Kategorie: Wszystkie | Film | Historia | Książki | Teatr | Wypady
RSS
piątek, 28 października 2011
Bitwa warszawska, czyli o krytyce filmowej

Szedłem na ten filmy z obawami i to dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, zarówno recenzje jak i opinie moich znajomych były niepochlebne, po wtóre, troszeczkę znam losy wojny polsko-bolszewickiej 1920 i spodziewałem się, jak to w filmach, co najmniej uproszczeń i przekłamań.

Bitwa warszawska, recenzjaZaskoczenie było pełne. Realia historyczne oddane zostały bardzo dobrze, z dokładnością do szczegółów umundurowania (drobiazgi typu pojawiające się samochody pancerne wz. 1930, pomijam, bo skąd niby filmowcy mieliby wziąć oryginały, chyba musieliby zrekonstruować je od zera). Piłsudski przedstawiony bardzo realistycznie, uwarunkowania jego decyzji o wyprawie na Kijów i kontrataku znad Wieprza nie budzą najmniejszych zastrzeżeń. Kontekst OK. Nawet Hoffman uwzględnił stosunkowo świeżej daty ustalenia dotyczące polskiego radiowywiadu, który przechwytywał sowieckie depesze i łamał kolejne szyfry w nich używane. Po kilkudziesięciu latach milczenia szacunek został oddany por. Kowalewskiemu, twórcy sukcesów w tej dziedzinie. Szacunek. Pewnie warto byłoby powiedzieć jeszcze o kilku szczegółach, ale rozumiem, że wtedy powstałby kilkugodzinny dokument, a nie zwarty film fabularny.

Zupełnie nie rozumiem zarzutu mało finezyjnej opowieści o rodzącym się na ekranie związku. Po pierwsze nie był wcale tak źle opowiedziany, ale nawet jakby… Hoffman zrobił doskonały fresk historyczny, jak ktoś chce obejrzeć film o miłości to ma kolosalny wybór od Bergmana po Przeminęło z wiatrem. Zarzut, że tygrys nie umie śpiewać jak kanarek, jest zupełnie bez sensu.

Bitwa warszawska, recenzja

Myślę, że w tym przypadku ukazuje się typowa cecha polskiej krytyki filmowej. Pozując na światowość wybrzydza się bezbrzeżnie nad polską produkcją filmową, a zwłaszcza tą poruszającą tematy historyczne. A to że zaścianek, a to że bogoojczyźniane, a to że poziom artystyczny żenujący. Przypominam, jak schlastano Katyń Wajdy. Doprawdy zawstydzające, że film lepiej był przyjęty poza granicami, niż w kraju. Tymczasem we wszystkich znaczących kinematografiach (ze skrajnie skomercjalizowanym Hollywood na czele) robi się filmy historyczne o dużej dawce patriotycznej i od nich nikt nie oczekuje nowatorstwa artystycznego, tylko sprawnej akcji, dobrych kostiumów, rzetelnie odtworzonych realiów historycznych, wciągającej fabuły. Czy ktoś z polskich krytyków wcześniej wspomniane zarzuty stawiał Szeregowcowi Ryanowi, O jeden most za daleko albo Cienkiej czerwonej linii? Czy ktoś stawiał Elżbiecie zarzut angielskiej wersji bogoojczyźnianości (a było by o czym porozmawiać)? I kto tu naprawdę tkwi w polskim zakompleksionym zaścianku?

Amerykanie, Anglicy, nawet Niemcy, robią filmy o swoich chłopcach ginących za ojczyznę i to polskim krytykom nie przeszkadza, ale z jakiegoś tajemniczego powodu ukształtowała się opinia, że Polacy takich filmów nie powinni robić, bo to obciach. Nie pamiętam, kiedy powstał ostatni film o AK czy Państwie Podziemnym.[1] Uchodzi kręcić filmy o Holocauście (zgodnie z poprawnościowym mainstreamem), ale o Powstaniu Warszawskim już nie. I wcale się nie dziwię reżyserom, że nie chcą się narażać na pewny zarzut „zaściankowego patriotyzmu podlanego dydaktycznym sosem”.

Na szczęście powstało trochę spektakli teatralnych (bodaj Sceny faktu). Wildsten błyskawicznie uruchomił ich produkcję, słusznie przewidując, że czasu ma mało. Inaczej od Anglików dowiadywalibyśmy się o rotmistrzu Pileckim. Pośpiech i ograniczone budżety nie pozostały bez wpływu na jakość, ale i tak dobrze, że zrobiono cokolwiek, bo za prezesury Brauna już nic takiego na pewno się nie wytworzy.

Wracając do Bitwy warszawskiej, trzeba wspomnieć o doskonałym pomyśle zdjęć robionych w 3D. Sceny batalistyczne wyglądają w tej technice bardzo realistycznie i naprawdę są przejmujące i wkręcające. Moja żona długo po wyjściu z kina była ciągle ich uczestnikiem.

