Kategorie: Wszystkie | Film | Historia | Książki | Teatr | Wypady
RSS
czwartek, 23 października 2014
Polskie minowce, polskie stocznie

Blog miał być o książkach, a chwilowo zamienił się w blog filmowy. Tym razem o książce, notka lekko spóźniona, ale dobrze oddaje, czym się aktualnie zajmuję. Lada moment zacznie się odrabianie zaległości.


Marcin Wawrzynkowski, Minowce typu Jaskółka, Wielki Leksykon Uzbrojenia Wrzesień 1939 t. 20Od długiego czasu zbieram się, aby napisać coś o serii wydawniczej Wielki Leksykon Uzbrojenia Wrzesień 1939. Przedsięwzięcie zbliża się do końca, ale lepiej późno niż wcale. Oceniam je bardzo wysoko, zebranie wokół tego pomysłu najlepszych autorów dało w efekcie prace znacznie przewyższające swoją wartością to, czego moglibyśmy oczekiwać od kolorowych zeszycików. To rewelacyjne kompendium wiedzy o polskiej armii okresu dwudziestolecia międzywojennego. Uwagi mam jedynie do strony ilustracyjnej. Publikowanie ogromnych zdjęć na cała rozkładówkę wydaje się mało uzasadnione, zwłaszcza gdy robi się z tego świętą zasadę wydawniczą, bo niekiedy nie dysponujemy zdjęciami stosownej jakości do takiego powiększenia. Natomiast kosztem tych zdjęć przydałoby się więcej tekstu, zwłaszcza, że w przypadku wielu elementów uzbrojenia przez wiele najbliższych lat nic się więcej nie napisze ponad to, co znalazło się w Leksykonie. Ale to tylko łyżka dziegciu w beczce miodu.

W przypadku minowców zafascynował mnie fakt, że były to pierwsze okręty wojenne wybudowane w Polsce. Bez licencji (jak w przypadku działek ppanc. 37 mm), bez współpracy obcych specjalistów, bez kopiowania cudzych wzorów.

Proces produkcyjny zorganizowano tak, aby zminimalizować eksport i jednocześnie poprzez zamówienia na polskim rynku stworzyć podwaliny polskiego zaplecza przemysłowego do budowy kolejnych okrętów lub statków na potrzeby cywilne. Niekiedy przekonywano polskie firmy do podjęcia zamówienia (jak w przypadku mebli stalowych), niekiedy tolerowano braki i modyfikacje już zamontowanego na okrętach sprzętu (jak w przypadku pomp elektrycznych). Przyjęto zasadę, że akceptowane są polskie oferty o ile przekraczają poziom cenowy ofert zagranicznych nie więcej niż o 10%.

Pierwsza partię (4 sztuki) budowano w trzech różnych miejscach, dwa w modlińskiej stoczni rzecznej („Czajka” i „Rybitwa”), po jednym w warsztatach portowych Marynarki Wojennej w Gdyni („Jaskółka”) i w Stoczni Gdyńskiej („Mewa”). Pierwotnie przewidziana do produkcji całego zamówienia stocznia modlińska nie miała wystarczających mocy przerobowych. Od nazw okrętów zwano je pieszczotliwie „ptaszkami”

Pomysł został zrealizowany doskonale. Projekt autorstwa inż. inż. Aleksandra Potyrały i Dominika Małeckiego był bardzo udany, a proces budowy przebiegał bez większych zakłóceń. Okręty okazały się bardzo eleganckimi, dzielnymi na morzu jednostkami, weszły do służby w końcu 1935 roku. Uzbrojone w armatę 75 mm Schneidera wz. 28, dwa ckm przeciwlotnicze 7,92 mm Maxima.

Nic dziwnego, że podjęto decyzję o wybudowaniu kolejnych dwóch jednostek („Czapla” i „Żuraw”). Tutaj jednak zaczęły się schody, bo zwodowane jednostki okazały się awaryjne. Kłopoty wystąpiły zwłaszcza z silnikami budowanymi przez PZInż. na licencji szwedzkiej. W efekcie w czasie kampanii wrześniowej były prawie nieprzydatne. Nasuwa się refleksja, że być może wysiłek włożony w uruchomienie polskiego przemysłu stoczniowego był chybiony. Od zwodowania okrętów do ich wcielenia do Marynarki Wojennej upłynął rok, strawiony na walkę z awariami silników i maszynki sterowej. Choć trzeba przyznać, że proces budowy był szybszy niż pierwszej serii. Na dodatek silniki PZInż. dostarczył z opóźnieniem. Tak jakby nie opanował produkcji, a nawet zapomniał, czego się nauczył przy produkcji pierwszych dwóch silników dla wcześniejszej partii minowców (dwa silniki dostarczyli Szwedzi w ramach umowy na zakup licencji).

