Kategorie: Wszystkie | Film | Historia | Książki | Teatr | Wypady
RSS
wtorek, 28 lipca 2015
Gra tajemnic, czyli jeszcze raz o Enigmie

Zainteresowałem się problemem Enigmy i polskiego wkładu w złamanie tego szyfru. Pojawi się w związku z tym kilka not na ten temat.

Zaczynam od filmu Gra tajemnic i książki, na podstawie której ów film nakręcono. Od razu powiedzmy, że film jest znacznie lepszy od książki. Jako historyk muszę jednak uczciwe powiedzieć, że do słabych stron filmu należy precyzja w przedstawianiu realnych wydarzeń, natomiast bardzo dobrze wypada osobista historia Turinga podkreślona doskonałą rolą Benedicta Cumerbatcha. Na marginesie dodam tylko, że to jemu należał się Oskar za pierwszoplanową rolę męską, a zadowolić się musiał tylko nominacją.

film Gra tajemnic, reż. Morten Tyldum, Turing w otoczeniu współpracowników

Kilka kwestii w filmie budzi jednak sprzeciw. Po pierwsze rola Polaków – wspomniano co prawda, że przyczynili się do złamania Enigmy i jest to niewątpliwy postęp, bo w poprzednim filmie (Enigma) nie tylko nie padło o tym ani jedno słowo, ale jeszcze jedynego Polaka przedstawiono jako zdrajcę, który zaślepiony antysowieckością był gotowy pracować dla Niemców. To było wprost nieprzyzwoite. Tym razem chodzi „tylko” o pominięcie, które byłoby może uzasadnione faktem, że film nie relacjonuje historii złamania niemieckiego szyfru maszynowego, a jest przede wszystkim bardzo osobistą biografią jednego z angielskich matematyków. Problem jednak w tym, że ów matematyk, czyli Alan Turing, blisko współpracował z Polakami. Tu warto wyjaśnić, że do czasu podboju Francji brytyjscy kryptoanalitycy kooperowali z polskimi matematykami mającymi własny ośrodek na terenie wtedy ciągle jeszcze niepodległej Francji. Niemieckie klucze szyfrowe były łamane równolegle w obu ośrodkach, a efektami prac natychmiast się wymieniano. Co więcej, Turing odwiedził polską placówkę, zapewne chcąc się zapoznać z metodami pracy znacznie bardziej od niego doświadczonych Polaków. Czyli krótko mówiąc – przyjechał po korepetycje. Film o tym milczy, ale do pewnego stopnia jego twórców może usprawiedliwiać to, że w biografii Turinga Andrew Hodges też ów fakt pominął, a zrobił tak dlatego, że po prostu o nim nic nie wiedział, bo nie znał polskiej literatury przedmiotu.

Poważniejsze zastrzeżenie historyczne budzi scena kulminacyjna, kiedy to angielscy kryptolodzy decydują, czy właśnie złamane niemieckie depesze dotyczące wojny na Atlantyku ujawniać, czy też zachować dla siebie, aby nie zdradzić w ten sposób faktu złamania niemieckiej Enigmy. Błąd jest w tej scenie potrójny. Kryptolodzy nie odszyfrowywali depesz, to robiła zupełnie inna komórka. Skala odczytywanych komunikatów szła w tysiące sztuk i zaprzęganie do tego najbardziej fachowego personelu byłoby bez sensu. Matematycy łamali jedynie klucze i przekazywali je dalej. Po drugie, analitycy nie mieli żadnego wpływu na sposób dystrybucji i wykorzystania rozszyfrowanych depesz, nie wiedzieli nawet do kogo trafiają, ani jaki użytek z nich jest robiony. Wreszcie po trzecie: Anglicy w okresie, kiedy byli w stanie łamać niemieckie szyfry, podczas zmagań na Atlantyku korzystali z nich bez ograniczeń. Prowadzili wtedy wojnę na śmierć i życie; obawy przed ujawnieniem dekryptażu Enigmy musiały ustąpić na plan dalszy.

Poza tym jaki to był realny użytek? Najczęściej chodziło tylko o zmiany tras konwojów w taki sposób, aby omijały one ustalone przez radiowywiad pozycje u-bootów. Był jednak pewien wyjątek – kilka razy udało się odczytać niemieckie depesze ustalające dokładnie miejsce spotkania u-bootów z podwodnymi transportowcami (zwanymi „mlecznymi krowami”). W tym przypadku wysyłano siły uderzeniowe, głównie lotnicze. Były to bardzo bolesne ciosy, bo zatopienie „mlecznych krów” radykalnie ograniczało możliwości długotrwałego działania u-bootów na odległych akwenach. Był taki moment, kiedy Niemcy stracili wszystkie tego typu transportowce, zatem mieli poważny kłopot ze ściągnięciem do bazy okrętów podwodnych operujących u wybrzeży Stanów Zjednoczonych (puste zbiorniki paliwowe!). Skuteczność aliantów akurat w tym obszarze powinna dać im do myślenia.

Rzeczywiście Niemcy zaczęli coś podejrzewać, ale ich podejrzenia szły w kierunku infiltracji agenturalnej Kriegsmarine, wprowadzili zatem bardziej skomplikowane procedury obchodzenia się z tablicami kodowymi, wirnikami, sposobami ich wymiany itd. Natomiast zdolność konwojów do omijania miejsc wyczekiwania wilczych stad tłumaczyli sobie nadzwyczajną skutecznością brytyjskiej radiogoniometrii. Co naprawdę dziwne, nie podejrzewali złamania szyfru! Wprowadzali co pewien czas kolejne modyfikacje utrudniające, a okresowo uniemożliwiające dekryptaż, ale były to działania, nazwijmy to – rutynowe, wynikające ze słusznej skądinąd teorii szyfrowania, która mówi, że im więcej jednorodnego materiału porównawczego, tym łatwiej szyfr złamać.

Andrew Hodges, Alan Turing: Enigma, Wydawnictwo Albatros, okładkaTyle o filmie. Jeżeli zaś chodzi książkę Hodgesa, to przede wszystkim należy powiedzieć, że jest ona stanowczo za długa. Autor upchnął w niej mnóstwo trzeciorzędnych szczegółów biografii Turinga. Naprawdę jest mało istotne z kim spędzał on wakacje w czasach studenckich i jakie wsie wtedy odwiedzał. Zdecydowanie natomiast brakuje szerszego kontekstu prac nad Enigmą, na przykład dotyczących sposobu wykorzystania pozyskanych w ten sposób danych. Jest to wiedza łatwo dostępna, a kilka zdań istotnie rozszerzałoby świadomość czytelników. Jak już wskazałem, brak w książce podstawowych dla sprawy informacji o kooperacji z Polakami. Na plus autorowi trzeba tylko zaliczyć, że we wstępie do polskiego wydania uczciwie przyznaje się do tego braku. Pytanie tylko, czy w kolejnych wydaniach angielskich ów brak został uzupełniony?

Do poważniejszych mankamentów zaliczam również brak informacji o prawdziwych przyczynach rozstania się Turinga z Blechtley Park. Wszystko wskazuje na to, że udzielono mu urlopu zdrowotnego i sfinansowano wyjazd do Stanów Zjednoczonych, ponieważ Turing po prostu psychicznie zaniemógł, czyli mówiąc kolokwialnie –  zwariował. W pracy pojawiał się rzadko i nieregularnie, brudny, nieogolony, wyglądało jakby tracił kontakt z rzeczywistością. Może z przepracowania, może z napięcia psychicznego i życia wśród milionów cyferek (vide Piękny umysł). Pominięto ten aspekt w książce, nie mógł zatem znaleźć się w filmie. Cienkie aluzje, że mogło chodzić o jego homoseksualizm są nie na miejscu, bo w Bletchley Park pracowało środowisko intelektualistów, które było dość tolerancyjne.

Do mocnych stron książki zaliczam natomiast bardzo ciekawe zarysowanie problemów matematycznych, którymi zajmował się Turing. Autor, sam matematyk, dobrze zrozumiał intelektualne tło jego dociekań. W efekcie otrzymujemy krótką historię kilku teorii matematycznych i przegląd tego, czym żyli ówcześni matematycy. Dla mnie, laika w tej dziedzinie, ten poziom szczegółowości był wystarczający dla poszerzenia horyzontów.

Wracając do tematów filmowych – bardzo ciekawy i rzetelny film dokumentalny o polskim wkładzie w rozszyfrowanie Enigmy nakręciła BBC. Był to jeden z odcinków serii Heroes of war. Poland z polskim tytułem Polscy bohaterowie drugiej wojny światowej. Bardzo rzetelna robota, nie mam żadnych uwag merytorycznych. Bardzo się cieszę, że Anglicy sami taki film wyprodukowali i brytyjska publiczność mogła go obejrzeć. Wyrażam natomiast zdumienie, że Polacy w tej sprawie pozostają bierni i polska telewizja zamiast różnych głupot nie produkuje tego typu filmów. Tym to dziwniejsze, że zainteresowanie tematem jest bardzo duże: powstają kolejne książki (i sprzedają się na pniu), a szkoły za patronów wybierają polskich kryptoanalityków (zobacz tu i tu). A różni „mędrcy” kręcący się dookoła mediów nadal powtarzają, że mają dość tematów bogoojczyźnianych. Pytanie, jak daleko może się posunąć ich alienacja od prawdziwego społeczeństwa i jak długo ci pseudointelektualiści oderwani od realnych zainteresowań ludzi będą decydowali o kształcie polskich mediów?