Bitwa warszawska, recenzja

Hoffmanowi udało się także udanie przejść przez pułapki kontrowersji historycznych, a dokładniej historiograficznych związanych z autorstwem planu kontrataku znad Wieprza i „cudu” w obronie Warszawy. Swoje miejsce ma ks. Skorupka, swoje miejsce ma Piłsudski, a swoje inni generałowie. Dobrze przestawiono panikę, jaka ogarnęła polską klasę polityczną spodziewającą się ostatecznej klęski. Miałbym tylko jedną uwagę, że co prawda na krótko, ale Piłsudski też tej panice uległ. I nie dowodził wtedy armią znad stawianych pasjansów. Poza tym wszystko zostało pokazane zgodnie z realiami.

Zupełnie poza głównym nurtem: z zazdrością patrzyłem, jakie luksusowe restauracje, z jakim poziom artystycznym miała Warszawa w 1920 roku. Łza się w oku kręci, a mówią, że niby cywilizacja się rozwija…

Bitwa warszawska, recenzja

Bardzo zachęcam do obejrzenia. Film robi wrażenie, nie pozostawia obojętnym. Moja ocena 9/10.



[1] Po napisaniu notki przypomniałem sobie Generała Nila, a co poza tym. Film o Powstaniu Warszawskim planowany jest od lat, ale jak nie było, tak nie ma.



sobota, 15 października 2011
Miasto Śniących Książek Waltera Moersa

Walter Moers Miasto Śniących Książek okładkaNajwiększą zaletą powieści Moersa jest stworzenie całej cywilizacji, której życie koncentruje się wokół książek. Główne zawody to pisarz, wydawca, księgarz, antykwariusz. Jakże przyjemnie współczesnym pochłaniaczom słowa pisanego czytać o takim świecie. Prawdziwa nauka to nie biologia ani fizyka tylko studia nad literaturą we wszystkich odmianach. A najlepsza ścieżka edukacyjna to opieka „ojca literackiego” nad młodym adeptem sztuki pisarskiej.

Moers wyobraźnię ma nieograniczoną, wykreował nowe kierunki literackie. Ponieważ książka to także rzecz, wymyślił żywe książki (w sensie jak najbardziej dosłownym) czy niebezpieczne książki: toksyczne (impregnowane trucizną), pułapki lub terrorystyczne, stworzone przez sektę radykalnych analfabetów zwalczających słowo pisane, po których otworzeniu następował wybuch, a w miejscu antykwariatu pozostawał lej po bombie.

Powieść Moersa to właściwie szczególna odmiana literatury fantasy. Tytułowe Miasto książek, zasiedlają przedstawiciele wszelkich znanych i nieznanych gatunków: smoki, robakiny, przeraźnice, mgławce, buchlingi itd. Główna część akcji toczy się w podziemiach zaludnianych przez najdziwniejsze stwory. Autora jednak nie niepokoiło, że jego smoki są wielkości robaków, golemy z papieru skaczą przez ogień itp.

To, co jest najsilniejsza stroną Moersa jest jednocześnie jego stroną najsłabszą. W wielu miejscach miałem wrażenie, że jego bujna wyobraźnia prowadzi wprost do wyraźnego przeszarżowania. Akcja, jak w kalejdoskopie, przenosi nieustannie z jednego miejsca w coraz dziwniejsze miejsce następne. Z niezliczonych opresji bohater niezmiennie wychodzi cało, jak smocza odmiana Jamesa Bonda. Przez pewien czas myślałem nawet, że czytam sprytnie wymyślony pastisz literatury fantasy, dla szczególnego smaku umieszczony w kontekście cywilizacji zorganizowanej wokół książek.[1] Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że mam do czynienia ze swoistym żartem literackim, skonstruowanym pod gusta czytelników: wszystko się kręci wokół tak przez nich uwielbianej literatury, a na dodatek w bardzo popularnym stylu fantasy, doprowadzonym do granic swojej pojemności.

Ostatecznie dotarło do mnie, że autor bynajmniej sobie ze mnie nie dworuje i swój zamysł traktuje nadzwyczaj serio. Miałem nieodparte wrażenie, że w sposób niezamierzony autor wytworzył jednak pastisz literatury popularnej doprowadzając podstawowe jej trendy w pobliże granic akceptowalności, a może nawet i śmieszności. Oceniam w pobliżu 6/10. Polecam tym, którzy cenią sobie przede wszystkim bujną wyobraźnię, szaloną akcję, kreowanie nowych światów. Książki stanowią u Moersa niestety tylko tło dla tych rozbuchanych pomysłów.

Walter Moers, Miasto Śniących Książek, Wydawnictwo Dolnośląskie 2006.



[1] W tym przekonaniu utwierdziło mnie Ostrzeżenie rozpoczynające powieść zawierające m.in. takie zdanie „Tylko ci, którzy dla lektury tej książki naprawdę gotowi są na tego rodzaju niebezpieczeństwa; ci, którzy chcą zaryzykować własne życie, aby stać się częścią mojej opowieści, powinni towarzyszyć mi do następnego akapitu. (…) Cokolwiek miałoby się wydarzyć – nie traćcie odwagi.” Czy może być to czymś innym, niż tylko żartem, zabawą z czytelnikiem?