W zeszycie po macoszemu potraktowano kwestię uzbrojenia. Wiadomo na przykład, że drugiej partii minowców przewidziano armatę 75 mm, autor nie zamieścił informacji, że chodziło o model Canona Mle 1928, który nie został na czas dostarczony i w efekcie zamontowano stare działo 75 mm wz. 97 (dlaczego określane jako „uniwersalne”?) na podstawie morskiej, prawdopodobnie ze starych zapasów artylerii wojsk lądowych. Ale czy w tym przypadku Wikipedii można wierzyć? Niestety autor skazał nas na domysły nie zamieszczając stosownych informacji. Co do uzbrojenia przeciwlotniczego napisał „przewidziano” zdwojone nkm 13,2 mm Hotchkissa, a jakie zamontowano i czy w ogóle? Sprawa niebanalna z racji na udział minowców w bitwie powietrzno-morskiej 1 września 1939 roku. Ponadto uwaga do redakcji: warto ujednolicić pisownię nazw okrętów – z cudzysłowem, czy bez, w różnych zeszytach jest rożnie.

Doskonale został opisany udział minowców w walkach na polskim wybrzeżu. To wielki plus.

Drobne braki nie przesłaniają bardzo pozytywnej oceny całości. Dla mnie 9/10 za owo nieszczęsne uzbrojenie i śladowe informacje o drugiej serii minowców.

Marcin Wawrzynkowski, Minowce typu Jaskółka, Wielki Leksykon Uzbrojenia Wrzesień 1939 t. 20, Edipresse Warszawa 2013.

wtorek, 21 października 2014
Bułgarska lekcja, Takie są zasady

Na projekcję trafiłem już po ogłoszeniu listy laureatów 30 Warszawskiego Festiwalu Filmowego, wiedziałem, na co idę. Lekcja zrobiła na mnie, na innych zresztą widzach również, ogromne wrażenie. Na nagrodę zdecydowanie zasłużyła.

Lekcja, reż. Kristina Grozeva, Petar Valchanov

W pewnej szkole w Bułgarii, w  jednej z klas dochodzi do kradzieży portfela. Młoda nauczycielka jest zdeterminowana, żeby znaleźć złodzieja wśród swoich uczniów. W tym samym czasie ona sama popada w poważne tarapaty finansowe z powodu niespłacanego kredytu. Przychodzi komornik, za trzy dni ma już dojść do licytacji jej rodzinnego domu. Sytuacja jest dramatyczna. W końcu kobieta decyduje się na wzięcie bierze chwilówki  w podejrzanej firmie pożyczkowej. Jak zwykle w takich sytuacjach, nie może go spłacić, jest poddawana różnym upokarzającym presjom, z propozycją usług seksualnych włącznie. W końcu decyduje się rozwiązać swój problem wykonując skok na bank. Akcja się udaje, o dziwo, ale w tym samym czasie znajduje klasowego złodzieja, którego z taką pasją szukała. Oczywiście winę mu darowuje, przy jej wyczynach -  to zgoła pikuś.

Film jest bardzo szybki. Ilość wydarzeń, zwrotów akcji, zaskoczeń jest naprawdę duża. Tempo mamy jak we thrillerze, mimo iż ostatecznie to kino społeczne z głębszą refleksją.

Kilka z tych filmowych epizodów daje do myślenia, jak np. ten z pułapką na szkolnego złodzieja poprzez pozostawienie znaczonego banknotu. Presja na demaskację zła obraca się przeciwko nauczycielce, która ma z tego powodu niemałe kłopoty w swoich sprawach finansowych. Czy warto było, warte zastanowienia. Takich kwestii jest w filmie więcej. Dla mnie stanowi o jego sile. Tempo i sprawność filmowa ma znaczenie drugorzędne.

Ważne dla mnie jest także, że nauczycielka, główna postać filmu, jest osobą uporządkowaną, o silnych tendencjach moralnych, czasem wręcz fundamentalnych, a jednocześnie wzbudza naszą sympatię, kibicujemy jej dzielności, bardzo chcemy, aby udało się wywinąć z lecącej na nią gilotyny finansowej.

To drugi na festiwalu film bułgarski, w którym detonatorem nieszczęść jest komornik licytujący dom rodzinny za niespłacony kredyt (także Dzień sądu/Judgment). To chyba jakiś szczególny problem Bułgarii, a może nawet sygnał dla jej władz.

Bardzo wysoko oceniam ten film. Połączenie kina refleksji moralnej z tempem thrillera, apetycznie zarysowana bohaterka dało bardzo dobry efekt, nie dziwię się, że wygrał kategorię debiutów, 10/10.

Takie są zasady

Ten film to całkowite przeciwieństwo Lekcji. Dzieje się mało, spokojnie, z namysłem, szczegóły mają znaczenie.

Widzimy normalną, niespiesznie żyjącą rodzinę. Właściwie archetyp rodziny. Rutynowo toczą się codzienne sprawy: budzik, śniadanie, praca, zakupy, obiad, telewizor. Każda z tych czynności pokazana jest z uwagą, z sympatią dla tych prostych ludzi, którzy sprzeczają się jak smażyć kotlety. Afirmacja spokojnego życia to w moich oczach duży plus.

Takie są zasady/Takva su pravila, reż. Ognjen Sviličić

W życie tej skromnej rodziny niespodziewanie wdziera się dramat. Jedyny syn bohaterów filmu wraca do domu pobity, ale nic nie wskazuje na poważniejsze problemy zdrowotne. Następnego dnia już nie żyje.