Na koniec oceny: film Gra tajemnic 8/10, książka Andrew Hodgesa Alan Turing: Enigma 6/10, dokument BBC Heroes of war. Poland 10/10.

PS Łamaniem szyfrów i kodów zajmują się, zgodnie z przyjętą terminologią kryptoanalitycy, którzy niekoniecznie musza być matematykami. Kryptolodzy zaś zajmują się tworzeniem szyfrów. Z powodów trudności w zastąpieniu słowa „kryptoanalitycy” używałem wymiennie kryptologów, analityków i matematyków. Proszę o zrozumienie.

Gra tajemnic, reż. Morten Tyldum, Wielka Brytania 2014, w roli Turinga Benedict Cumerbatch

Andrew Hodges, Alan Turing: Enigma, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2014.

Heroes of war. Poland. Tytuł polski: Polscy bohaterowie drugiej wojny światowej (Witold Pilecki, Złamanie Enigmy, Cichociemni, Żegota, Krystyna Skarbek), produkcja BBC.

niedziela, 19 lipca 2015
Sprawa Colliniego, doskonały kryminał na wakacje

Ferdinand von Schirach, Sprawa Colliniego, okładka, recenzjaTym razem będzie lekko i wakacyjnie. Sprawa Colliniego to bardzo inteligentny kryminał, choć w istocie rzeczy książka wymyka się prostym klasyfikacjom gatunkowym.

Jak na powieść sensacyjną zaczyna się zdumiewająco, od pierwszych bowiem stron wiadomo, kto i w jaki sposób dokonał morderstwa. Tytułowy Fabrizio Collini, prosty robotnik włoskiego pochodzenia, zamordował z zimną krwią 87-letniego przemysłowca i w okrutny sposób zmasakrował ofiarę. Kompletnie niejasny pozostaje jednak motyw. Sam winowajca odmawia składania wyjaśnień.

Sprawę prowadzi młody adwokat z urzędu, Caspar Linen. To jego pierwsza poważna sprawa sądowa. Na dodatek okazuje się, że był on emocjonalnie związany z ofiarą, co powoduje, że ma poważne wątpliwości, czy w ogóle może podjąć się skutecznej obrony swojego klienta. To pierwsza poważna komplikacja, która od razu dobrze wprowadza nas w klimat książki. Młody prawnik zmaga się w czasie trwania jej akcji z wieloma wyborami etycznymi. Podlega różnym naciskom. Okazuje się bowiem, że obrona Fabrizio Colliniego wymaga rozgrzebania życiorysu ofiary i wywleczenia na światło dzienne bardzo niebudujących szczegółów z tego życiorysu. Mówiąc wprost chodzi o zbrodnie wojenne, a przypominam o głębokich związkach (prawie rodzinnych) młodego prawnika z zamordowanym przemysłowcem. Obowiązek wobec klienta, a nawet głębiej, wobec prawdy i sprawiedliwości, przeważa. Przecież oskarżony, niezależnie od tego jak okropną zbrodnię popełnił, może, siedząc w więzieniu, liczyć tylko na swojego obrońcę. Mamy tu do czynienia z poważną refleksję na temat etyki zawodu adwokata. Na marginesie dodam, że ta refleksja jest również aktualna w polskiej rzeczywistości.

Nie chcę zdradzać istoty fabuły, ale jak już z tego zarysu treści można się domyśleć, swoimi korzeniami zbrodnia sięga do czasów II wojny światowej i ma charakter zemsty. Problem jednak w tym, że jest to zemsta niejako „zastępcza”, ponieważ niemiecki wymiar sprawiedliwości nie poradził sobie z sądowym rozliczeniem zbrodni wojennych. Tu dotykamy drugiego fundamentalnego dla książki problemu – rozliczenia się Niemców ze swoją nazistowską przeszłością. Jak powszechnie wiadomo, to rozliczenie było bardzo ułomne i znakomita większość zbrodniarzy wojennych uniknęła jakiejkolwiek odpowiedzialności. Polakom bardzo łatwo przychodzi wytykanie tego Niemcom, choć warto zauważyć, że Sprawę Colliniego napisał jednak Niemiec, a pod jej wpływem powołano komisję w niemieckim ministerstwie sprawiedliwości mającą wyjaśnić wpływ hitlerowskich prawników na powojenne prawodawstwo.

We mnie tego typu sprawy sprawy wzbudzają refleksję, jak Polacy poradzili sobie ze swoja komunistyczną przeszłością. Może zamiast bić się w cudze piersi, lepiej uderzyć się we własne? Tym bardziej, że dzieje tych rozliczeń bynajmniej nie są zakończone i nie przynależą tylko do sfery zainteresowań historyków, chociaż i w tej materii byłoby niejedno do powiedzenia.

Wracam do Sprawy Colliniego. Na podkreślenie zasługuje zwięzłość książki. Całość złożonej przecież fabuły przedstawiona jest na 150 stronach tekstu. Nie ma tu rozwlekłości, nic nie jest zbędne. Czyta się szybko i z wzrastającym zainteresowaniem. Na końcu zaś pozostajemy w zadumie. Czyli książka daje to wszystko, czego oczekujemy od dobrego kryminału. Dla mnie 10/10. Za pogłębioną refleksję na temat rozliczeń z własną historią zaliczam do „sił sensu”.

Ferdinand von Schirach, Sprawa Colliniego, Wydawnictwo WAB, Warszawa bdw [2013]. Przy okazji – nie rozumiem skąd u wydawców ten prymitywny odruch nieujawniania roku wydania książki. W dobie internetu można z dokładnością do dnia ustalić, kiedy książka została wprowadzona na rynek. Nie ma tu co udawać i sztucznie przedłużać „świeżość” danej książki. Żenujące…

środa, 06 maja 2015
Współczesne Chiny

Peter Hessler, Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach, Wydawnictwo Czarne, seria reportażowa, recenzja, okładkaDo tej pory w ramach fascynacji Chinami poczytałem trochę o historii i kulturze tego kraju. Tym razem trafiłem na rzecz jak najbardziej współczesną, która bardzo precyzyjnie odmalowuje obraz społeczeństwa będącego w fazie gwałtownych przemian.

Książka składa się z trzech części. Pierwsza to opis podróży wzdłuż wielkiego muru. W mojej opinii część najsłabsza, ale najczęściej występująca w recenzjach tej książki. Niestety wskazuje to na smutny fakt, że większość recenzentów książki do końca nie przeczytała, bo ta właśnie część jest tyleż malownicza, co poznawczo bezpłodna. Trochę się dowiadujemy o realiach wielkiego muru, który nawiasem mówiąc wygląda zupełnie inaczej niż sączy nam kultura masowa i bynajmniej nie jest widoczny z satelitów. Poza tym jest to tylko relacja z kolejnych pustyń, skalistych bezludnych pustkowi i kiepskich dróg.

Natomiast pozostałe dwie części są mniej spektakularne, ale doprawdy bardziej fascynujące. Pierwsza to reportaż z zapadłej chińskiej wsi, druga to opis tworzącej się, a następnie rozwijającej się nowej strefy ekonomicznej w mieście Lishui, leżącym w południowej części prowincji Zheijang (jeśli to komuś coś mówi). Obie relacje powstały w ten sam sposób. Autor najpierw przez pewien czas mieszkał wśród ludzi, których losy są kanwą jego opowieści, a następnie wielokrotnie odwiedzał te miejsca, aby zobaczyć co się w nich zmieniło, a co pozostało po staremu. Dzięki takiej formule poznawczej otrzymujemy naprawdę wnikliwy, a przez to fascynujący materiał umożliwiający zrozumienie, co się w Chinach naprawdę dzieje. Najtrudniej sobie bowiem wyobrazić, jak żyją normalni ludzie, którzy harują po kilkanaście godzin, ale w sumie tworzą gigantyczną potęgę gospodarczą państwa Środka, które jest już na ostatniej prostej, aby zdystansować Stany Zjednoczone i zostać mocarstwem nr 1 współczesnego świata. W jakimś sensie jest to zależne od tego, co się dzieje na szczytach władzy, od kluczowych decyzji o charakterze gospodarczym. Naprawdę jednak, jest to suma ogromnej ilości takich wydarzeń, jakie opisuje Hessler.

Trudno obserwacje Hesslera, zajmujące kilkaset stron, zawrzeć w krótkim podsumowaniu jego książki, na kilka rzeczy jednak koniecznie trzeba zwrócić uwagę.