23:45, dijkstra-jg , Książki
Link Komentarze (1) »
niedziela, 09 października 2011
Egzekutor. Wspomnienia Stefana Dąmbskiego

Najbardziej dziwi wrzawa wokół tej książki. Wszyscy są zaskoczeni, oburzeni, poruszeni, niektórzy do żywego dotknięci. Dlaczego?

Stefan Dąmbski Egzekutor recenzjaAutor jako nastolatek był członkiem zespołu likwidacyjnego rzeszowskiego okręgu AK. Po wykonaniu kolejnych wyroków śmierci okazało się, że stał się zawodowcem od zabijania i przychodziło mu ono coraz łatwiej. Bez przemilczeń opisuje zarówno wykonywanie kolejnych wyroków śmierci jak i swój stan ducha towarzyszący tym akcjom, dodajmy dość lekko traktując życie ludzkie.

Rwetes wokół tej książki świadczy o kompletnej utracie jakiegokolwiek związku psychologicznego i kulturowego z realiami okupacji. A im ten związek mniejszy, tym mitologia wkradająca się na jego miejsce większa. Dla mnie demoralizacja związana z wykonywaniem wyroków Państwa Podziemnego jest oczywista, tak samo jak była oczywista dla ówczesnych dowódców AK. W Warszawie kierowane tą świadomością dowództwo AK do akcji likwidacyjnych i bieżącej dywersji starało się wykorzystywać harcerzy z Szarych Szeregów słusznie domniemując, że ich podatność na wykrzywienia psychologiczne związane z tą robotą będzie najmniejsza. Świadomi tych zagrożeń byli również dowódcy zgrupowań partyzanckich, którzy bezwzględnie zwalczali akty samowoli w likwidacji prawdziwych czy domniemanych zdrajców i wszelkie inne przejawy zachowań o charakterze kryminalnym.

Stefan Dąmbski, Egzekutor, fot. powojennaDla dokonania pełnej oceny książki dodajmy też, że różne wynurzenia Dąmbskiego nie zawsze są wiarygodne – wynika to z zamieszczonych w książce polemicznych uwag świadków wydarzeń, wskazujących na wyraźne nadeksponowanie roli autora w różnych akcjach. Dokładna lektura tych wspomnień również pozwala dostrzec zrozumiałe zjawisko psychologiczne – tak byłem zimny drań, bo takie miałem życie; dzisiaj jest mi z tego powodu przykro, ale byłem w swojej robocie najlepszy. Różne opisy zostały z tego powodu wyostrzone. Cóż można bowiem sądzić o takim cytacie: Strzelałem do ludzi jak do tarczy na ćwiczeniach. Lubiłem patrzeć na przerażone twarze przed likwidacją. Lubiłem patrzeć na krew tryskająca z rozwalonej głowy.

Dobrze, że te wspomnienia się ukazały, bo pokazują, że wojna, obok czynów bohaterskich, niesie za sobą również wykoślawienie charakterów i to na skalę dużo powszechniejszą, niż się to nie -  historykom zwykle wydaje. I nie była to żadna polska specyfika – ci wszyscy którzy doświadczyli ciemnych stron okupacji, partyzantki, ale też i bezwzględnej walki na froncie (zwłaszcza wschodnim) nie wychodzili z tego doświadczenia nieskalani. Życie ludzkie ważyło po wojnie znacznie mniej niż w normalnych czasach, łatwość użycia broni też robiła swoje, zwłaszcza, że łatwo było do tego dorobić jakąś ideologię. Celowali w tym zwłaszcza komuniści i ich poputczycy, co widać wyraźnie na przykładzie prawdziwej historii rabunkowej stanowiącej podstawę Popiołu i diamentu.[1]

Powyższe uwagi poddaję pod rozwagę protagonistom Grossa, bo nie tylko Żydzi ponosili skutki tej demoralizacji i nie tylko żydowskie prochy były przedmiotem grabieży. Ludność wiejska była systematycznie łupiona przez bandy podszywające się pod zbrojne podziemie, a spory sąsiedzkie były często rozstrzygane przy pomocy obżyna, który każdy trzymał „w razie co”.

Wspomnienia Dąmbskiego są lekturą bardzo cenną i pouczającą. Pokazują walkę Państwa Podziemnego od mniej chwalebnej strony, ale chyba prawdziwszej niż utarte stereotypy. Dobrze by jednak było, żeby nie stały się przyczynkiem do odbrązawiania historii, ale do uświadomienia sobie, że w życiu za wszystko płacimy jakąś cenę…

Stefan Dąmbski, Egzekutor, Ośrodek Karta 2010.



[1] Krzysztof Kąkolewski, Diament odnaleziony w popiele, Warszawa 2007.



Zakładki:
10TOP tego bloga
A to mój nowy blog historyczny
Obejrzane - Film
Obejrzane - Teatr
Przeczytane
W oczekiwaniu
Zaglądam na blogi