W tym momencie zaczyna się najciekawsza część filmu. Początkowo rodzice nie mogą uwierzyć w tę wiadomość i to w jak najbardziej dosłownym sensie. Przecież aparatura jest podłączona, niedawno mieli z nim kontakt, to niemożliwe, aby umarł. Informacja ich totalnie ogłusza. Są w szoku. Działają niby normalnie, ale w gruncie rzeczy tylko mechanicznie. Życie dla nich straciło smak. Studium tego wstrząsu jest doskonałe.

Niestety w tym momencie musiała zwyciężyć poprawność. Ojciec zmarłego chłopca odszukuje sprawcę pobicie i sam go zdrowo tłucze. Przemoc rodzi przemoc. Po raz tysięczny międli się ukochaną tezę poprawnościowców. A mógł wyjść taki oryginalny film.

Zasłużona nagroda za reżyserię. Tak celnie oddać nastroje tych zwykłych rodziców i to używając prostych środków, taki rysunek cienkim piórkiem, klasa. Za reżyserię, za ciekawy portret chorwackiej rodziny 10/10, za namolną poprawność finału obniżam do 8/10.

Lekcja, reż. Kristina Grozeva, Petar Valchanov, Bułgaria 2014, pierwsza nagroda w konkursie 1-2 WFF

Takie są zasady/Takva su pravila, reż. Ognjen Sviličić, Chorwacja 2014, nagroda za najlepszą reżyserię.

Toto i jego siostry

Na pokaz szedłem wiedząc już, że Toto zdobył pierwszą nagrodę w konkursie dokumentalnym. Nadzieje były zatem duże, bo to nie jeden z wielu anonimowych filmów, ale wyselekcjonowany zwycięzca. Po projekcji w gruncie rzeczy byłem rozczarowany.

Toto i jego siostry/Toto si surorile lui, reż. Aleksander Nanau

Film opowiada o losach rodziny, której matka została aresztowana za handel narkotykami. Pozostawiła trójkę dzieci. Ich losy są przedmiotem tego filmu. Mieszkanie szybko przemienia się w spelunkę narkomanów. Dzieci nie mają co jeść, ani gdzie robić lekcje, śpią miedzy strzykawkami. Woda jest wyłączona, wszystko razem przypomina slumsy. Jedyne oparcie znajdują w Klubie dziecka, gdzie mogą normalnie spędzić czas. Postawy dzieci się polaryzują. Najstarsza siostra wpada w narkotyki, podąża śladem matki, do więzienia włącznie. Toto i młodsza siostra chcą uwolnić się od tego toksycznego środowiska. Przenoszą się do schroniska dla dzieci, biorą udział w dodatkowych zajęciach.

Symboliczna jest ostatnia scena. Matka właśnie wyszła z więzienia, ale jej relacje z dziećmi są już zerwane. Zwraca się do Toto – Przytul się do mnie. Czy ty mnie jeszcze kochasz? Toto odpowiada – Nie.

Film tchnie prawdą o tych dzieciach, widzimy tylko ich działania, żadnego komentarza, żadnych gadających głów. Twórców filmu nie widać w kadrze, nie zadają żadnych pytań, tylko rejestrują rzeczywistość toczącą się bez ich udziału. Za tą prawdziwość, za temat zaangażowany społecznie, film dostał nagrodę. Ma jednak zasadnicze braki. Przede wszystkim jest za długi, chwilami nużący, trudno utrzymać uwagę przy powtarzających się scenach, w których niewiele się dzieje. Na pewno filmowi na dobre wyszłoby skrócenie o połowę (a trwa ponad półtorej godziny). Pytanie tylko, czy przy oczywistych brakach warsztatowych należy mu się nagroda. Moim zdaniem film o Gene Gutowskim był znacznie lepszy, ciekawszy i nie udawał, że nie ma reżysera, aby epatować prawdziwością. Dla mnie 8/10.

Toto i jego siostry/Toto si surorile lui, reż. Aleksander Nanau, dokument, Rumunia 2014.

Tagi: Rumunia
05:42, dijkstra-jg , Film
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 20 października 2014
Fałszerz genialny

Wolfgang Beltracchi był fałszerzem na niespotykaną dotąd skalę. Nie do końca wiadomo, ile obrazów sfałszował i wpuścił do obrotu aukcyjnego. W filmie wspomina, że stworzył ok. 300 obrazów, ale to nie jest tożsame z ich wprowadzeniem do sprzedaży, ani z kompletnym fałszerstwem (z nim mamy bowiem do czynienia dopiero wtedy, kiedy twórca obrazu złoży na nim cudzy podpis).

Beltracchi -̵ sztuka fałszerstwa (Beltracchi -̵ Die Kunst der Fälschung), reż. Arne Birkenstock

Wydaje się, że w czasie kręcenia filmu Beltracchi  jest w trakcie odbywania kary (o ile to tak można nazwać)  i pilnuje języka, żeby nie stworzyć sobie nowych kłopotów prawnych, stąd zapewne ezopowy język i unikanie dokładnych wypowiedzi. Jest świadom, że ciągle grozi mu odpowiedzialność. Ta niejasność jest charakterystyczna dla całego filmu. Tu chociaż jest powód, w innych przypadkach go brak, a i tak nie wiemy dokładnie, co się wydarzyło. Nie wiemy kiedy wpadł, tylko ogólnie dowiadujemy się, z jakiego powodu, nie jesteśmy pewni, czy w czasie, kiedy Beltracchi wypowiada się do kamery, „siedzi” on w więzieniu, czy już zakończył odsiadkę, nie wiemy dokładnie za co i na jaka karę został skazany, ile jego fałszywych obrazów zostało przez policję namierzonych, a ile pozostaje jeszcze w obrocie. Wydaje się, że dużo, różne półsłówka na to wskazują, co najmniej z tego powodu wiele osób powinno być tym filmem zainteresowanych.

