Kategorie: Wszystkie | Film | Historia | Książki | Teatr | Wypady
RSS
poniedziałek, 26 sierpnia 2013
Erika Steinbach, who is who

Z dużym opóźnieniem dotarł do moich rąk, szczegółowy artykuł dotyczący okoliczności pobytu rodziców Eriki w Rumii i jej narodzin, co jest szczególnie interesujące w kontekście jej statusu „wypędzonej”.

Przechodząc do istoty rzeczy. Ojciec Eriki, feldfebel, czyli sierżant, Wilhelm Karl Hermann trafił do Rumii, miejscowości znajdującej się w bezpośrednim sąsiedztwie Gdyni, w 1941 roku. Pracował w obsłudze lotniska, pochodził z Hanau koło Frankfurtu nad Menem. W Rumii poślubił swoja narzeczoną, Erikę Grote, która przyjechała tu za swoim ukochanym z Berlina, a urodziła się w Bremie.

Erika Hermann (po mężu Steinbach) urodziła się w Rumii 25 lipca 1943 roku.

W tym miejscu warto przypomnieć, że przed 1 września 1939 Rumia wchodziła w skład Państwa Polskiego i była bujnie rozwijającą się osadą stanowiącą naturalnie zaplecze dla rozbudowującej się Gdyni. Po wejściu wojsk niemieckich do Rumii rozpoczęły się masowe rozstrzeliwania Polaków. Kogo nie zamordowano, wywożono do Stutthofu lub wysiedlano do Generalnej Guberni. Czarna kartę miał również w tej okolicy Wehrmacht, którego żołnierze rozstrzelali 21 jeńców wojennych pochodzących z Wejherowskiej Kompanii Ochotniczej.

Erica SteinbachW tej właśnie podbitej miejscowości, na krwi rozstrzelanych, w domach wysiedlonych, Erica Steinbach znalazła swój Heimat, z którego została wypędzona, cudem unikając tragedii „Wilhelma Gustloffa”, na którego pokład rzekomo rodzinie nie udało się dostać. Okazało się to kompletna mistyfikacją, bowiem matka Eriki, przeczuwając co się będzie działo, już w styczniu 1945 r. wyjechała wraz córeczką do Hanau, do rodziny męża, podczas gdy ewakuacja uciekinierów przez „Wilhelma Gustloffa” miała miejsce w marcu 1945 r., czyli w dwa miesiące później.

Reasumując: Erika Steinbach urodziła na terenach podbitych, włączonych do Rzeszy w wyniku napaści na Polskę w 1939 r. Jej ojciec służył w wojskach okupacyjnych. Jej rodzice nie mieli nic wspólnego z rzekomym Heimatem Eriki, bowiem pochodzili z rdzennych terenów niemieckich oddalonych o setki kilometrów od Gdyni. Nikt jej nie wypędził, bo matka przewidując klęskę wojsk niemieckich wcześniej wyjechała powracając w rodzinne strony. Powoływanie się Steinbach, że pochodzi z rodziny Luftwaffenoffizier jest nieprawdziwe, bo pochodziła z rodziny prostego podoficera służb pomocniczych, podobnie nieprawdziwe jak budowanie mitologii cudownego uniknięcia losu pasażerów „Wilhelma Gustloffa”.

Najbardziej jednak oburza prawne zakwalifikowanie Eriki Steinbach do grona wypędzonych. W ten sposób dziecko Rudolfa Hoesa urodzone w Auschwitz, w czasie gdy był jego komendantem, mogłoby mieć status wypędzonego, podobnie jak dziecko gestapowca z Warszawy (ciekawe ilu ma taki status, prawo niemieckie jest jak widać bardzo pojemne). Zresztą rodzinom gestapowców z Warszawy wcale bym się nie dziwił: spokojne życie w dzielnicy zamkniętej, żywności z rekwizycji w bród, można utrzymać cała familię w Reichu, zawsze można zażądać dodatkowej polskie służącej lub postrzelać sobie do Żydów. I nagle, z tego miłego miejsca, ktoś brutalnie ich wypędza, kończąc dolce far niente. To doprawdy bezczelność i wymagać powinna zadośćuczynienia, najlepiej finansowego i wypłaconego przez Polaków, bo rząd niemiecki już swoje zrobił.

Budowanie przez Ericę Steinbach mitologii, że Pomorze Gdańskie, w niemieckiej terminologii Westpreussen (Prusy Zachodnie), to jej Heimat, podobnie jak wielu innych Niemców, jest historyczna niegodziwością, zwłaszcza oburzającą, kiedy dotyczy to ludności napływowej lub rodzin wojsk okupacyjnych.

