Kategorie: Wszystkie | Film | Historia | Książki | Teatr | Wypady
RSS
środa, 26 sierpnia 2015
Rosyjski sztylet

Andrzej Kowalski, Rosyjski sztylet. Działalność wywiadu nielegalnego, LTW Łomianki 2013, okładkaPisanie o przedmiocie tej książki nastręcza trudność, bo trzeba wyjaśnić, co to takiego jest wywiad nielegalny. Nie jest to wcale banalne, bo w pewnym sensie, każdy wywiad na terenie cudzego państwa jest nielegalny. Tym niemniej oficerowie, którzy pełnią funkcje rezydentów, działają o tyle legalnie, że występują jako dyplomaci, nie udają obywateli państwa, które szpiegują; w zamian za to mają immunitet dyplomatyczny. Werbują oni agentów, którzy w przypadku wpadki odpowiadają przed sądem i oni rzeczywiście działają w konflikcie z prawem. Ale nie o nich w tej książce chodzi.

Nielegałami w języku służb nazywa się specjalnie wyszkolonych oficerów, którzy pod przybraną tożsamością prowadzą działalność na terenie innego kraju. To bardzo, bardzo wymagająca służba. Proszę sobie wyobrazić, że ktoś po kilkuletnim szkoleniu decyduje się na dwudziesto- trzydziestoletni pobyt w obcym kraju pod przybraną tożsamością, idealnie wtapiając się w społeczeństwo aktualnie zamieszkiwanego państwa. Do tego ponosi niemałe ryzyko ujawnienia, zagrożonego bezwzględnie więzieniem, bo w ich przypadku nie ma przecież mowy o immunitecie.

W jakim celu używa się nielegałów? Do prowadzenia szczególnie ważnych agentów, których mógłby zdekonspirować kontakt z normalnymi rezydentami służb, poddawanymi przecież kontroli i inwigilacji. Po drugie utrzymuje się ich jako „śpiochów”, którzy są przygotowani do przejęcie kontaktów z agenturą w przypadku wojny, kiedy znikają oficjalni rezydenci. Po trzecie wreszcie, przygotowywani są do działalności dywersyjnej na zapleczu wroga w przypadku konfliktu zbrojnego. Wtedy, poza rozpoznaniem kluczowych obiektów, ich działalność ograniczona jest do minimum. Jak widać z tego zestawienia, nielegałowie są bodaj najgroźniejszą grupą w obszarze służb specjalnych, a ich obecność świadczy o fundamentalnym zainteresowaniu danym krajem i to bynajmniej nie w celach pokojowej infiltracji wywiadowczej. Dodajmy do tego, że szkolenie, uplasowanie i utrzymywanie tej grupy agentów jest potwornie kosztowne i związane z kolosalnym wysiłkiem służb.

No i bodaj najważniejsza informacja – nielegałami posługuje się tylko Rosja, a wcześniej oczywiście Związek Sowiecki. Państwa demokratyczne nie narażają swoich oficerów na takie ryzyko i nie stawiają przed nimi wymagania pozostawania w służbie na terenie obcego państwa przez kilkadziesiąt lat i to pod obcą tożsamością.

Autor w swojej pracy przedstawił zarówno analizę metod pracy nielegałów jak i historię operacji o nich opartych. Ku sporemu zaskoczeniu okazuje się, że wraz z końcem zimnej wojny ta historia nie uległa zakończeniu. W czerwcu 2010 roku aresztowano 10 nielegałów w Stanach Zjednoczonych a jedenastego na Cyprze. Opinia publiczna była zszokowana zakresem penetracji społeczeństwa amerykańskiego przez rosyjskie służby specjalne i to z wykorzystaniem tak zaawansowanej i ryzykownej metody, jaką jest posługiwanie się oficerami pod cudzą tożsamością. Dodajmy do tego kilku takich agentów aresztowanych wcześniej na terenie Kanady.