Jedną z ciekawszych rzeczy w filmie jest dość precyzyjny pokaz sztuki fałszowania. Na oczach widza, na pchlim targu Beltracchi kupił XIX-wieczny obraz z pieczęcią firmy handlującej sztuką. Sprawdził, że płótno i blejtram były w dobrym stanie, bez śladów naprawy. Następnie zdjął całą farbę otrzymując oryginalne XIX-wieczne podobrazie. Ślady po usuniętej treści malarskiej  postanowił wykorzystać w kompozycji nowego obrazu. Właściwie z głowy naszkicował obraz znanego abstrakcjonisty z końca XIX wieku, wczuwając się w styl i charakter jego twórczości, a nie – kopiując. Mógł uchodzić za cudownie odnalezione dzieło, znane dotąd z tytułu.

Najbardziej w filmie zdumiewała mnie „lekkość bytu” zainteresowanych. Beltracchi niczego nie żałuje, jego przyjaciele wcale nie mają minorowego nastroju, historyk sztuki stara się go zrozumieć, nawet kolekcjonerzy nie bardzo się boczą, bo dom aukcyjny wyrówna im stratę z tytułu zakupu falsyfikatu, dom aukcyjny z kolei pociesza się, że odzyska cash z licytacji nieruchomości Beltracchiego. Na zdjęciu bodaj z promocji książki wszyscy są tacy szczęśliwi.

Beltracchi -̵ sztuka fałszerstwa (Beltracchi -̵ Die Kunst der Fälschung), reż. Arne Birkenstock

Nie znamy wyroku, ale wiemy, że karę wraz z żoną odbywał w trybie wolnościowym, czyli pracował normalnie w swojej pracowni malarskiej jedynie na noc wracając do więzienia.

Beltacchi wpadł na sfałszowaniu obrazu Heinricha Campendonka. Dom aukcyjny na żądanie klienta poddał go szczegółowym badaniom laboratoryjnym i wykrył, że dwie farby są pochodzenia współczesnego i nie były znane w czasie tworzenia ewentualnego oryginału. Wszyscy występujący w filmie krytycy i marszandzi zgodnie potwierdzali, że ów obraz Czerwony obraz z końmi (Rotes Bild mit Pferden) był najlepszym w twórczości Campendonka, zanim się okazało, że jest falsyfikatem. Pytanie zatem, dlaczego po ujawnieniu fałszerstwa odmawiają mu wartości estetycznych. Czy stał się gorszym, brzydszym malowidłem tylko dlatego, że namalował go ktoś inny niż się podpisał? A może chodzi tylko o snobizm znanych nazwisk?

Beltracchi -̵ sztuka fałszerstwa (Beltracchi -̵ Die Kunst der Fälschung), reż. Arne Birkenstock

Beltracchi jest genialnym malarzem, ale wygląda na to, że roztrwonił swój potencjał, zajmując się podrabianiem, a nawet poprawieniem innych. Przypomina tu pijanego Mozarta w Amadeuszu, który w przypływie dobrego humoru imituje wszystkich współczesnych mu kompozytorów, doskonale wychwytując ich specyfikę. A mógł Belracchi tworzyć dzieła własne…

Film ogląda się z przyjemnością. Wtajemniczenie w arkana fałszerskiego rzemiosła jest fascynujące, czas filmu szybko bieży, muzyka podkręca tempo. Poruszane problemy często są niejednoznaczne, warte dalszej refleksji. Szybko i ciekawie, szkoda, że powierzchownie, 8/10.

Beltracchi -̵ sztuka fałszerstwa (Beltracchi -̵ Die Kunst der Fälschung), reż. Arne Birkenstock, dokument, Niemcy 2014.

sobota, 18 października 2014
Jak Gene Gutowski uniknął Holocaustu

Bardzo ciekawa historia Witka Bardacha, znanego z przybranego w czasie okupacji nazwiska Gene (Eugeniusz) Gutowski. Pochodził on z zasymilowanej rodziny żydowskiej, choć jak sam wspominał, nie obchodził świąt żydowskich ani nigdy nie był w synagodze, ale bywał w kościele. Bardzo ciepło wspominał Lwów, jako piękne miasto, w którym bardzo dobrze się żyło.

Okupację sowiecką przetrwał malując portrety ojców rewolucji. Rodzina została ograbiona z wszelkiej własności, ale poza tym dało się przeżyć. Wejście Niemców witanych jako wyzwolicieli, szybko jednak przypomniało jego rodzinie żydowskie pochodzenie i zaczęło się piekło.