Podobnie oburza, że Steinbach w ogóle ma status „wypędzonej” i po licznych publikacjach w Polsce, nikt nie zamierza tego statusu zweryfikować. Albo niemieckie prawo jest w tej materii kompletnie koślawe, albo jego stosowanie odbywa się według kryteriów poprawnościowych. Tak czy inaczej, bezczelność jest tutaj oczywista i pokazuje z jaką protekcjonalnością Niemcy prowadzą swoją politykę wobec Polski. Dla równowagi dodajmy, że Polacy w Niemczech nie mają statusu mniejszości narodowej.

Polacy często narzekają na jakość demokracji w naszym kraju. Niemcy są często stawiane za przykład państwo prawa, porządku, sprawnej gospodarki. Czy nie przedwcześnie? Czy akurat w stosunku do Niemców powinniśmy odczuwać jakieś kompleksy? Po akcji Steinbach nie musimy się wstydzić Leppera w polskim rządzie, ani Palikota w opozycji. Standard. U innych jest jeszcze gorzej, można dowolnie kłamać o własnej przeszłości i nie powoduje to żadnych skutków.

Jedna rzecz jest natomiast pewna – powinniśmy się uczyć od Niemców, jak prowadzić politykę historyczną.

Przy okazji warto zwrócić uwagę na kwestie świadomości wśród „wypędzonych”. Na ciekawy trop w tej sprawie naprowadził mnie Marlow recenzując książkę Marii Podlasek o wypędzeniu Niemców. Autorka zwraca w niej uwagę, na niezrozumienie przyczyn wypędzenia, bowiem

„we wspomnieniach niemieckich świadków rzadko pojawia się refleksja na temat wojny, Hitlera, narodów uciskanych przez III Rzeszę - także w ich imieniu" a "ludność cywilna Niemiec w chwili upadku III Rzeszy nie nosiła w sobie zazwyczaj poczucia winy. Większość nie znajdowała więc wytłumaczenia dla zaistniałej sytuacji i widziała w Polakach i Rosjanach agresorów, którzy napadli na ich kraj.”[1]

Wydaje się, że u każdego Polaka taka postawa musi budzić zdumienie i irytację. Niemcy zamieszkali na wschodzie nie wiedzieli, kto wywołał wojnę, nie wiedzieli o masowych represjach i wysiedleniu swoich polskich sąsiadów, nie zauważyli zniknięcia Żydów? Spodziewali się, że nikt nie wystawi za to Niemcom rachunku?

Biulety IPN nr 5/2004 okładkaNa zakończenie jeszcze refleksja natury ogólnej. Co pewien czas powraca dyskusja na temat sensu istnienia IPN (znane frazy „spalić” lub „zabetonować”). Przy okazji tego drobnego artykułu wyrażam wdzięczność za istnienie IPN i za tego typu publikacje, rozpoczynające narodową dyskusję.

Piotr Szubarczyk, Piotr Semków, Erica z Rumii, Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej, 5/2004



[1] Cytat za blogiem „galeria kongo” jak w linku umieszczonym w tekście. Autorowi dziękuję za zwrócenie uwagi na tę książkę, a zwłaszcza za podniesiony powyżej aspekt świadomościowy wpędzeń.



poniedziałek, 19 sierpnia 2013
Kryminały z ostatniego roku: Ciszewski, Kallentoft i van Gulik

Marcin Ciszewski, www.ru2012.pl, okładka, recenzja

 

Marcin Ciszewski napakował do książki tyle różnych eventów, że szczerze powiedziawszy miałbym problem, żeby zakwalifikować jego książkę do jakiegokolwiek gatunku literackiego. Mamy tu i podróże w czasie we wszystkich kierunkach, i interwencje w przebieg kampanii wrześniowej, i wątek romansowy, a opowieść zaczyna od jak najbardziej współczesnej strzelaniny na warszawskim Okęciu, a później jest coraz ciekawiej.

Rozmachu książce niewątpliwie nie można odmówić. Na szczęście autor mniej więcej panuje nad szalona akcją. Od czasu do czasu tylko prawdopo-dobieństwo niektórych ze zbiegów okoliczności zaczyna szwankować, jak na przykład wtedy, gdy bohaterowie książki błyskawicznie rozszyfrowują nierozwiązywalną przez sześćdziesiąt lat tajemnicę podziemi lotniska w Borne Sulinowie. Trochę szacunku do inteligencji czytelnika.

Z podróżami w czasie trzeba obchodzić się z umiarem, bo można przesadzić w absurdalności pewnych pomysłów. Na przykład można spotkać się z samym sobą, ale wtedy ja to nie ja, tylko kto inny. No to kto w końcu jest kim i kto jest tym prawdziwym „ja”. Marcin Ciszewski pozwolił sobie na eksplorację takiego paradoksu, ale jako żywo nie zapanował nad konsekwencjami, wprawiając czytelnika w stan osłupienia poznawczego.

