św. Karola Boromeusza, 1739, z lokalnego złotego wapienia

Notto, wnetrze kościoła Santa Chiara, św. Klary

Żeby nie była za sielankowo, dopada nas w Noto historia najnowsza, którą uosabia przejmujący pomnik ofiar pierwszej wojny światowej.

Noto, pomnik ofiar I wojny światowej

Etna

Skoro wspomnieliśmy o zniszczeniach sianych przez wybuchy Etny, to może warto pokazać, jak ów wulkan wygląda. Poniżej zdjęcie krajobrazu z odległości kilkuset metrów od krateru. Taki krajobraz jednak ciągnie się kilometrami. Skoro lawa dotarła w 1693 roku aż do Katanii, łatwo wyobrazić sobie skalę zniszczeń.

Etna

Syrakuzy

W Syrakuzach najciekawsze były dwa obiekty. Pierwszy to katedra na wyspie Ortygia. Powstała ona w VII w. poprzez zabudowanie kolumn starożytnej świątyni Ateny. Szczęśliwie mury zachowały stan oryginalny z VII w. i możemy zobaczyć owe oryginalne kolumny z V wieku pne, kiedy to świątynia Ateny powstała.

Syrakuzy, Ortgia, katedra

Syrakuzy, Ortgia, katedra

Syrakuzy, Ortgia, katedra

Drugi ciekawy obiekt to Teatro Greco, tym razem to bodaj jedyny na Sycylii w całości oryginalny teatr grecki (po 270 r.  p.n.e.) Na zdjęciach widać właśnie stawiane zabudowania, które są przygotowaniem do festiwalu greckich tragedii odgrywanych w tym miejscu. Oj, chętnie by się coś takiego zobaczyło, ale niestety trzeba było wracać.

Srakuzy, Teatro Greco

Srakuzy, Teatro Greco

Grecy na sztuki teatralne wybierali się całymi rodzinami, jak na całodniową wycieczkę lub imprezę integracyjną, zatem potrzebne były im bary, sklepiki itd. Te właśnie znajdowały sobie miejsce w wykutych w skale niszach.

Srakuzy, Teatro Greco

Piazza Armerina

Na koniec przeglądu sycylijskich rarytasów willa rzymska ze wspaniałymi (najlepszymi na świecie, naprawdę) mozaikami z IV w n.e. Istnieje uzasadnione domniemanie, że willa przynależała do cesarza Maximianusa, tetrarchy z czasów Dioklecjana. Wskazuje na to jej wielkość, bogactwo i niektóre sceny uwiecznione na wspomnianych mozaikach, np. sceny polowań na dzikie zwierzęta, które cesarz, jako namiestnik Afryki dostarczał do rzymskich teatrów. Poza tym jednym z pomieszczeń w całym kompleksie była bazylika (ozdobiona przy użyciu 16 gatunków marmuru!), a taka potrzebna była tylko panującemu.

Zdjęcia są nie najlepszej jakości, proporcjonalnie do warunków oświetleniowych. Najpierw najbardziej znane lekkoatletki w bikini, później dwie sceny z polowań, na koniec zabawy dzieci (mozaika z komnaty, gdzie one spały).

Piazza Armerina, mozaiki z willi rzymskiej

Piazza Armerina, mozaiki z willi rzymskiej

Piazza Armerina, mozaiki z willi rzymskiej

Piazza Armerina, mozaiki z willi rzymskiej

Na koniec powinno być zdjęcie samolotu startującego z Palermo. To nie było możliwe. Pozostaje zatem tylko wyrazić żal, że wypad był tak krótki i nie wszystko dało się zobaczyć – ze stratą nie tylko dla uczestników, ale i dla czytelników tego bloga.

Zakładki:
10TOP tego bloga
A to mój nowy blog historyczny
Obejrzane - Film
Obejrzane - Teatr
Przeczytane
W oczekiwaniu
Zaglądam na blogi