Całych wojennych losów Witka nie ma sensu opowiadać. Warto jedynie zwrócić uwagę, że swoje ocalenie zawdzięcza temu, że od pierwszych dni żył na aryjskich papierach, a ponadto zorientował się, że musi porzucić swoją rodzinę i samodzielnie próbować udawać Polaka i przetrwać niemieckie polowanie. Musiała to być decyzja dramatyczna, odciął się wszak od wszystkich, których kochał. Ukrycie się w polskim społeczeństwie ułatwiał mu dobry wygląd oraz dbałość o wzorową prezencję. Jak sam wspomina: jaki Niemiec zaczepi na ulicy elegancko ubranego, ogolonego młodzieńca, który na dodatek doskonale mówi po niemiecku. Do okupacyjnych przeżyć warto tylko dodać typowy dla wielu ukrywających się Żydów moment – kiedy w Warszawie szukała go niemiecka policja, dobrowolnie zgłosił się do pracy w organizacji Todta. Pracującego w Rydze (bo tam go wysłano) na rzecz Niemców nikt nie podejrzewał o żydowskie pochodzenie.

Mój Tata Gene Gutowski (Dancing Before The Enemy: How a teenage boy fooled the Nazis and lived), reż. Adam Bardach

Losy życia Gene Gutowskiego są przejmujące, jednak dla jakości filmu kluczowy jest sposób snucia opowieści o tych losach. Gutowski mówi o swoich przeżyciach bardzo ciekawym językiem, pozbawionym patosu, bywa dowcipny. Z przyjemnością podążamy jego wojennymi drogami i kibicujemy jego wysiłkom, że zniecierpliwieniem czekając, co przyniesie kolejna scena. Z tego zapewne powodu cieszymy się, tak jak sam bohater, że udało mu się umknąć Niemcom, ale też Sowietom, bowiem w ostatniej chwili wylądował w amerykańskiej strefie okupacyjnej. Zacieramy ręce z radości, że udało mu się dobrze ustawić pracując dla Amerykanów i zdobyć na Niemcach upragniony elegancki garnitur. Dlatego też myślę, że wszyscy widzowie oczekują na sequel z opowieścią o losach Gene Gutowskiego jako producenta filmowego, w tym filmów Polańskiego. To może być bardzo ciekawe.

Mój Tata Gene Gutowski (Dancing Before The Enemy: How a teenage boy fooled the Nazis and lived), reż. Adam Bardach

Wielkie słowa uznania dla reżysera, Adama Bardacha, syna bohatera tej opowieści. Skonstruowanie filmu, który jest zajmujący, wciągający, a jednocześnie wzruszający nie jest sztuką łatwą, jak widać po innych filmach sekcji dokumentalnej festiwalu. Szczególne uznanie za doskonałe materiały ilustrujące wspomnienia. Mamy mnóstwo zdjęć, zwykle unikalnych, nigdzie nie pokazywanych. To nie jest film z „gadającą głową”, która jak by nie była sympatyczna, to nie jest wystarczająca dla zrobienia przyzwoitego dokumentu.

Ciekawe są losy tego filmu. Przez lata Gene Gutowski nie wracał do swoich okupacyjnych przeżyć. Pewną przemianę spowodowała współpraca z Romanem Polańskim nad Pianistą. Gutowski napisał książkę (Od Holocaustu do Hollywood, Wydawnictwo Literackie 2004), a jego syn, na potrzeby upamiętnienia dla rodziny losów ojca, nagrał z nim cykl wywiadów. Wtedy też odbył z ojcem podróż do Warszawy, gdzie się ukrywał i do Bełżca, gdzie zgładzono jego rodzinę. Materiały przeleżały osiem lat, zanim Adam Bardach dojrzał do zrobienia filmu na podstawie tych wywiadów. Być może ta okoliczność tłumaczy bodaj jedyną wadę filmu: kamera i główny bohater odwiedzili bardzo mało miejsc związanych z jego wojennymi przeżyciami.

Moja ocena to 10/10, za wszystko: ciekawa, wzruszająca, wciągająca opowieść, doskonale zrealizowana i zilustrowana. Mój faworyt do nagrody w konkursie filmów dokumentalnych. Trzeba koniecznie ten film zobaczyć, bo zapewne pojawi się w Polsce, skoro jesteśmy jego współproducentami.

Mój Tata Gene Gutowski (Dancing Before The Enemy: How a teenage boy fooled the Nazis and lived), reż. Adam Bardach, Polska, USA 2014

Gottland

Książkę Mariusza Szczygła czytałem ładnych parę lat temu z wielkim zainteresowaniem i oceniałem ja bardzo dobrze. Autor, znany z roli chłopka-roztropka w pierwszym polskim talk-show zaprezentował się tutaj jako bystry dziennikarz podejmujący ciekawe problemy z najnowszej historii Czech. Szczególnie był dla mnie ciekawy reportaż historyczny o ogromnej firmie Bata, zorganizowanej jak totalitarne państewko.

Gottland

Na podstawie Gottlandu Czesi zrobili cykl filmów dokumentalnych składających się razem na jeden pełnometrażowy dokument Gottland. To samo w sobie bardzo ciekawe: Czesi byli tak poruszeni tekstami Szczygła, że sami postanowili odnieść się do poruszanych w nich tematów.

W mojej ocenie była to próba średnio udana.