Pierwsza to rozmach inwestycyjny. Wspomniane powyżej miasto Lishui jest bodaj nikomu z czytających te słowa nieznane, nie jest jednak jakąś zapadłą dziurą; to odpowiednik naszego województwa, co prawda raczej lubuskiego niż śląskiego, ale jednak. Postanowiono w tym mieście wybudować strefę przemysłową. Rozpoczęto od – drobiazg – zrównania z ziemią kilku gór, tak aby na płaskim terenie wybudować nowe hale fabryczne. To miasto (prowincja) buduje te hale wraz z niezbędnym minimum infrastruktury. Jako „dodatek” do kilku tego typu inwestycji w prowincji postanowiono wybudować kilkaset (!) kilometrów autostrady, bo ta przechodząca już przez prowincję Zheijang była zbyt przeciążona. Wielkość tego typu inwestycji jest uderzająca. A dodajmy, że wybudowanie tego wielkoobszarowego parku przemysłowego to koszty sięgające miliardów dolarów. Natomiast eksport z prefektury Lishui to w przybliżeniu 1/3 eksportu całej Polski. Dane w tej sprawie mają charakter poglądowy z racji na powierzchowność informacji w książce, ale nawet na dużym poziomie ogólności pokazują skalę zjawiska. Dodajmy tylko, że Lishui to jedna z 13 prefektur prowincji Zhejiang, a ta z kolei jest jedną z 33 prowincji składających się na Republiką Chińską (wliczając w to Hongkong  i Makao)

A jak to wygląda od strony mikroprzedsiębiorstwa zasiedlającego część jednej z nowowybudowanych fabryk? Hessler dokładnie przyjrzał się startowi fabryki produkującej kółka metalowe do biustonoszy. Tylko ten jeden produkt. Kiedyś był to bardzo opłacalny dział produkcji, dzisiaj jest gorzej, bo na rynku panuje konkurencja i wiele fabryk wytwarza owe kółka. Kilkadziesiąt kobiet znajduje zatrudnienie przy ich produkcji. Co ciekawe: właściciel wcale nie chce zatrudniać nieletnich, to 15-, 16-letnie dziewczyny przekłamują swój wiek, często zresztą bardzo wiarygodnie. A tak na marginesie: później biustonosze z owymi kółkami trafią do którejś ze znanych sieci i podnosi się larum, że międzynarodowe koncerny zatrudniają dzieci, a wykładowcy etyki rozważają zgubne skutki globalizacji. Dla porządku dodajmy, że znana Hesslerowi 16-latka pracując w akordzie ma  takie same stawki, jak inne kobiety, a zarabia od nich więcej, bo zręczniej owymi kółkami obraca. Tak wygląda od zaplecza wyzysk dzieci.

W historii opisywanej fabryczki, najciekawsza dla mnie była jednak opowieść o podstawowej maszynie, która z drutu owe kółka wytwarza i obleka je plastikiem. Pierwotnie ten rodzaj maszyny był sprowadzany z Niemiec, ale później została ona podrobiona przez Chińczyków mało przejmujących się prawami patentowymi, autorskimi i wszelakimi innymi. Wygląda mniej elegancko, coś się w niej zacina, wymaga napraw, ale jest znacznie tańsza, co przekłada się na cenę kółek i w związku z tym na atrakcyjność cenową ich aktualnego producenta. Oznacza to, jak mawiają ekonomiści, osiąganie przewagi konkurencyjnej. Gdzie nam się z tym równać?

Równie ciekawa była część poświęcona chińskiej wsi. Analitycy spraw chińskich najczęściej zwracają uwagę, że bieda i zacofanie tamtejszej wsi jest potencjalnie najgroźniejszym czynnikiem destabilizacji, a mówiąc wprost, wybuchu społecznego. Wizerunek przedstawiony przez Hesslera tego raczej nie potwierdza. Na wsi odbywa się sporo procesów modernizacyjnych, przede wszystkim pojawia się tam wiele przedsięwzięć usługowych. We wsi opisanej przez Hesslera są to przede wszystkim mikroprzedsiębiorstwa z branży turystycznej, coś w rodzaju znanej w Polsce agroturystyki, a więc minipensjonaty czy bary lub restauracyjki. Rzuca się w oczy duża aktywność ludności rolniczej w poszukiwaniu dodatkowych źródeł zarobku, większa na pewno niż w wielu krajach postkomunistycznych z byłego bloku sowieckiego. Zatem można powiedzieć, ze na chińskiej wsi dzieje się lepiej, niż to się wydaje zachodnim obserwatorom. Na pewno nie widać jakichkolwiek zarodków ewentualnego buntu o podłożu ekonomicznym.

W podsumowaniu trzeba powiedzieć, że Przez drogi i bezdroża to najciekawsza książka o współczesnych Chinach, jaką czytałem. Daje pogląd o tym, jak rzeczywiście wygląda życie na chińskiej prowincji, a ta prowincja to przecież znakomita większość Chin. I jeszcze raz powtórzę: uderza ogromny dynamizm rozwojowy Chińczyków,  który wskazuje, że droga do stania się światowym mocarstwem nr 1 jest wysoce prawdopodobna. Oceniam na 10/10 i polecam wszystkim zainteresowanym współczesnymi Chinami. Proszę się nie zniechęcać okładką nie korespondującą z treścią.

Peter Hessler, Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013, seria reportażowa.

piątek, 24 kwietnia 2015
Komuniści walczący z zakonnicami

Ewa Kaczmarek MChR, Dlaczego przeszkadzały. Polityka władz partyjnych i rządowych wobec żeńskich zgromadzeń zakonnych w Polsce w latach 1945-1956, okładka, recenzjaW polityce władz komunistycznych zakony chrześcijańskie zawsze były solą w oku i zawsze były prześladowane. Tak było w Rosji, tak było też w krajach demokracji ludowej. Polski ten trend nie ominął. Komuniści widzieli w zamkniętych wspólnotach klasztornych, nie poddających się infiltracji z zewnątrz, rzeczywistość tajemniczą i groźną. Podejrzewali zakonników i zakonnice o różne niecne czyny, ale przede wszystkim widzieli w nich wroga politycznego. Determinacja zakonów w głoszeniu prawd chrześcijańskich była dla nich zasadniczym zagrożeniem, stojącym w poprzek drogi budownictwa socjalistycznego. Tu się nie mylili.

Książkę na temat tej drogi przez komunistyczne ciernie przygotowała Ewa Kaczmarek ze zgromadzenia Misjonarek Chrystusa Króla. Omawia ona całokształt polityki polskich władz komunistycznych wszystkich szczebli wobec żeńskich zgromadzeń zakonnych w latach 1945-1956. Zatem mamy tu rozdziały poświęcone polityce wyznaniowej komunistów, czyli tak naprawdę polityce antywyznaniowej, omówienie procedur  administracyjnej walki ze zgromadzeniami (w rozbiciu na: prawo o stowarzyszeniach, przejęcia „dóbr martwej ręki”, ustawodawstwo podatkowe i gospodarkę lokalową), wreszcie część poświęconą eliminacji zakonów z życia publicznego w obszarach: oświaty, służby zdrowia, działalności charytatywnej i opiekuńczej oraz pracy w parafiach. Osobno omówiono sytuację zakonów na Ziemiach Zachodnich, w tym zwłaszcza Akcję X2 i zamykanie zakonnic w obozach pracy. Dziwi, że nie poświęcono osobnego rozdziału represjom karno-sądowym, a przecież w latach 1946-1956 aresztowano ponad 70 zakonnic.

Mnóstwo informacji zawartych w książce jest bardzo ciekawych i powoduje różne dalsze refleksje. Chociaż o kilku postaram się napisać.

Jak wspomniałem, komuniści zakonów po prostu się bali. To, co widzieli od razu: odcięcie od świata, klauzura, wewnętrzne reguły, brak chęci do kolaboracji z nimi, wszystko to ten strach jeszcze podsycało. Zatem głównymi pragnieniem UB było posiadać w klasztorach agenturę, która z jednej strony dostarczałaby informacji, a z drugiej realizowała zadania dezintegracyjne. Był to temat numer jeden dla departamentów UB nakierowanych na walkę z Kościołem. Mimo zaangażowania całej struktury bezpieczniackiej efekty były bardzo mizerne. Udało się zwerbować jedynie 33 zakonnice z ogólnej liczby 27 300 i 20 osób świeckich, na dodatek część z nich odmawiała po krótkim czasie współpracy. Ciekawe, że w zakonach męskich wynik akcji werbunkowej był dużo lepszy, pozyskano 148 współpracowników (świeckich i duchownych) na 9000 zakonników. Zatem dla zakonów żeńskich współczynnik nasycenia agenturą wynosił 1:515, podczas gdy dla męskich 1:61. Dodajmy do tego całkiem sporą liczbę jawnych współpracowników w postaci „księży patriotów”. Odporność sióstr na próby pozyskiwania agentów była wprost rewelacyjna, a wydaje się, że ciągle ten fakt nie jest doceniany. Jeden z wniosków, jaki płynie z tych liczb, jest taki: Kościół powinien działania wymagające szczególnej dyskrecji opierać raczej o kobiety - zakonnice niż o mężczyzn - księży, mimo iż na pierwszy rzut oka wydawało by się, że powinno być odwrotnie. Nic mi jednak nie wiadomo, aby władze kościelne wyciągały z tej rzeczywistości wnioski podobne do przedstawionych powyżej. Zakonnice były i są nadal zdecydowanie niedoceniane w działaniach Kościoła.

Podsumowaniem wątku o agenturze niech będzie cytat z ubeckiego dokumentu: werbowane zakonnice nie kwalifikowały się na tajnych informatorów z powodu fanatyzmu przez nas nierozpoznanego. Fascynuje mnie zwłaszcza to zaniepokojenie, że ten fanatyzm był przez UB nierozpoznany.

