Kategorie: Wszystkie | Film | Historia | Książki | Teatr | Wypady
RSS
piątek, 14 października 2016
Morfina Twardocha

Szczepan Twardoch, Morfina, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013, okładka, recenzjaCzasem lubię przeczytać powieść historyczną i popatrzeć, jak niezawodowi historycy patrzą na nasze dzieje. W przypadku Morfiny dochodziło jeszcze i to, że książka dotyczy bardzo rzadko eksplorowanego okresu tuż po kampanii wrześniowej, kiedy wszyscy po szoku przegranej kampanii uczą się żyć w nowej rzeczywistości. A poza tym autor ma/miał opinię prawicowego intelektualisty. Niestety chyba na wyrost.

Bohaterem książki jest Konstanty Willemann, Polak pochodzący z niemieckiej rodziny, podporucznik rezerwy 9 pułku ułanów, bonvivant, kobieciarz, a przy tym morfinista. Przypadkowo zostaje wciągnięty do konspiracji, gdzie dostaje polecenia „przekwalifikowania” się na Niemca i przyjęcia statusu folksdojcza. Polskie środowisko traktuje go jak odszczepieńca. On sam ma kłopoty z tożsamością. To fenomenalny punkt wyjścia do i do głębszych analiz psychologicznych, i do skonstruowania ciekawych sytuacji. Cóż z tego, skoro autor jedyne co ma do powiedzenia o psychologii postaci do kompulsywne powtarzanie pytania „kim jestem”. To zwyczajne ubogie intelektualnie.

Równie płytko przedstawiona jest rzeczywistość „tuż po klęsce”. W ogóle nie widać szoku, jaki był udziałem wielu ludzi. Powszechne były próby tworzenia struktur konspiracyjnych. To też umyka autorowi. Przedstawia tylko jedną. Łatwo się domyśleć, że chodzi tu o organizację „Muszkieterzy”. Problem tylko w tym, że przedstawia ją w zupełnie krzywym zwierciadle, jako grupę pretensjonalnych nieudaczników mylących kuriozalne pseudonimu liczbowe. W rzeczywistości była to super sprawna struktura wywiadowcza (co zresztą było przyczyną ich klęski – ale to zupełnie inna, długa historia).

Najbardziej jednak irytował mnie język, generalnie obsceniczny. Tutaj też posłużę się przykładem. Dość kluczowe jest dla fabuły wydarzenie, które kończy się zabiciem człowieka przez głównego bohatera, ów tak niefortunnie załatwia potrzebę fizjologiczną, że dokonuje zabójstwa będąc „obsranym”. Używam tego słowa tylko dlatego, że autor wielokrotnie i z lubością je eksploatuje. Na dodatek szczegółowa analiza tego fragmentu wskazuje, że wątek zafajdania został dopisany do podstawowej linii fabularnej. Już to samo wskazuje, w czym autor upatrywał czynników sukcesu książki, skoro właśnie takimi przypadkami inkrustował swoją opowieść.

Autor lubi popisywać się wiedzą o różnych realiach epoki. Niestety w szczegółach popełnia dość oczywiste błędy. Nie chcę go nadmiernie strofować, ale o jednej rzeczy muszę wspomnieć, bo dotyczy moich okolic. Na linii kolejowej kolejne stacje za Brwinowem w kierunku Warszawy to Pruszków i Piastów, a nie Józefów. Ten ostatni ma co prawda stacje kolejową, ale znajduje się po przeciwnej stronie Warszawy przed Otwockiem. Rozumiem, że Twardoch jako Ślązak nie musi znać topografii okolic Warszawy, nie musi się jednak również popisywać jej znajomością. Może tej zajrzeć do mapy.

Generalna ocena to 3/10, a to tak wysoka ze względu na wybór naprawdę ciekawego tematu. Powinno być 9/10 za pomysł i 0/10 za realizację.

Szczepan Twardoch, Morfina, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.

14:10, dijkstra-jg
Link Komentarze (3) »
wtorek, 04 października 2016
Skoruń Macieja Płazy i Uprawa roślin południowych metodą Miczurina Weroniki Murek

Maciej Płaza, Skoruń, WAB Warszawa 2015, recenzja, okładkaGłównie czytam literaturę faktu., zresztą po zapisach w blogu to widać. Postanowiłem nabrać orientacji, co się dzieje w polskiej prozie. Wybrałem drogę na skróty i skorzystałem z nominacji w Nagrodzie Literackiej Gdynia.  Wybrałem kilka pozycji.