Do ciekawostek należy pewna historia z Izraela. Tam mianowicie w 1983 roku Szin Bet aresztowało w Marcusa Awrama Klinberga agenta, (być może nielegała), który systematycznie od blisko trzydziestu lat informował Związek Sowiecki o izraelskich badaniach w zakresie broni biologicznej i chemicznej. A wiedzę miał z pierwszej ręki, bo pracował jako naukowiec w ośrodku Nes-Cyjon (Cud Syjonu), stanowiącym centrum takich badań w Izraelu. Do ciekawostek należy fakt, że urodził się w Warszawie, w Polsce skończył szkołę i rozpoczął studia medyczne. Po 1939 związał się jednak ze Związkiem Sowieckim. Aż do śmierci.

Autor książki, Andrzej Kowalski jest pułkownikiem polskiego kontrwywiadu, byłym dowódcą Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Przez piętnaście lat był w służbie kontrwywiadowczej. To bardzo dobrze, że doświadczony oficer publicznie dzieli się swoją wiedzą. Nie żeruje na sensacyjnych tematach, ale pisząc ściśle merytoryczne opracowanie buduje w społeczeństwie wiedzę o realnych zagrożeniach. W analizach zamieszczonych w książce czuć specjalistę od kontrwywiadu, który od razu, niejako odruchowo, wychwytuje podstawowe prawidłowości, sposoby działania, a zwłaszcza przechwytywania tożsamości i budowania legendy tworzącej życiorys oficera pod przybraną tożsamością.

Po doskonałej książce o nielegałach aż prosi się, żeby tak kompetentny autor zajął się jeszcze bardziej skomplikowanym ale i ciekawszym tematem, jakim są agenci wpływu. Patrząc tylko na doświadczenia z Polski, jestem pewien, że temat jest gorący i zarówno służbom jak i opinii publicznej przydałaby się kompetentna analiza tego tematu.

Z osiągnięć pułkownika Kowalskiego, jako autora ciekawej książki jestem jako czytelnik bardzo zadowolony, ale muszę przyznać, że nurtuje mnie pytanie, jak to się dzieje, że oficer o tym stopniu kompetencji, względnie młody (chyba nie przekroczył pięćdziesiątki) znajduje się poza polskimi służbami? Jak by powiedział Kisiel „a jak myślisz koteczku?”

Na koniec jeszcze refleksja doraźna. Ilu takich agentów znajduje się Polsce? Ilu mamy śpiochów budzonych tylko wtedy, kiedy Rosja ma jakieś strategiczne interesy? A ilu obudzono dla propagandowego wsparcia Rosji po agresji na Ukrainę? Powiedzmy sobie szczerze, polskie służby nie mają w tym zakresie wielkich  osiągnięć, a najbardziej do tego powołane Wojskowe Służby Informacyjne nie miały żadnych, natomiast same były infiltrowane przez agenturę ze wschodu, zresztą wykrytą przez służby cywilne. Nie ma się zatem czemu dziwić, że z Polski nie mamy żadnych danych dotyczących czasów ostatnich. Sam jednak fakt zainteresowania się pułkownika Kowalskiego akurat tym problemem świadczy, że mamy o czym myśleć i czego się obawiać.

W sposób dowodny Polska znalazła się w zakresie działań nielegałów przy okazji operacji „Progress”. Zaczęła się ona w 1968 roku w Czechosłowacji. Władze Związku Sowieckiego były tak zaniepokojone sytuacja w tym kraju, że nasłały na niego całe tabuny oficerów operujących pod tożsamością obywateli państw zachodnich. Jak ważna była to dla nich kwestia, niech świadczy fakt, że wykorzystali do tego już „zalegendowanych” na Zachodzie ludzi, zwiększając w ten sposób ryzyko ich ujawnienia. Ten sam mechanizm został zastosowany w Polsce podczas karnawału „Solidarności”. Wiemy o kilku sowieckich tajniakach występujących pod personaliami obywateli zachodnich, którzy prowadzili wtedy w Polsce działalność rozpoznawczą. Ta metodyka jest w każdej chwili gotowa do powtórzenia.