Warto przy tym zwrócić uwagę, że także w działaniach jawnych siostry zachowywały nawet w najczarniejszych momentach hart ducha. Nie współpracowały z komunistami, nie porzucały habitu, nie dawały się zastraszyć. Nawet w obozach pracy próbowały utrzymać niezależność i autonomię zarządu przez własne przełożone, podczas gdy nasłani księża patrioci jawnie kolaborowali z komunistami, w tym również w działaniach na szkodę Kościoła. W końcu doszło do tego, że siostry odmawiały spowiadania się u kapelanów przydzielonych przez władze do obozów pracy. Powinno to również skłaniać do refleksji.

Skoro pojawił się termin „obozy pracy” to warto wyjaśnić skąd się wzięły. Władze PRL mianowicie postanowiły wysiedlić zakonnice z Ziem Odzyskanych, zwłaszcza z Górnego i Dolnego Śląska. Oficjalną motywacją, było pozostawanie w domach zakonnych na tych terenach sióstr narodowości niemieckiej, co podważać miało polskość tych terenów. Akcja wysiedleń miała kryptonim X2. Oczywiście cele deklarowane miały się nijak do rzeczywistych intencji. Chodziło po prosu o likwidację  żeńskich zakonów. W przypadku sukcesu, można by akcję powtórzyć na innych terenach. Wysiedlone zakonnice zgromadzono w kilku zbiorczych klasztorach i zmuszono do wykonywania zadanych prac, oczywiście nie wolno im było tych miejsc opuszczać, chyba że któraś z zakonnic deklarowała wystąpienie z zakonu lub gotowość do wyjazdu za granicę. W istocie więc owe rzekome zbiorcze klasztory miały charakter obozów pracy. Ogółem do obozów pracy przesiedlono 1053 zakonnic, a kolejne 247 przesiedlono do domów prowincjalnych zgromadzeń. Można powiedzieć, parafrazując hitlerowski termin Judenfrei, że tereny Górnego i Dolnego Śląska miały stać się Klosterfrei. Na szczęście do tego doszło. Trudno powiedzieć, dlaczego władze komunistyczne odstąpiły od drugiego etapu wysiedleń, który miał całkowicie zlikwidować życie zakonne na Śląsku.

Sposób przeprowadzenia akcji wysiedlenia sióstr był tak bardzo podobny do akcji likwidacji zakonów w Czechosłowacji, że jest wysoce prawdopodobne, że albo Polacy konsultowali się z Czechami, albo obie akcje miało to samo źródło u sowieckich decydentów. Oczywiście natychmiast przypomniała mi się niedawno przeczytana i zrecenzowana książka Siła słabych i słabość silnych o prześladowaniu Kościoła na Słowacji w czasach realnego socjalizmu. Pewnym tropem, co do inspiracji owych antyzakonnych akcji może być fakt, że w 1953 roku utworzono osobny Departament XI dedykowany do walki z Kościołem, a na jego czele stał płk Karol Więckowski, sowiecki oficer białoruskiego pochodzenia.

Warto jeszcze wspomnieć, że przesiedlenia zakonnic odbywały się już po uwięzieniu Prymasa Wyszyńskiego, kiedy wielu dostojników kościelnych ze strachu lub oportunizmu położyło uszy po sobie. Niektórzy z nich, a jest to wyjątkowo ohydna karta w historii Kościoła, wspierali komunistów dokonujących wysiedlenia sióstr zakonnych.

Rzuca się w oczy również zaciekłość władz komunistycznych w prześladowaniu zakonnic. Najczęściej było tak, że jeśli podejmowano jakieś kroki represyjne, to wykonywano je z naddatkiem. Dobrym przykładem jest tu przejęcie dzieł prowadzonych przez zakonnice (szpitale, szkoły, ochronki, domy opieki). Zgodnie z komunistycznym prawem (o ile można to nazwać prawem, zwłaszcza w świetle późniejszych decyzji administracyjnych i wyroków sadowych) zajęciu nie podlegały pomieszczenia klasztorne, ale w realu one również były często przejmowane, podobnie było również z nieruchomościami i żywnością. Komuniści sami tworzyli „prawo”, jakie chcieli, ale i tak było ono za mało represyjne. Stąd częste przypadki jego nadużywania i przekraczania. Świadczy to wyraźnie, iż prawdziwym celem komunistów była całkowita likwidacja zakonów, a „prawo” było tylko parawanem i służyło tylko propagandowemu mydleniu oczu wiernych i osłabianiu woli oporu represjonowanych.

Podsumowując: bardzo ciekawa książka inspirująca do różnych dodatkowych przemyśleń. Bardzo rzetelna, jeżeli chodzi o bazę źródłową, która pochodzi z wielu archiwów kościelnych i cywilnych. W mojej ocenie 9/10.

Ewa Kaczmarek MChR, Dlaczego przeszkadzały. Polityka władz partyjnych i rządowych wobec żeńskich zgromadzeń zakonnych w Polsce w latach 1945-1956, VIZJA Press & IT, Warszawa 2007.

wtorek, 14 kwietnia 2015
Hannah Arendt

Rzecz o banalności miłości

Spektakl dotyczy kilkuletniego romansu Hanny Arendt, młodej studentki  filozofii ze swoim mistrzem profesorem Martinem Heideggerem. Nie byłoby w tym romansie nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że Hannah Arendt była Żydówką, a Martin Heidegger orędownikiem nazizmu na wyższych uczelniach. Co prawda flirt zaczął się jeszcze w latach dwudziestych, kiedy specyficzne poglądy Heideggera nie były jeszcze jasne, a po dojściu Hitlera do władzy definitywnie się zakończył, ale i tak pozostaje otwarte pytanie, jak to było  w ogóle możliwe. Kluczowa była wspólna fascynacja filozofią, ów, wspominany przez Arendt, apetyt na myślenie. Do tego doszło z jednej strony  urzeczenie wybitnym profesorem będącym u szczytu swoich twórczych możliwości, a z drugiej zauroczenie młodą, piękną, ale też i nadzwyczaj bystrą studentką. Wygląda na to, że miłość była silniejsza niż oczywiste bariery.

Savyon Liebrecht, Rzecz o banalności miłości, reż. Feliks Falk, Agnieszka Grochowska jako młodsza Hanna Arendt, Piotr Adamczyk jako młodszy Martin Heidegger, recenzja

Jeszcze ciekawsze było pokazane w sztuce spotkanie z lat pięćdziesiątych. Heidegger był obiektem dochodzenia komisji denazyfikacyjnej i miał zakaz nauczania, Arend była wschodzącą gwiazdą nauk humanistycznych, kończyła właśnie Korzenie totalitaryzmu.  Oczekiwała od swojego kochanka wyjaśnienia, jak był możliwy jego flirt z nazizmem. Jak przystało na intelektualistkę, chciała zrozumieć jego motywy. Nie były one ani przekonujące, ani dokładnie wyjaśnione, to najsłabszy punkt Banalności miłości. Mimo doświadczenia Holocaustu, w pełni świadoma Arendt i tak zachowuje cień dawnego uczucia wobec swojego niegdysiejszego mistrza. To raczej tajemnica niż banalność miłości, jeśli odnieść się do tytułu sztuki.

Cała rzecz jest ciągle fascynująca i ciągle, mimo wyjaśnienia wszystkich okoliczności, trudna do pojęcia. Miłość niejedno ma imię. Nie potrafię tego inaczej spuentować.

Bardzo ciekawy był w sztuce wątek „niemieckości”. Okazało się bowiem, nie wchodząc w szczegóły fabularne, że Żydzi pochodzący z Niemiec jeszcze długo po wojnie zachowywali zainteresowanie kulturą niemiecką, językiem, Goethem itd. Korci mnie, aby dodać, że podobnie Żydzi polscy, mimo wszystkich przykrych doświadczeń, bardzo często zachowywali żywy związek z kultura polską, przechowywali polskie tradycje i ściągali polskie książki, a nawet wydawali prasę polskojęzyczną. A dzisiejsi emigranci ze Związku Sowieckiego nadal oglądają w Izraelu stacje rosyjskojęzyczne i bardziej ich interesuje sytuacja w piśmiennictwie rosyjskim niż hebrajskim. To bardzo ciekawy fenomen: Żydzi asymilujący się do kultur narodów, wśród których żyli, zachowujący bardzo silny związek z tymi kulturami i to pomimo, iż doświadczali wiele złego ze strony tych narodów. Zauroczenie jednak trwa nadal. A może to zawiedziona miłość…

Kilka słów o aktorstwie. Tak dobrze zagranej sztuki dawno nie widziałem. Zwłaszcza doskonały był duet kobiecy Agnieszka Grochowska i Teresa Budzisz-Krzyżanowska grający Hannę Arendt w różnych porach jej życia. To było po prostu upojne. To bodaj najlepszy w Polsce duet aktorek z dwóch różnych pokoleń. Feliks Falk, który spektakl wyreżyserował, miał tutaj intuicję fenomenalną.

Bardzo ciekawym uzupełnieniem Rzeczy o banalności miłości jest niedawno obejrzany film Hannah Arendt, który mówi o zupełnie innym fragmencie biografii naszej bohaterki. Rzecz dotyczy reportaży Arendt z procesu Eichmanna, które znalazły się później w książce Eichmann w Jerozolimie. Wiele z jej opinii wzbudziło żywe protesty ze strony żydowskiej diaspory, a zwłaszcza mieszkańców Izraela. Chodziło zwłaszcza na przykład o twierdzenie, że żydowskie władze gett, tzw. Judenraty miały swój udział w zagładzie, a ponadto o  samo określenie „banalność zła”, co w opinii wielu Żydów miało deprecjonować diaboliczny wymiar Holocaustu. Ze strony Hanny Arendt wygłaszanie takich poglądów świadczyło o kolosalnej odwadze, ale przede wszystkim o wierności  swoim poglądom, o tym że myślenie i wnioskowanie jest poza sferą ideologii, poprawności, lojalności narodowej itd. W tym sensie Hannah Arendt powinna być patronką wszystkich intelektualistów, którym przypomina (i przypominać będzie), że przyzwoitość myślowa jest regułą wszechobowiązującą i wymaga odwagi, a podporządkowanie ideologiom (tak dzisiaj powszechne) jest zaprzeczeniem owej przyzwoitości.