Na pierwszy ogień poszedł Skoruń Macieja Płazy, który zresztą wygrał Gdynię w kategorii Proza. To ciekawa opowieść o dzieciństwie i dojrzewaniu chłopca w środowisku wiejskim. Tytułowy skoruń to leń i obibok, za którego był uważany bohater książki. Chłopiec ciężko pracuje w gospodarstwie, opinia na jego temat była zgoła niesłuszna i raczej odbijała surowość rodziców niż stan faktyczny. Już z tego można się domyślić, że konflikt z twardym ojcem i religijną matką był lejtmotywem dzieciństwa bohatera.

Skoruń jest pięknie napisany. Rodzinne gospodarstwo jest przedstawione z czułością. Na pewno nigdzie indziej nie czytałem takiego opisu sadu i pracy w nim. Akcja książki rozgrywa się nad Wisłą, zatem niezbadana rzeka, wały i powodzie stale nam towarzyszą. Wszystko to razem buduje klimat nieco tajemniczy, stopniowo poznawany przez dojrzewającego chłopca, ale ojciec do końca pozostaje niepojęty. Wiele wydarzeń ma swoje trudne do poznania korzenie w historii, zarówno tej wielkiej, jak okupacja, jak i małej, jak rodzinne spory wokół testamentu. Rozwikływanie tych zagadek stanowi jeden z podstawowych wątków książki.

W tej nieco magicznej rzeczywistości pojawia się wiele niebanalnych postaci. Jakie realia przyrodnicze i historyczne, tacy ludzie. Ciekawi, niebanalni, mający swoje tajemnice.

Powieść jest pisana w pierwszej osobie i ukazuje tak sugestywnie wiejską rzeczywistość, że nie sposób uwolnić się od przekonania, że autor naprawdę napisał prozę wspomnieniową. W jakim stopniu jednak opiera na własnych doświadczeniach, a w jakim posługuje się fikcją? Wydaje się, że i jedno, i drugie jest w niej obecne.

Wreszcie najważniejsze – książkę się po prostu dobrze czyta. Pobudza ciekawość, wciąga. Jedocześnie pokazuje świat, jakiego już chyba nie ma. A może tylko autor tak gra z czytelnikiem, celowo wytwarzając atmosferę ludowej Atlantydy, której dzisiaj na próżno szukać? Jakby nie było, książka robi wrażenie. Wcale się nie dziwię, że w Gdyni dostała nagrodę.

Weronika Murek, Uprawa roślin południowych metodą Miczurina, Czarne, Wołowiec 2015, recenzja, okładkaSięgnąłem również po zbiór opowiadań Uprawa roślin południowych metodą Miczurina. To proza całkowicie innego gatunku. Oparta o stworzenie jak najdziwaczniejszych, nieprawdopodobnych, sytuacji. Ograniczmy się tylko do wskazania, że osią pierwszego opowiadania jest jednoczesne występowanie ciała zmarłej dziewczyny i tej samej żywej osoby, która bierze normalny udział w we własnych przygotowaniach pogrzebowych. Dalej jest jeszcze oryginalniej. Życzliwi powiedzieliby, że chodzi o nieokiełznaną wyobraźnię. Dla mnie to jednak pospolite dziwaczenie, szukanie za wszelką cenę efektu zaskoczenia. Ani twórcze, ani ciekawe. Czytałem z narastającym dysgustem.

Zgodnie z najlepszym literackimi regułami: dziwacznej treści odpowiada taka sama forma. Dialogi nie mają ciągłości, akapity pozostają między sobą bez logicznego związku, postacie pojawiają znikąd i tak samo znikają. Niektórym się to podoba, skoro książka została nominowana do nagrody w Gdyni. Może takie są współczesne kryteria prozy artystycznej. Dla mnie to raczej wysilona hucpa stwarzająca tylko pozory artyzmu. Równie dobrze mógłby się pojawiać gadający czajnik, latający dywan i człowiek o trzech nogach. Tylko co w tym ciekawego i oryginalnego?

Maciej Płaza, Skoruń, WAB Warszawa 2015

Weronika Murek, Uprawa roślin południowych metodą Miczurina, Czarne, Wołowiec 2015.

Zakładki:
10TOP tego bloga
A to mój nowy blog historyczny
Obejrzane - Film
Obejrzane - Teatr
Przeczytane
W oczekiwaniu
Zaglądam na blogi