Jak z powyższych uwag widać książkę oceniam bardzo wysoko, 10/10 i zaliczam do sił sensu za postawienie meritum ponad sensacyjność. Szkoda tylko, że wydawnictwo nie dołożyło swojej cegiełki do jakości książki i wydało ją bez opracowania redakcyjnego, ale lektura i tak jest interesująca, choć miejscami chropawa.

Andrzej Kowalski, Rosyjski sztylet. Działalność wywiadu nielegalnego, LTW Łomianki 2013.

niedziela, 16 sierpnia 2015
Wakacyjne teatry

Po zejściu z wysokich Tatr jeden nocleg spędziliśmy w Zakopanem i tak się szczęśliwie złożyło, że udało nam się nabyć bilety do teatru im. Witkiewicza. Trafiliśmy na sztukę autorstwa patrona teatru pod tytułem Metafizyka dwugłowego cielęcia. To bardzo rzadko grana sztuka, która na dodatek od początku (napisana była w 1921 roku)  nie miała szczęścia – Witkacy sam przygotowywał jej premierę w zakopiańskim Teatrze Formistycznym w 1927 roku, ale na skutek nieporozumień i kradzieży pieniędzy przez kasjera teatr przestał istnieć, podobnie 10 lat później nie udało się doprowadzić do premiery w Towarzystwie Teatru Niezależnego, który także został rozwiązany. Teraz na 30-lecie zakopiańskiego teatru i na 130-lecie urodzin Witkacego do premiery wreszcie doszło.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Metafizyka dwugłowego cielęcia, reż. Andrzej Dziuk, Teatr im. St. I. Witkiewicza Zakopane

Metafizyka dwugłowego cielęcia to w istocie Bildungsdrama, sztuka o dojrzewaniu i odkrywaniu swojej tożsamości. Oczywiście u Witkacego nic nie jest klasyczne – główny bohater, Karmazyniello, nie osiąga żadnego podwyższonego stopnia samoświadomości. On walczy z próbami narzucenia mu nie tylko modelu życia, ale wręcz modelu osobowości, jak mówi jego ojczym prof. Mikulini „będziesz żył tak, jak ja chcę”, ale z kontekstu jasno wynika, że bardziej chodzi o to, że „będziesz tym, kim ja chcę”. Osią dramatu jest konflikt lub może rywalizacja rodziców z księciem Ludwikiem Parvisem, który proponuje młodzieńcowi inną drogę rozwoju i „stworzenie wolnej, niezależnej od niczego siły”, a więc drogę autokreacji, z tym, że opartej raczej o ciało niż o ducha. Swojemu załamanemu podopiecznemu, mającemu myśli samobójcze, Parvis podsuwa swoją siostrę Mirabellę. Karmazyniello zakochuje się w niej, bo odnajduje w ukochanej portret swojej młodej matki. Nieoczekiwanie musi o Mirabellę rywalizować ze swoim ojcem, właściwie z tego samego powodu, bo ów również odkrywa w Mirabelli swoją żonę sprzed lat. Ta rywalizacja ojciec-syn o żonę-matkę przypomina Kurkę wodną, gdzie rysuje się podobny konflikt. No i trzeba dodać, że wszystko rozgrywa się na wyspach Polinezji i w Australii, co z kolei jest pokłosiem wypadu młodego Witkiewicza w tamte rejony świata wraz z mistrzem Bronisławem Malinowskim.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Metafizyka dwugłowego cielęcia, reż. Andrzej Dziuk, Teatr im. St. I. Witkiewicza Zakopane