Kadr z filmu Hannah Arendt, reż. Margarethe von Trotta, Barbara Sukowa jako Hannah Arendt, recenzja

W role Hanny Arendt wcieliła się Barbara Sukowa. Zagrała wspaniale, ale i tak postać Arendt w moich oczach wiązać się będzie z twarzą Teresy Budzisz-Krzyżanowskiej.

Savyon Liebrecht, Rzecz o banalności miłości, reż. Feliks Falk, w głównych rolach Agnieszka Grochowska (Młodsza Hanna Arendt), Teresa Budzisz-Krzyżanowska (Starsza Hanna Arendt), Piotr Adamczyk (Młodszy Martin Heidegger), Andrzej Grabowski (Starszy Martin Heidegger), spektakl z 2011, kilkakrotnie powtarzany (jak najbardziej zasadnie) w Teatrze TV.

Hannah Arendt, reż. Margarethe von Trotta, premiera 2012, w Polsce 24 stycznia 2014, w roli głównej Barbara Sukowa.



poniedziałek, 06 kwietnia 2015
Biała Lokomotywa w Teatrze Ateneum

Na spektakl  Biała Lokomotywa szedłem z nadzieją. Oprócz nadziei miałem też obawy - twórczość Stachury dobrze znam, widziałem wiele adaptacji, słuchałem różnych interpretacji, częściej byłem zawiedziony niż urzeczony. Tym razem spotkało mnie miłe zaskoczenie.

Sam pomysł inscenizacyjny od pierwszych chwil wciągał w szukanie znaczeń. Nie chodzi tylko o przetykanie piosenek tekstami Stachury, to nic nowego. Istotą rzeczy był bardzo celny dobór tekstów, tak aby fragmenty pamiętników i prozy Stachury stanowiły wprowadzenie do tekstów śpiewanych. Paradoksalnie to duża sztuka, bo powiedzieć i zaplanować łatwo, ale zrobić trudno. Słuchałem nie tylko z przyjemnością, ale i zainteresowaniem.

Edward Stachura, Biała Lokomotywa, reż. Jerzy Satanowski, występują Jan Janga Tomaszewski, Mirosław Czyżykiewicz, Wojciech Brzeziński, Teatr Ateneum

Nic jednak nie może zastąpić ciekawej interpretacji, a ta w przypadku Białej Lokomotywy była bliska doskonałości. Pomysł, aby teksty Stachury śpiewali starsi faceci, o wyrobionych głosach, okazał się strzałem w dziesiątkę. Twórczość Stachury wyrastała z bolesnego doświadczenia, a cóż owe doświadczenie podkreślać może bardziej niż brzmienie, z którego przebija znajomość życia. Było to bardzo przekonujące, ale też wzruszające. W ustach ludzi, którzy niejedno przeżyli, a ich głosy stoją w proporcji do doświadczeń, bardzo prawdziwie brzmi, że przemienić w jasny, nowy dzień najsmutniejszą noc – to jest dopiero coś.

Szczególnie dobre wrażenie robił Jan Janga Tomaszewski. Nie za często jest on obecny w masowych produkcjach. Pamiętam go z kilku roli drugoplanowych, ale zawsze zapadał mi w pamięć. Jest w nim coś magnetycznego, coś co przyciąga uwagę, a to przecież w aktorstwie jest najważniejsze. Wielka szkoda, że reżyserzy filmowi tak rzadko sięgają po jego kunszt aktorski. Mój wielki apel – róbcie to częściej, a wtedy i wy, i my widzowie na tym dobrze wyjdziemy.

Na palmę pierwszeństwa w jakości inscenizacji i wykonania zasługuje Nie brookliński most. Pomysł, żeby zaśpiewać ten tekst na trzy różne głosy był doskonały i do tej pory mam go w uszach. Reżyserowi, Jerzemu Satanowskiemu należy się szacunek.

Brakowało mi w spektaklu Piosenki dla Potęgowej. Tak pięknie można było ją wprowadzić celnym fragmentem z Całej jaskrawości. W razie jakby się udało tę piosenkę dołożyć do przedstawienia, idę na niego jeszcze raz. Zresztą i bez Potęgowej pójdę  raz jeszcze. Nie co dzień mamy do czynienia z czymś tak urzekającym.

Na koniec najważniejsze. Spektakl był po prostu wzruszający i długo byłem pod jego wrażeniem. Dla mnie 10/10 i dodatkowo zaliczam do sił sensu za pomysł z trzema aktorami, za celny wybór tekstów, za najlepsze, jakie słyszałem wykonanie Brooklińskiego mostu i za obsadzenie Jangi Tomaszewskiego.

Edward Stachura, Biała Lokomotywa, reż. Jerzy Satanowski, występują Jan Janga Tomaszewski, Mirosław Czyżykiewicz, Wojciech Brzeziński, Teatr Ateneum, wizyta styczeń 2015.

sobota, 28 marca 2015
Obce ciało Zanussiego

Trudno było obejrzeć ten film. Trzy tygodnie po premierze, w Warszawie nie było ani jednego spektaklu przez cały tydzień. Małe zainteresowanie ? Wątpię. Raczej cenzura prewencyjna lub tylko popisy walczącej poprawności. W końcu udało mi się film zobaczyć w lokalnym kinie w Grodzisku Mazowieckim i sala była do połowy wypełniona. Kino to wcale nie jest małe, zatem frekwencja była chyba na tyle dobra, że nie uzasadniała, dlaczego w wielkich sieciach film przestano grać. Na pewno więcej osób ma o filmie wyrobione zdanie, niż go oglądało. Chwilami myślę, że dotyczy to także zawodowych recenzentów.

Agata Buzek i zakochany w niej Riccardo Leonelli, Obce ciało, reż. Krzysztof Zanussi

Główna oś fabularna filmu jest dość prosta. Angelo i Kasia (Agata Buzek) poznają się we Włoszech, gdzie razem uczestniczyli w grupie modlitewnej Focolari. Zakochują się w sobie, ale Kasia podejmuje decyzję o wstąpieniu do klasztoru. Wraca do Polski i realizuje swoje powołanie. Trwa w nim niezależnie od nacisków swojego ojca nieakceptującego jej decyzji i próśb zakochanego Angela, który też przyjeżdża do Polski i podejmuje pracę w korporacji. Tam spotyka Kris (Agnieszka Grochowska), bezwzględną i demoniczną menedżerkę. Świat korporacji jest całkowicie odmienny od dotychczasowych doświadczeń Angela. Warto podkreślić, że zachowania młodych ludzi związanych z ruchem religijnym są dość realistyczne, podobnie jak atmosfera wyścigu szczurów w korporacji. Szokiem może być tylko zestawienie tych diametralnie różnych środowisk.

W zasadzie zgadzam się z Zanussim. Świat rzeczywiście jest pęknięty na dwie części: ludzi wierzących, a w każdym razie otwartych na wartości chrześcijańskie i niewierzących libertynów (nie liberałów) oglądających świat przez pryzmat ideologicznych poprawności, kariery, pieniędzy, bo przecież nie innych wartości. Problem tylko w tym, że ten podział ma światłocienie, a w filmie Zanussiego ich zabrakło. W życiu zwykle nic nie jest proste i o takich nieprostych przypadkach warto robić filmy.

Mimo tego zastrzeżenia Obce ciało obejrzałem z przyjemnością, może dlatego, że pogląd Zanussiego wyrażony w tym filmie podzielam. Warto mówić o świecie ludzi wierzących, tym bardziej że jest on spychany do wyznaniowego getta i prawie nieobecny w normalnym obiegu filmowym. Jeśli temat wiary w nim się pojawia, to najczęściej tylko po to, aby te wartości zakwestionować, obnażyć hipokryzję prawdziwą lub urojoną. W każdym razie celem jest zwykle jakaś demaskacja lub wprost atak na wartości chrześcijańskie. W mojej opinii dobrze, że Zanussi mówi o tych problemach innym językiem, życzliwym dla świata imponderabiliów.

Z szansy wykreowania postaci zarysowanych mocną kreską skorzystała Agnieszka Grochowska. Kreowana przez nią businesswoman robi wrażenie. To prawdziwa modliszka. Możliwości aktorskie ma Grochowska niebywałe, zwłaszcza jak porównać to z innymi jej rolami, jak na przykład Danuty Wałęsowej w Człowieku z nadziei czy Hanny Arendt w sztuce Rzecz o banalności miłości. Zaryzykuję twierdzenie, że to najwybitniejsza współczesna polska aktorka. Jedną z głównych ról zagrała Agata Buzek, przypadła jej jednak do zagrania postać tyleż wyrazista, co bez ujawnionych głębszych motywacji. Ile mogła, tyle zagrała. Mam tylko uwagę, że aktorki o fizis anorektycznej, same siebie degradują do wąsko specyficznych ról. Szkoda, bo akurat tę aktorkę lubię i cenię.