W praktyce jedyną dobrą etiudą dokumentalną jest ta poświęcona Zdenkovi Adamcovi, który w 2003 roku dokonał aktu samospalenia w tym samym miejscu, gdzie w czasach komunistycznych zrobił to Jan Palach. Już ten fakt daje do myślenia.  Zdenek był nieprzystosowany społecznie, był ofiarą niezrozumienia i prześladowania przez współuczniów. Wdał się w przedsięwzięcia antyglobalistyczne, na jego stronnie udzielano porad, jak skonstruować bombę. Namierzony przez policję w końcu spektakularnie targnął się na swoje życie. Jednocześnie wyraźnie dokuczał mu fakt, że był grubasem (jak sam mówił) i nie miał dziewczyny. Czy jego dramatyczny protest zasługuje na uwagę? Czy coś go łączy z Palachem? Ciekawe pytania. Outsiderzy też przecież mają prawo do protestu. Im też życie może dokuczać tak, że aż strach.

Zupełnie zawiodła moje oczekiwania impresja dotycząca fabryki „Bata”. Sprowadzenie zagadnienia tylko do mechanizacji produkcji i systemu taśmowego jest zasadniczym spłyceniem problemu. W reportażu Szczygła chodziło przecież o to, że twórca firmy, Josef Bata, narzucił swoim pracownikom nie tylko specyficzne zasady rządzące produkcja, ale ingerował w to, co jedzą, jak odpoczywają, gdzie mieszkają itd. Był to swojego rodzaju totalizm, na który ludzie szukający pracy się godzili. Zresztą taka organizacja przyniosła ogromy sukces gospodarczy i stworzenie firmy działającej w wielu krajach na kilku kontynentach.

Po spektaklu miała miejsce ciekawa rozmowa z autorem. Mariusz Szczygieł zadeklarował, że po sukcesie Gottlandu ma już dość tematów czeskich. Gottland doczekał się kilku przeniesień na sceny teatralne, ale autor w nich programowo nie uczestniczył. Jak mówi, najlepszy autor, to martwy autor, czyli taki, który nie wtrąca się do prób adaptacji jego dzieła. Niech każdy odczytuje je tak, jak uważa za stosowne. Niestety autorzy filmowej wersji Gottlandu nie stanęli na wysokości zadania pogłębionego odczytania literackiego pierwowzoru, stąd jedynie 5/10. Ale zobaczyć mimo to warto, poza tym to specyficzne polonicum.

Gottland, reż.: Lukáš Kokeš, Rozálie Kohoutová, Viera Čákanyová, Petr Hátle, Klará Tasovská, Czechy 2014.

piątek, 17 października 2014
Kino chińskie

Na warszawskim festiwalu udało mi się upolować film chiński. Wybrałem się na niego z racji wcześniejszego zainteresowania chińskimi tematami. Spodziewałem się raczej egzotyki i ciekawostek obyczajowych. Tymczasem trafiłem na bardzo interesujący film.

Binguan/Trumna w górach, reż. Xin Yukun

Tłem akcji jest wioska w górach, na odludziu. Na pierwszy rzut oka fabuła jest prosta. Zostaje znalezione ciało, zwęglone w czasie pożaru suchych traw. Są kłopoty z jego identyfikacją. Ciąg wielu przypadków powoduje, że ciało jest po kolei przypisywane trzem kolejnym osobom. Ostatnia identyfikacja zwęglonych szczątków ma dla rodziny charakter pozorny, niezależny od ich faktycznych domysłów, a spowodowana jest chęcią uniknięcia kłopotów finansowych. Ostatecznie ciało zostaje niepochowane.

Równolegle z akcją o charakterze thrillera mamy kilka opowieści o sprawach rodzinnych, miłosnych, inicjacyjnych. Przenikanie się wątków jest podobne do filmów Iñárritu, zresztą do pokrewieństwa z nim chiński reżyser się przyznaje. To snucie wielu opowieści, patrzenie na te same sytuacje z rożnych stron, może nie jest formalnie odkrywcze, ale dobrze zastosowane daje bardzo interesujące efekty, jak w przypadku Trumny w górach. Widz jest zmuszony ciągle dokonywać reinterpretacji tego, co już wcześniej widział. Nowe puzzle zmieniają wizerunek układanki.

Dla widza spoza Chin to także ciekawe kino społeczne, dające obraz chińskiej wsi. Mało, bardzo mało o niej wiemy, poza tym, że biedna i pozostającą ciągle na marginesie przemian (co nie do końca zresztą jest prawdą). Film pozwala wyrobić sobie chociaż mgliste przekonanie na ten temat.

Niezależnie od wszystkich wrażeń właściwych dla widza, nachodzi mnie refleksja natury ogólniejszej. Ten film dowodzi, że dzisiejsze Chiny to nie jest już kulturalny zaścianek z tanią siłą roboczą. Ponadto, co wiem ze spotkania z reżyserem, od myśli o stworzeniu tego filmu do zakończenia jego realizacji upłynęło 12 miesięcy. Rosnąca potęga chińskiej gospodarki i łatwość znalezienia finansowania przekuwają się w sukces artystyczny. Ciekawe i warte analizy.

Film nie jest arcydziełem, łatwo dostrzec w nim uproszczenia, czy nawet potknięcia reżyserskie. Ale ma w sobie potencjał, świeżość w opowiedzeniu historii prostych ludzi z ubogiej wioski w sposób naprawdę ciekawy. Oceniam 9/10.