Po obejrzeniu tego spektaklu miałem klasyczne uczucia ambiwalentne. Poszczególne sceny były rozegrane wzorowo. Dekoracje, kostiumy, gra aktorów czy dramaturgia były w wielu momentach po prostu doskonałe – odwoływały się zarówno do najlepszych osiągnięć zakopiańskiego teatru, ale miały też w sobie coś ze specyficznego ducha witkiewiczowskiego. Z drugiej strony całość była jakaś miałka, nie do końca spójna, a chwilami ocierała się o kicz, bowiem wybitne wizualnie sceny były nośnikami banalnych treści, jakby pisanych przez siedmiolatka. Parokrotnie miałem też wrażenie kompletnej nieciągłości akcji. W przenośni można powiedzieć, że poszczególne koraliki były piękne, niektóre przypominały perły, ale nie tworzyły jednolitego łańcucha. Myślę, że w tle tych ułomności był nienajlepszy tekst Witkacego, który nieprzypadkowo był tak rzadko wystawiany.

Streszczenie głównych wątków sztuki, jakie powyżej zostało dokonane, ma charakter uporządkowanego przedstawienia zagadnień, które w sztuce pojawiały się w sposób chaotyczny, nie tworząc bynajmniej konsekwentnych, ciekawie zarysowanych całości.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Metafizyka dwugłowego cielęcia, reż. Andrzej Dziuk, Teatr im. St. I. Witkiewicza Zakopane

Podsumowując: Metafizyka dwugłowego cielęcia jest na pewno spektaklem wartym zobaczenia, który w wielu momentach dostarczy niebanalnych wrażeń, ale od całokształtu za dużo bym nie oczekiwał. Biorąc powyższe pod uwagę, jednej oceny wystawić nie sposób.

Idąc dalej – w czasie wypadu do Trójmiasta udało się odwiedzić Teatr Wybrzeże i zobaczyć Czarownice z Salem. O fabule nie będę pisał, bo sztuka jest dobrze znana z filmu i teatru telewizji. Powiem tylko tyle, że w mojej świadomości (a myślę, że i powszechnej także) funkcjonuje trochę inaczej niż została rzeczywiście napisana. U Millera nie chodzi o motywowane religijnie polowanie na czarownice, ale o psychologię poszczególnych postaci z uwypukleniem faktu, że całą sprawę sądową sprowokowały dziewczęta kłamiąc i fałszywie oskarżając swoje koleżanki. Dołączył do nich lokalny pastor też przecież nie z powodów religijnych, ale z chęci odbudowania swojej nadwyrężonej pozycji w lokalnej społeczności, zresztą chęci wyraźnie powodowanej materialną zachłannością. Przyjezdny pastor, ekspert od opętania, który jako jedyny kierował się przesłankami wynikającymi z wiary, po początkowym zainteresowaniu, wycofał się z procesu, bo pojął, jak dziwacznymi motywacjami kierują się oskarżycielki.

Artur Miller, Czarownice z Salem, reż. Adam Nalepa, Teatr Wybrzeże w Gdańsku

Spektakl odebrałem jako doskonały; z jednej strony oryginalny dramaturgicznie, ale z drugiej wierny tekstowi autora (co coraz rzadsze w „nowym” teatrze). Bardzo ciekawy, impresyjny, dający do myślenia. Główne wątki narracyjne zostały przedstawione w sposób uwypuklający ich głębię. Mamy kolejne postacie, które kierując się niskimi pobudkami nakręcają zbiorowe szaleństwo, mamy jednostki próbujące walczyć o prawdę, mamy dramatyczną walkę o wierność samemu sobie, mamy wreszcie owładnięte zbiorowym szaleństwem pannice oskarżające kolejnych ludzi o uleganie siłom nieczystym. Każdy z tych wątków wart jest osobnego przemyślenie i przynajmniej mnie spektakl do takiego przemyślenia skłaniał.

Czarownice z Salem wystawione zostały przez Adama Nalepę w taki sposób, że mogą się dziać w każdym czasie – zarówno dzisiaj, jak i w XVIII wieku, którego akcja sztuki dotyczy. To duży plus. Łatwiej się konfrontować z problemami i widzieć je w dzisiejszej plastyczności.