Agnieszka Grochowska, Obce ciało, reż. Krzysztof Zanussi, recenzja

W ostatnich dniach Obce ciało zaliczyło sporo nominacji do nagrody Węży, czyli takich polskich malin dla najgorszych filmów. Nie do końca rozumiem, dlaczego ten akurat film zaliczać do najgorszych w Polsce produkcji, ale przyjmuję do wiadomości, że komuś się nie podoba. Zdumiało mnie natomiast mianowanie Agnieszki Grochowskiej w kategorii najgorszej roli żeńskiej. Tutaj mamy do czynienia z jawnym absurdem. Grochowska zagrała doskonale, choć rozumiem, że jak film się komuś nie podobał, to i jedna z głównych postaci też do gustu nie przypadła. Co ma jednak do tego kreacja aktorska? To całkiem dziecinne identyfikować postać z aktorką, która ją gra. Grochowska zagrała wzorowo, tworząc dokładnie taką osobowość, jaka wynikała z koncepcji filmu. To dla niej ogromny plus, a nie powód do piętnowania. Nie znajduję innego wytłumaczenia niż światopoglądowe zacietrzewienie. Krytyczni wobec filmu recenzenci zarzucali Zanussiemu stworzenie nierealistycznego, uproszczonego świata. A tymczasem sami okazali się ideologicznymi prostakami glanującymi każdego, kto ma inne niż oni poglądy. A wszystko pod szyldem tolerancji i otwartości. Tylko co to ma wspólnego z prawdziwa krytyką filmową.

Film zdecydowanie warty obejrzenia, niebanalny, podejmujący rzadko goszcząca na polskich ekranach problematykę. Ci, którzy zarzucają Zanussiemu wyprodukowanie kiczu, dają raczej wyraz swojej ideologicznej zawziętości, niż merytorycznej oceny. Jeżeli nie będziemy oczekiwali arcydzieła, a jedynie ciekawego obrazu przedstawiającego  jakąś diagnozę społeczną, nie wyjdziemy zawiedzeni. Dla mnie 8/10.

Obce ciało, reż. Krzysztof Zanussi, Polska, Rosja, Włochy 2014

niedziela, 15 lutego 2015
Margaret Mead ciągle aktualna?

Margaret Mead, Kultura i tożsamość. Studium dystansu międzypokoleniowego, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2000, recenzja, okładkaDzięki studiom moich dzieci miałem możliwość zapoznania się ze współczesnym programem nauczania humanistyki. Jestem w wielu przypadkach pod bardzo negatywnym wrażeniem. Ilość przestarzałych ramot, jakie się wciska młodzieży jest zdumiewająca. A zdumienie jest jeszcze większe, jeśli jednocześnie mówi się o edukacji nakierowanej na przyszłość i metodologicznie bardzo poprawnie przedstawia się wszelkie możliwe podejścia. Ale jako egzemplifikację  tych – podkreślam - metodologicznie słusznych koncepcji podaje się zupełnie zdezaktualizowane diagnozy, mimowolnie dając sygnał, że już na etapie kształcenia akademickiego przyszłych pedagogów nie nadąża się za zmieniająca się rzeczywistością. Nawet jeżeli wykładowcy akademiccy podkreślają wagę kształcenia nakierowanego na przyszłość, to samemu nakierowani są na przeszłość, za teraźniejszością nie nadążając.

Skoncentruję się tylko na jednym przykładzie.[1] Chodzi o ciągle popularną na wyższych uczelniach Margaret Mead, a zwłaszcza jej książkę Kultura i tożsamość. Studium dystansu międzypokoleniowego. Zapewne klarownie wyłożony w niej podział na kultury postfiguratywne, kofiguratywne i prefiguratywne jest ciągle atrakcyjny. Niestety jej diagnozy są już kompletnie zdezaktualizowane i mają wyłącznie znaczenie jako element historii myśli socjologicznej. W tym kontekście najciekawszy jest Rozdział III Przyszłość. Kultury prefiguratywne, czyli zagadkowe dzieci, który wbrew tytułowi jest analizą teraźniejszości, na podstawie której buduje prognozę na przyszłość oraz zawiera, niestety, mało konkretne postulaty wobec rzeczywistości edukacyjnej.

Przede wszystkim Margaret Mead jest pod wrażeniem buntu młodzieży z 1968 roku. Twierdzi, że nic już będzie jak przedtem, że więź międzypokoleniowa została zerwana, że kultury postfiguratywne a nawet kofiguratywne odchodzą w przeszłość, a czekają nas wyzwania takiego modelu edukacyjnego, który będzie nakierowany na przyszłość, na wyzwania, które – ciągle nowe i nieoczekiwane – będzie dorosłym stawiała młodzież  (a dokładniej pisze o dzieciach). Tak jakby się spodziewała, że ów bunt będzie permanentny, tylko da się go skanalizować przez odpowiednia postawę dorosłych, którzy z zasady będą otwarci na nowe oczekiwania.

Nawet ta podstawowa diagnoza okazała się nieprawdziwa. Bunt się wypalił i nigdy więcej się do dzisiaj nie powtórzył. Oczywiście są pewne zjawiska, które mają podobny charakter zanegowania istniejącej rzeczywistości, jak na przykład ruch antyglobalistyczny czy protesty przeciwko Acta, trzeba tylko zwrócić uwagę że nie maja one cech buntu młodzieżowego, ale mają zdecydowanie charakter międzypokoleniowy. Na ulice w protestach antyglobalistów wychodzi w większości młodzież (choć nie tylko), ale już ideologami tego buntu są dorośli z generacji ich rodziców czy wręcz dziadków z pokolenia 68. Co więcej, gdyby MM nie reagowała z pasją publicysty, tylko odczekała parę lat, to zobaczyłaby, że z ideologicznych postulatów rewolty poza wolnością seksualną niewiele się ostało. Ze sztandarów buntu wiało pustką. Na czym zatem miałaby polegać postulowana kultura prefiguratywna, jakie to oczekiwania powinna spełniać? Na jakie potrzeby powinna być nakierowana? O tym już MM nie pisze, chowając za jałowym poznawczo stwierdzeniem, że nie wiemy, jakie dzieci urodzą się w przyszłości.

Także w drugorzędnych elementach diagnozy MM była bardzo zanurzona w swoim czasie. Przerażeniem napawał ją Wietnam i używanie groźnych dla człowieka środków owadobójczych (?). Jej pokolenie jako podstawową groźbę dla cywilizacji widziało broń jądrową i czymś niemożliwym do wyobrażenia była powszechna zagłada ludzkości spowodowana groźbą jej użycia. Czy którykolwiek z tych czynników dzisiaj jest dla nas istotny? Prawdziwym zagrożeniem dla cywilizacji jest terroryzm i fundamentalizm muzułmański. A o Wietnamie, zwłaszcza w kulturze masowej, mówi się jako o bohaterskim doświadczeniu amerykańskich chłopców walczących z podstępnym Vietcongiem. Jej fobie odeszły w przeszłość wraz z jej pokoleniem. Przekornie warto się tylko zastanowić, czy terroryzm nie ma charakteru pokoleniowego, bo głównie ludzie młodzi są jego nośnikiem. Czy wobec nich także miałaby zastosowanie kultura prefiguratywna?

Na koniec jeszcze tylko jeden „kwiatek” pokazujący jak MM widziała zagrożenia dla współczesnego jej świata: rzekomo w Ameryce Łacińskiej istniała możliwość nagłego powrotu do archaicznej, dogmatycznej wiary, żądającej by wszyscy niewierzący byli prześladowani, torturowani i paleni żywcem. (s. 129) Nie mam nawet ochoty tego komentować. Choć dzisiaj tego typu poglądy nadal są obecne w Ruchu Palikota, a upowszechnia je prof. Uniwersytetu Jagiellońskiego. Myśl akademicka wiecznie czujna. Pogratulować.

Biorąc wszystko powyższe pod uwagę należałoby jasno powiedzieć, że Margaret Mead należy do historii socjologii i jedyne czego możemy się od niej dowiedzieć, to jak intelektualiści zareagowali na rewoltę studencka 1968 roku i jak dalece mijali się z rzeczywistością w swoich prognozach. Ciekaw jestem, gdzie funkcjonują kultury prefiguratywne, a zatem jaką rzeczywistość opisuje model Margaret Mead. Przypuszczam, że jest to tylko odzwierciedlenie jej fobii i nadziei nie mające żadnego związku z rzeczywistością. Dzisiaj jej diagnozy straciły na aktualności[2] a przesłanki, którymi się kierowała należą już tylko do przeszłości. Czy klarownie skonstruowana teoria dystansu międzypokoleniowego jest wystarczającym powodem, aby zamulać pamięć studentów zdezaktualizowanymi pomysłami nie opisującymi żadnej konkretnej realności?

Margaret Mead, Kultura i tożsamość. Studium dystansu międzypokoleniowego, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2000, pierwodruk oryginału 1970.



[1] Przy okazji warto nadmienić, że równolegle z Margaret Mead studenci czytają edukacyjny raport Klubu Rzymskiego Uczyć się bez granic, a propagowany tam termin „luka ludzka” jest obowiązkowo zapamiętywanym. Aktualność tego raportu jest taka sama jak podstawowego dzieła Klubu Rzymskiego Granice wzrostu (Limits to growth), według którego nasza cywilizacja już powinna przestać istnieć zawalając się z powodu braku surowców, zwłaszcza energetycznych.