PS Okazało się właśnie, że Trumna w górach wygrała Konkurs Międzynarodowy, czyli główną część Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Gratuluję. Też dostrzegałem w tym filmie potencjał. Z tych kilku filmów, które oglądałem lepszy jednak był chyba estoński Na skrzyżowanie wiatrów – oryginalność, poezja, trudny temat do artystycznego przedstawienia. Jury w chińskim obrazie doceniło zapewne sposób narracji, nie tylko wielowątkowy, ale także zmieniający sposób rozumienia faktów, w zależności od tego, czyimi oczami na nie patrzymy. To zawsze jest ciekawe i wnosi coś nowego do zwykłych narracji. Na koniec jeszcze jedno zdjęcie z filmu.

PS2 Film estoński Na skrzyżowanie wiatrów/In the Crosswind otrzymał nagrodę Jury Ekumenicznego. Równie dobrze mogło być z tymi filmami odwrotnie.

Trumna w górach/Binguan, reż. Xin Yukun

Trumna w górach, reż. Xin Yukun, Chiny 2014

23:55, dijkstra-jg , Film
Link Dodaj komentarz »
Dola upadłego prezydenta, ciąg dalszy festiwalu

Akcja filmu dzieje się w bliżej nieokreślonym kraju. Jego dyktator, tytułowy prezydent zostaje obalony przez rewolucję. W przebraniu wiejskiego grajka przemierza swój kraj w towarzystwie uchodźców. Opiekuje się swoim wnukiem, z którym ucieka. Jego rozmowy z małym chłopcem zadającym podstawowe pytania są bardzo pouczające.

Prezydent, reż. Mohsen Makhmalbaf, Gruzja 2014

Dla wielu rewolucji czy innych gwałtownych przemian na szczytach władzy jednym z głównych problemów jest pytanie co zrobić z ludźmi odchodzącego reżimu, zwłaszcza z ze stojącymi na czele machiny państwowej dyktatorami, pierwszymi sekretarzami, generałami w soldateskach itd. Najlepiej ująć, osądzić, zgładzić, majątek przejąć. Z tym tylko, że strach wzbudza determinację w oporze do ostatniej kropli krwi całej ekipy upadającej władzy. Może zatem pragmatycznie zostawić złote wyjście, ale czy na pewno jakiś kraj będzie chciał ich przyjąć? Ostatecznie Honeckerowi nikt nie chciał dać azylu politycznego po upadku Związku Sowieckiego.

W końcówce jego ucieczki towarzyszą mu więźniowie polityczni z czasów jego dyktatury. Byli torturowani, są okaleczeni. W finale prezydent jest ujęty przez wściekłą ludność. Jedynym, który próbuje obronić go przed śmiercią, jest jeden z więźniów. Przekonuje oszalały tłum, że przemocy należy położyć kres. Jeśli nie zrobi się tego i prezydenta teraz się rozszarpie, to następni w kolejności będą rewolucjoniści, ci którzy go zgładzili. To ciekawe, że taka myśl pojawia się w tym filmie. Nie dlatego, że jest nowa, bo nie jest. Wartościowe jest to, że pojawia się Gruzji, kraju dramatycznych przemian, okupacji części terytorium, niezamkniętej wojny z Rosją. Jednak przynależność do cywilizacji chrześcijańskiej coś temu krajowi daje. Dla mnie 7/10.

Prezydent, reż. Mohsen Makhmalbaf, Gruzja 2014.



Tagi: gruzja
23:47, dijkstra-jg , Film
Link Dodaj komentarz »
Chagall

Mój ChagallW moim gabinecie wisi kilka reprodukcji Chagalla z okresu „niebieskiego”. Kiedy podnoszę wzrok sponad monitora widzę obraz: okno z bukietem białych róż, a za nim unoszącą się szczęśliwą pannę młodą. Skoro pojawił się na warszawskim festiwalu film o Chagallu było jasne, że muszę go zobaczyć.

Fabuła filmu koncentruje się tylko na fragmencie życia Chagalla, kiedy to w Witebsku, po rewolucji stworzył szkołę plastyczną. Marzyło mu się, że Witebsk stanie się miastem artystów. Jako wykładowcę ściągnął do swojej szkoły Kazimierza Malewicza, twórcę suprematyzmu, zresztą z pochodzenia Polaka. Film opowiada o artystycznym dialogu, kontrowersji, pomiędzy nim a Chagallem.

 

Suprematyzm to nowy kierunek, który przeciwstawiał się naśladownictwu rzeczywistości przez sztukę. Sztuka to coś więcej, jej zadaniem jest kreowanie nowego świata, zerwanie z opisywaniem rzeczywistości na rzecz jej tworzenia. W efekcie powstawała czysta abstrakcja i kompozycje geometryczne. Oczywiście rewolucja, w mniemaniu Malewicza, oznaczała również nową jakość w sztuce. Szczytowym osiągnięciem tej idei była kompozycja Białe na białym, prezentowana poniżej. Łatwo zgadnąć, że przy takiej idei malarstwo Chagalla jawiło się jako sztuka mieszczańska. Musiało to prowadzić do starcia. Według twórców filmu Malewicz w Witebsku je wygrał. W dłuższej perspektywie spór pozostaje nierozstrzygnięty, pamiętamy Chagalla, ale Malewicz zaliczany jest klasyków malarstwa abstrakcyjnego, a jego obraz Czerwony klinem w białych (obecny zresztą w filmie) był prezentowany podczas otwarcia Igrzysk w Soczi.