Artur Miller, Czarownice z Salem, reż. Adam Nalepa, Teatr Wybrzeże w Gdańsku

Na jeden wątek scenograficzny muszę nawet w pobieżnej recenzji zwrócić uwagę. Na scenie znajduje się prawdziwe, grząskie, wilgotne błoto. Zostawia ślady, potrafi ubrudzić, umożliwia innym ubrudzenie kogokolwiek. To bardzo celna metafora, a tym ciekawsza, że nigdy czegoś takiego na scenie nie widziałem.

Warto też wspomnieć o doskonałej grze aktorów, z wyrównanego zespołu trudno kogokolwiek wyróżniać, ale aktorzy dostosowali się do wysokiego poziomu reżyserii. Generalna ocena sztuki 10/10 i zaliczam do sił sensu za wzorcowe połączenie wierności wobec tekstu z oryginalną dramaturgią.

Na koniec jeszcze muszę wspomnieć o przedstawieniu Piosenka jest dobra na wszystko, Teatru Miejskiego w Gdyni wystawianego na Scenie Letniej, czyli na plaży w Gdyni Orłowie. Stanowi je montaż piosenek ze wcześniejszych przedstawień gdyńskiego teatru wzbogaconych o takie przeboje jak "S.O.S.", "Rodzina", "Ja się boję sama spać", "Tango Anawa", "Świecie nasz" czy tytułowa "Piosenka jest dobra na wszystko".

Piosenka jest dobra na wszystko, Teatr Miejski w Gdyni im. Gombrowicza, Scena Letnia na plaży w Gdyni Orłowie

To oczywiście inna waga niż sztuki wcześniej przedstawiane, ale zdecydowanie warte zauważenia, że względu na jakość aranżacyjną tych piosenek. Wiele z nich została zaśpiewanych i „zagranych” w sposób absolutnie nowatorski i oryginalny. Na dodatek całość miała bardzo bezpretensjonalny charakter. Aktorzy bawili się w czasie spektaklu równie dobrze jak widownia, co powodowało, że czas wszystkim upłynął w luźnej, przyjemnej atmosferze wzbogaconej o zaskakujące doznania artystycznego powodowane ciekawym, niebanalnym sposobem wykonania znanych piosenek. Duży plus dla całego zespołu wykonawczego. Trzeba umieć znaleźć się w repertuarze poważnym z wysokiej półki, ale bodaj czy nie trudniej jest odnaleźć się w sztuce lekkiej, ale smakowicie zagranej.

Piosenka jest dobra na wszystko, Teatr Miejski w Gdyni im. Gombrowicza, Scena Letnia na plaży w Gdyni Orłowie

Osobna uwaga należy się samej Scenie Letniej na plaży w Orłowie. Szum morza, zapadający powoli zmrok, plaża, niebo, morze i  statki na horyzoncie – to niebywała wręcz sceneria. Zawsze, kiedy mogę, odwiedzam to miejsce. Klimat jest niepowtarzalny. Na dodatek nieoczekiwane wydarzenia atmosferyczne są dodatkowym reżyserem spektaklu. W moim przypadku, była to krótka, intensywna, letnia ulewa. Widzowie mieli parasole, aktorzy nie, zachowywali się jednak, jak gdyby nigdy nic. Uznanie.

W czasie wakacji w Trójmieście zdecydowanie polecam, 9/10.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Metafizyka dwugłowego cielęcia, reż. Andrzej Dziuk, Teatr im. St. I. Witkiewicza Zakopane.

Artur Miller, Czarownice z Salem, reż. Adam Nalepa, Teatr Wybrzeże w Gdańsku.

Piosenka jest dobra na wszystko, Teatr Miejski w Gdyni im. Gombrowicza, Scena Letnia na plaży w Gdyni Orłowie.

01:36, dijkstra-jg , Teatr
Link Komentarze (5) »
Zakładki:
10TOP tego bloga
A to mój nowy blog historyczny
Obejrzane - Film
Obejrzane - Teatr
Przeczytane
W oczekiwaniu
Zaglądam na blogi