[2] Nie chciałbym być napastliwy, ale główne tezy MM dotyczące jej badań nad seksualnością ludów pierwotnych na Samoa zostały także zakwestionowane przez Dereka Freemana w pracy Margaret Mead and Samoa: The Making and Unmaking of an Anthropological Myth.

niedziela, 01 lutego 2015
Kresowa Brygada Kawalerii w 1939

Marcin Majewski, Kresowa Brygada Kawalerii w kampanii 1939 roku, IPN, okładka, recenzjaTo bardzo dobrze, że powstała monografia Kresowej Brygady Kawalerii (KBK). Nie cieszyła się ona szczególna estymą u historyków – jej boje we wrześniu były bezbarwne i chaotyczne, dowódcy się zmieniali, żaden z nich dobrze się nie zapisał na kartach historii.

W sierpniu 1939 roku KBK dowodził gen. Marian Przewłocki. W skład brygady wchodziły: 12 p.uł. (dowódca ppłk Andrzej Kuczek) stacjonujący w Białokrynicy, 20 p.uł. (płk. Andrzej Kunachowicz) stacjonujący w Rzeszowie, 22 p.uł. (płk Władysław Płonka) stacjonujący w Brodach, 6 psk (ppłk Stefan Mossor) stacjonujący w Żółkwi oraz 13 dak (ppłk Janusz Grzesło) stacjonujący w Kamionce Strumiłowej (dowództwo w Brodach).

Od samego początku KBK nie miała szczęścia. Najpierw 12 p.uł., który jako pierwszy został zmobilizowany w trybie alarmowym, po przetransportowaniu na teren operacyjny Armii „Łódź” został czasowo podporządkowany dowództwu Wołyńskiej Brygady Kawalerii (tej od Bitwy pod Mokrą) i nigdy już nie powrócił do swojej macierzystej jednostki. A na kilka dni przed wybuchem wojny KBK straciła swojego dowódcę, gen. Przewłocki został powołany na stanowisko dowódcy 2 Grupy Kawalerii, a dowodzenie przejął jego zastępca płk Hanka-Kulesza. Wspomniana Grupa Kawalerii zresztą nigdy nie powstała, a gen. Przewłocki znalazł się na klasycznym bocznym torze.

Zupełnie inaczej z płk. Hanką-Kuleszą, ten znalazł się w samym centrum wydarzeń. Po wywagonowaniu się  do 3 września, brygada otrzymała rozkaz, aby rozpoznać lewy brzeg Warty a następnie przejść w rejon Rossoszycy, gdzie miała pozostać w dyspozycji dowódcy armii. Zniszczenie mostów dowódca armii zastrzegł do swojej decyzji. Rozkaz streszczam dokładnie, bo ma to zasadnicze znaczenie dla późniejszych wydarzeń. Hanka-Kulesza ten rozkaz literalnie wykonał, zameldował się w dowództwie Armii „Łódź” po kolejny. Jakże był zaskoczony, kiedy dowiedział się, że zostaje odwołany ze stanowiska dowódcy KBK za niewykonanie rozkazu, bowiem nie bronił uporczywie Warty odsłaniając skrzydło sąsiedniej 10 DP gen. Dindorf-Ankowicza, ponadto pozostawił niewysadzone mosty na Warcie. Wygląda na to, że pułkownik Hanka-Kulesza stał się kozłem ofiarnym mającym zdjąć odpowiedzialność za złe dowodzenie z szefostwa Armii „Łódź”.[1] Na jego miejsce mianowano płk. Grobickiego dotychczasowego dowódcę Sieradzkiej Brygady ON, wcześniej związanego z kawalerią.

Wielkie dziękczynienie dla Mariusza Majewskiego za precyzyjne wyjaśnienie okoliczności odwołania Hanki-Kuleszy. Sprawa nie była jasna, a dla wielu historyków jedynym źródłem narracji w tej sprawie były pamiętniki gen. Rómmla i wyjaśnienia szefa sztabu Armii „Łódź” płk. Pragłowskiego. Obaj panowie niestety w tej sprawie mataczyli obciążając niesłusznie Hankę-Kuleszę, który zapewne do wybitnych nie należał, ale w tej konkretnej sprawie poniósł odpowiedzialność za cudze winy. Poza tym dobrze się stało, że człowiekowi, chociaż po latach, przywrócono dobre imię. To zawsze ważne.

Po pierwszych dniach walk, KBK rozpoczęła proces głębokiego odwrotu, zgodnie z rozkazem dowódcy Armii „Łódź”. Podczas odwrotu utracona został łączność pomiędzy oddziałami, które coraz bardziej przemieszane, bez aktualnych rozkazów, w powiększającym się chaosie i rozdrobnieniu kontynuowały odwrót. Niestety, każdy oddział na własną rękę. Pojedynczo walcząc zostały bez większych walk zlikwidowane, tylko kilka szwadronów przedostało się za Wisłę. Na dodatek 8 września płk Grobicki udał się po rozkazy do Warszawy i już nie powrócił. Tak jak dowódca armii (gen. Rómmel) pozostawił ją swojemu losowi, tak Grobicki porzucił swoją brygadę pod Głownem.[2] Przykład szedł niestety od góry. Jak gdyby nigdy nic oczekiwał na podległe sobie oddziały po drugiej stronie Wisły, w rejonie Otwocka (na rozkaz Rómmla). Nazwę brygady nosiło już tylko kilka wyczerpanych szwadronów kawalerii.[3] Niedobitki pod dowództwem ppłk. Płonki z 22 p.uł. walczyły aż do 1 października w składzie grupy płk. Zieleniewskiego, dając przykład nie tylko bohaterstwa, ale i determinacji, a przede wszystkim tego, że brygada zasłużyła sobie na lepszy los niż zgotowali jej dowódcy wszystkich kolejnych szczebli.

Z tego bardzo skrótowego przedstawienia losów KBK podczas kampanii wrześniowej nie wynika oczywiście jak dalece wnikliwa i szczegółowa jest książka. Pod tym względem jest wzorowa. Uznanie. Poza tym muszę wspomnieć o mapach ilustrujących szlak bojowy KBK. To bardzo ułatwia lekturę, a tak rzadko występuje w podobnych opracowaniach. Uznanie po raz wtóry.

Dwóch rzeczy mi jednak zabrakło. Pierwsze pominięcie ma charakter zasadniczy, mianowicie autor nie wspomniał nawet o losach 4 batalionu strzelców wchodzącego co najmniej nominalnie w skład brygady. Rozumiem zafascynowanie kawalerią, ale żeby w ogóle o tym batalionie nawet nie wspomnieć, nawet jeśli był podporządkowany 10 DP?

Druga kwestia jest na pograniczu zakresu merytorycznego książki. Chodzi mianowicie o pominięcie ppłk. Stefana Mossora przy obsadzie funkcji szefa sztabu Armii „Poznań” i powierzenie mu dowództwa 6 psk. Skoro znalazło się miejsce nawet na kilkuzdaniowe przedstawienie walk w 1920 roku pułków wchodzących w skład brygady, to chciałoby się coś dowiedzieć również na wzmiankowany temat, tym bardziej, że w literaturze przedmiotu podawane są różne powody tego zaskakującego „niepowołania”. Majewski co prawda wspomina o nim w nocie biograficzne Mossora (s. 177), ale podaje jednozdaniowe uzasadnienie dość rzadko spotykane w pracach historycznych.[4] A byłaby tak ciekawie, gdyby autor zechciał potraktować temat z taką samą wnikliwością, jak odwołanie płk. Hanki-Kuleszy.

Trzecie pominięcie dotyczy 20 p.uł. Autor słowem nie wspomniał, że ten stacjonujący w Rzeszowie pułk był przewidziany do motoryzacji i miał wejść w skład 10 BK. Dowództwo pułku miało „chody” w Warszawie i wpłynęło na zmianę decyzji. W efekcie do 10 BK przyłączono 24 p.uł z Kraśnika powodując przy okazji taki absurd, że dowództwo 10 BK, dywizjony przeciwpancerny i rozpoznawczy miały siedzibę w Rzeszowie, ale jej podstawowa siła, czyli pułki kawalerii stacjonowały w Łańcucie i Kraśniku. W tym samym czasie w KBK 20 p.uł. (Rzeszów) był oddalony od 22 p.uł. (Białokrynica) o ponad 300 km. Tak się kończyło uleganie ułańskim fanaberiom, którzy kochali konie, a lekceważyli samochody.

Przy tej ostatnie sprawie muszę się przyznać do bardzo brzydkiego uczucia. Mam niestety Schadenfreude, z powodu losów 20 p.uł. Mógł przejść do historii jako jeden z lepiej rozpoznawanych polskich pułków, a skończył dość nieciekawie, rozbity w czasie walk odwrotowych, zapisując raczej historię chaosu i nieszczęścia (poświęcenia nikomu nie ujmując) niż żołnierskiej chwały, takiej  jak pułku  24, który w 1939 roku nierozbity, w zwartym szyku przekroczył granicę węgierską i został odtworzony na Zachodzie. A wszystko przez to, że woleli smród końskiego łajna niż zapach spalin.