Kazimierz Malewicz Białe na białym

Stworzenie pełnego rozmachu filmu fabularnego, którego celem jest pokazanie artystycznej dysputy, jest godne szacunku. Tym bardziej, że film pokazuje cały rewolucyjny kontekst, w którym ta kontrowersja mogła wzrastać. Naprawdę ciekawe.

Chagall-Malewicz, na fotografii Kazimierz Malewicz w swojej pracowni

Oprócz realności fabularnej jest też w filmie czysta plastyka. Całe jego fragmenty utrzymane są w kolorystyce chagallowskiej, mamy wrażenie zanurzenia się w jego wizji artystycznej. Na mnie to działało i odbierałem te zabiegi z przyjemnością.

Do poważnych mankamentów Chagalla-Malewicza zaliczam tendencję do naśladowania kina hollywoodzkiego. Tworzenie sytuacji uproszczonych emocji wciągających widza, przechodzenie w melodramat, chwilami w musical, dążenia do finałowej kulminacji, to wszystko zabiegi raczej kina masowego niż artystycznego. Wydaje się, że zwłaszcza przy takich produkcjach lepiej szukać własnego języka filmowego, niż naśladować wzorce komercyjne.

Mimo tych zastrzeżeń film zaliczam do udanych, o interesującej fabule i ciekawej plastyczności. Za odwagę podjęcia tak wysublimowanego tematu podwyższam ocenę końcową do 9/10.

Chagall – Malewicz, reż. Alexander Mitta, Rosja 2014.

czwartek, 16 października 2014
Anioły po czesku, czyli kolejny film festiwalowy

Michal Viewegh, Aniołowie dnia powszedniegoKsiążka Viewegha Aniołowie dnia powszedniego zainteresowała mnie właśnie z powodu aniołów. Wydało mi się ciekawe, jak autor przedstawi tę rzeczywistość z innego wymiaru, jak dzisiaj odczyta kim są aniołowie, jak i czy w ogóle współcześni autorzy widzą miejsce dla metafizyki, tego czegoś, czego nie można po prosu dotknąć.

Po lekturze byłem rozczarowany. Anioły są przestawione jako dobrotliwe ofiary, które nic nie mogą, niewiele chcą, a jedyną ciekawa ich cechą jest możliwość wspomnień sprzed 500 lat. Anioł w Krakowie z Globiszem w roli głównej był dużo ciekawszy niż pomysły Viewegha. Ostatecznie brak pomysłu w tej sprawie mogę wybaczyć, bo jak się zastanowić, to trudno coś ciekawego powiedzieć o aniołach działających w naszym życiu. Natomiast zakończenie książki mnie dobiło. Okazało się, że cała fabuła, opowieści o wielu ludziach, tworzenie nowej angelologii służy tylko jednemu – powiedzieć, że Boga nie ma. Takie stwierdzenia może były oryginalne, a chociaż prowokacyjne, w wieku XIX. W wieku XXI, w kompletnie zlaicyzowanych Czechach to banał świadczący o kompletnym braku sił twórczych u autora takich „nowatorskich” teorii. Głupie, pretensjonalne, niesmaczne.

Na film zrobiony na podstawie tego dziełka jednak się wybrałem. Po pierwsze ciekawił mnie sposób pokazania aniołów, po drugie, anioły obserwowały codzienne życie wielu bohaterów, a w obrazkach obyczajowych kino czeskie potrafi być ciekawe. Niestety w filmie taka sama klapa, jak w książce.

Film Anioły dnia powszedniego

Obserwacje obyczajowe były irytujące. Właściwie wszyscy bohaterowie pokazani zostali jako osoby nieciekawe, małostkowe. Nawet najbardziej fascynująca w książce postać kobiety, której mąż właśnie zmarł na raka i która zmaga się z sensem życia, w filmie została zbanalizowana i zagrana przez mało ciekawa aktorkę. Czy fakt, że reżyserem filmu była kobieta, miał wpływ na kiepską obsadę ról żeńskich i przedstawienie kobiet jako postaci żenujących? Przecież Czesi nawet postacie śmieszne, negatywne, nawet żałosne potrafią przedstawić ze zrozumieniem, z nutką sympatii. Tutaj tej cechy wyraźnie zabrakło.

W  sprawie aniołów filmowcy nie wysilili się wcale. To zwykli ludzi, zwyczajnie się zachowujący i tak jak ludzie zazdrośni, ironiczni, małoduszni.

Zatem nie najlepsza książka przyniosła równie nienajlepszy film. Szkoda, bo temat był fascynujący i umożliwiający różne popisy. Powieść 5/10 za kilka ciekawych postaci, film 3/10, nie znalazłem w nim nic ciekawego, a kilka rzecz wręcz odpychających.

Michal Viewegh, Aniołowie dnia powszedniego, Pruszyński i S-ka, Warszawa 2009

Anioły dnia powszedniego, reż. Alice Nellis, Czechy 2014



00:56, dijkstra-jg
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Zakładki:
10TOP tego bloga
A to mój nowy blog historyczny
Obejrzane - Film
Obejrzane - Teatr
Przeczytane
W oczekiwaniu
Zaglądam na blogi