Wracając do monografii KBK: to bardzo solidna, rzetelnie opracowana i szczegółowa praca, wypełniająca dotkliwą lukę w historiografii. Na dodatek wielki plus za wyjaśnienie sprawy płk. Hanki-Kuleszy oraz za zamieszczenie map i przyzwoitego indeksu nazwisk. Dla mnie 10/10.

Marcin Majewski, Kresowa Brygada Kawalerii w kampanii 1939 roku, IPN Warszawa 2011



[1] Siłą rzeczy przedstawiam cały problem odwołania płk. Hanki-Kuleszy bardzo pobieżnie, w książce zajmuje on ponad 20 stron (s. 53-74) i tylko zapoznanie się z tą analizą może dawać podstawy do wyciągania samodzielnych wniosków.

[2] Miał rację prof. Wieczorkiewicz, kiedy,  oceniając dowodzenie podczas kampanii wrześniowej, mówił że ryba śmierdzi od głowy. Co należy rozumieć tak, że w tych miejscach, gdzie dowódcy armii panowali nad sytuacją, tam dużo lepiej spisywali się dowódcy dywizji i brygad kawalerii. Jak widać na wskazanym przykładzie, tam gdzie dowódcy armii je porzucali, tam i dowódcy niższego szczebla robili to samo ze swoimi jednostkami. Podobnie swoje dywizje porzucili płk Dojan-Surówka (2 DPLeg.) i gen. Bończa-Uzdowski (28 DP).

[3] Największą siłę przedstawiał 1 pkaw KOP(ppłk Feliks Kopeć), podporządkowany jeszcze nad Wartą dowództwu KBK.

[4] Mossor był do marca 1939 I oficerem sztabu inspektora armii gen. Kutrzeby. W sposób naturalny powinien zostać szefem sztabu armii dowodzonej przez Kutrzebę. Jako powód jego niepowołania Majewski podaje zasugerowanie w jednym z opracowań wydania zgody na przemarsz wojsk sowieckich przez Polskę. Zapewne podąża w tym przypadku za ustaleniami Jarosława Pałki w książce Generał Mossor (1886-1957). Biografia wojskowa. Dla porządku podaję, że wielu autorów sugeruje, że Mossor został odwołany ze stanowiska szefa sztabu Armii „Poznań”, np. Waldemar Rezmer, Armia „Poznań” 1939, Bellona Warszawa 1992 s. 24, a z ostatnich publikacji D. Koreś w biografii płk. Pragłowskiego (s. 228), o której to książce piszę tutaj. Opierają się oni na wspomnieniach Kopańskiego i Pragłowskiego.

niedziela, 25 stycznia 2015
Sosabowski, Montgomery, Holendrzy i Polacy

Stanisław Sosabowski, Droga wiodła ugorem, okładka, recenzjaPierwszą osoba, która spotkała polskich spadochroniarzy lądujących na holenderskiej ziemi pod Arnhem, była Cora Baltussen. Wyszła im naprzeciw zapewne dlatego, że jako jedna z nielicznych w okolicy znała język angielski. Udzieliła Polakom niezbędnych informacji na temat znajdujących się w okolicy Niemców, zaopiekowała się rannymi. Tak zaczęły się dzieje pewnej szczególnej przyjaźni. Pani Cornelia Baltussen utrzymywała przyjacielskie kontakty z żołnierzami Brygady Spadochronowej także po wojnie, zorganizowała komitet Driel-Polen (Driel to miasteczko, które zajęła Brygada po wylądowaniu w Holandii). Dbała też o dobre imię polskich spadochroniarzy, zabiegała o nadanie im odznaczeń holenderskich. Mimo pozytywnego stanowiska królowej holenderskie ministerstwo obrony wciąż odmawiało nadania tych odznaczeń. Już w latach dwutysięcznych narastała w tej sprawie coraz większa presja społeczna. Po rozgrzebaniu archiwaliów okazało się, że holenderskie ministerstwo działało pod brytyjskie dyktando i wyszła na jaw jeszcze ciekawsza historia związana z mnożeniem przez Anglików zarzutów wobec gen Sosabowskiego i wobec Brygady Spadochronowej. W Polsce niestety historia zapomniana, a zdecydowanie warta pamięci.

Chodziło mianowicie o to, że Anglicy, a dokładnie gen. Browning, dowódca brytyjskiego Korpusu Spadochronowego, po bitwie pod Arnhem wystąpili z żądaniem odwołania z funkcji gen. Sosabowskiego, co zresztą się niestety stało. Najciekawsza była argumentacja: współpraca z gen. Sosabowskim bywa trudna, a poza tym pod Arnhem Polacy pod jego dowództwem unikali walki i nie udzielili Brytyjczykom stosownej pomocy. Ta ostatnia przesłanka jest po prostu podła i warto o tym jasno mówić. Sosabowski przed rozpoczęciem operacji „Market Garden” zgłaszał do niej wiele zastrzeżeń. Pod jego wpływem wprowadzone do planu modyfikacje. Przebieg wydarzeń potwierdził, że operacja miała istotne wady w planistyce, a wątpliwości gen. Sosabowskiego potwierdziły się w całej rozciągłości. Z kolei gen. Montgomery brał na siebie całą odpowiedzialność za planowanie tej operacji, ale do oczywistych błędów wcale nie miał zamiaru się przyznać. Trzeba było znaleźć kozła ofiarnego, a Sosabowski się do tego dobrze nadawał, bo można było upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu: znaleźć winnego i pozbyć się niepokornego generała. Jego niepokorność polegała na stałej walce o właściwe zabezpieczenie polskich interesów, co w Londynie Sikorskiego bynajmniej nie było tak powszechne, jak by się wydawało. Chodziło na przykład o status samodzielności brygady, o zapewnienie jej użycia w całości jako odrębnej jednostki (pod Arnhem było inaczej), o wykorzystanie jej w walce dopiero po zamknięciu pełnego cyklu szkoleniowego itd.

Generał Sosabowski w akcji pod ArnhemOperacja „Market Garden” się skończyła, a gen. Browning wystąpił do Sosabowskiego o wytypowanie do odznaczenie szczególnie bohaterskich polskich żołnierzy. Po kolejnych kilkunastu dniach sytuacja się zmieniła, tym razem mówiono u unikaniu walki, a nie o bohaterstwie. Stał za tym gen. Montgomery, który zamierzał siebie wybielić kosztem oczernienia polskich spadochroniarzy tak nieudolnie użytych pod Arnhem. To właśnie było z jego strony paskudne . Co więcej, Polacy wydają się o całej tej rzeczywistości zapominać. Jak się wczytać we wspomnienia Sosabowskiego, to właściwie jest to jasne, w kilku książkach też mniej lub bardziej dokładnie sprawa jest opisana, ale z szerszej świadomości historycznej Polaków sprawa została wyparta. O Montgomerym różne rzeczy się w Polsce pisze, ale o tym akcie podłości zwykle się zapomina. Moim zdaniem warto o tym mówić, postać gen. Montgomery’ego powinna być w Polsce objęta historyczną infamią, tak haniebnych zachowań nie powinno się puszczać płazem.

Inaczej niż Polacy (tak rzekomo skoncentrowani na swojej historii) Holendrzy nie zapomnieli. Do wysiłków Cory Baltussen mających na celu przywrócenie Brygadzie Spadochronowej dobrego imienia i jednocześnie wyrażenie wdzięczności jej żołnierzom a zwłaszcza jej dowódcy przyłączyli się kolejni młodzi ludzie, w tym dziennikarze. Sprawa zrobiła się w Holandii głośna (inaczej niż w Polsce). Kunktatorstwo ich Ministerstwa Obrony było coraz bardziej irytujące. W końcu udało się doprowadzić do nadania Sosabowskiemu pośmiertnie Orderu Brązowego Lwa, a sztandarowi brygady Orderu Wojskowego im. Króla Wilhelma I, najwyższego holenderskiego odznaczenia wojennego. Na uroczystości wręczenia tych odznaczeń była holenderska królowa, mnóstwo ichniejszych oficjeli, a w głównym kanale telewizji była pełna transmisja plus sporo dodatkowa materiałów filmowych o Polakach. W Polsce sprawa przeszła prawie niezauważona, a najwyższym reprezentantem władz z Warszawy był minister Janusz Krupski szef Urzędu ds. Kombatantów. Na szczęście lokalna TVP Szczecin przygotowała na ten temat film Honor generała w reż. Joanny Pieciukiewicz, dzięki czemu posiadam jakieś informacje na ten temat, którymi zresztą się właśnie dzielę.

Grób gen. Sosabowskiego na warszawskich Powązkach wojskowych

Bardzo się cieszę, że Holendrzy pamiętali i pomimo serwilistycznego stanowiska własnego Ministerstwa Obrony ostatecznie doprowadzili do odznaczenie Sosabowskiego. Haniebne zachowanie generałów Montgomery’ego i Browninga powinno być w Polsce pamiętane i ci panowie powinni być oceniani proporcjonalnie do swojej podłości. A TVP Historia podziękowania za emisję Honoru generała.

Honor generała, film w reż. Joanny Pieciukiewicz, Polska 2007.

Stanisław Sosabowski, Droga wiodła ugorem, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1990.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20
Zakładki:
10TOP tego bloga
A to mój nowy blog historyczny
Obejrzane - Film
Obejrzane - Teatr
Przeczytane
W oczekiwaniu
Zaglądam na blogi