Książka zdecydowanie dla tych, którzy lubią szaloną jazdę bez trzymanki. Ja wole spokojniejsze klimaty – 6/10.

Marcin Ciszewski, www.ru2012.pl, Znak Kraków 2011.


 

Mons Kallentoft, Ofiara w środku zimy, okładka, recenzjaKallentoft jest w zakresie formy bardzo kreatywnym pisarzem. Jego pomysły swoja jakością wykraczają poza normalnie przyjętą dla kryminałów tkankę literacką. Na przykład opisy wydarzeń są przetykane pierwszoosobowymi wyznaniami – no właśnie kogo, wydaje się, ze ofiary, ale czy na pewno. To ciekawy pomysł. Poza tym autor wyraźnie określił swojego czytelnika, jako osobę z cywilizacji smsowej, do której najlepiej pisać krótkimi zdaniami i akapitami składającymi się z kilku takich zdań. Sama koncepcja jest oryginalna, ale nie każdemu musi się podobać. Ostatecznie to książka, a nie cykl przesyłanych krótkich informacji. Ja podchodzę do takich doświadczeń z dużym dystansem.

Intryga kryminalna jest pierwszej jakości. Trzeba przyznać, że Skandynawowie umieją to pisać, jak nikt inny. Intrygujące, zaskakujące w zakończeniu, wszystko tak, jak powinno być. Tylko te zdania jakby pisane morsem. Sumarycznie 6/10.

Mons Kallentoft, Ofiara w środku zimy, Rebis Poznań 2010.


 

Robert van Gulik, Sędzia Di i parawan z laki, okładka, recenzjaSędzia Di to postać autentyczna, funkcjonująca w VII w. n.e. i, jak wieść niesie, popularna w Chinach ze względu na swoje talenty detektywistyczne. Jego to właśnie uczynił bohaterem całej serii kryminałów Robert van Gulik, holenderski dyplomata dobrze znający kulturę chińską.

Wątek kryminalny był nawet ciekawy i czytałem tę książkę z przyjemnością. Największym brakiem, w moich oczach, było płytkie osadzenie akcji w chińskich realiach. Równie dobrze fabuła mogłaby się rozgrywać tysiąc lat wcześniej lub później i w dowolnym kraju azjatyckim. Cyklowi poświęconemu Sędziemu Di daleko do głównego nurtu kryminałów historycznych, charakteryzujących się rozbudowaniem kulturowego tła wydarzeń, czemu zresztą ów nurt zawdzięcza swoją popularność.

Mimo to jeszcze zapewne sięgnę do kolejnych tomów z sędzią Di w roli głównej wzbogacając sobie w ten sposób mój literacki chiński jadłospis. Mam też nadzieję, że w kolejnej odsłonie van Gulik bardziej postara się o pokazanie kultury chińskiej, obyczajów, może prawnego kontekstu w którym działał jego bohater. Poza tym ładna, spokojna okładka. 7/10

Robert van Gulik, Sędzia Di i parawan z laki, PIW 2006.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013
Szału nie ma, jest rak

Szału nie ma, jest rak. Z ks. Janem Kaczkowskim rozmawia Katarzyna Jabłońska, okładka, recenzjaKsiądz Jan Kaczkowski jest bioetykiem, wykładowcą uniwersyteckim i twórcą hospicjum w Pucku. Jednocześnie rok temu sam zachorował na raka. Dopadł go glejak, podły nowotwór mózgu, właściwie bez szans na wyleczenie. Pozostały mu miesiące, najwyżej małe lata życia. Nagle to, co mówi, nabrało innego wymiaru, innej wiarygodności. Okazało się, że bioetyczna teoria i hospicyjna praktyka zbiegły się z własnym doświadczeniem przygotowania do śmierci. Nie jest to sytuacja banalna.

Do swojej choroby ksiądz Jan podchodzi spokojnie, tytuł dobrze oddaje perspektywę z jakiem na nią patrzy. Dokąd może względnie normalnie funkcjonować, chce zrobić jak najwięcej, żyć pełnią życia. Jednocześnie przewiduje, że w stanie paliatywnym, raczej odmówi uporczywej terapii, nie chcąc ostatnich dni spędzić w stanie wegetatywnym, za wszelka cenę trzymając się życia.

Mimo ciężkiego stanu, nie zaniedbuje działania w stworzonym przez siebie hospicjum. O szczególnych zasadach w nim obowiązujących mówi tak:

Naprawdę, nie ma też różnicy, czy kroplówkę podajemy w pokoju, na korytarzu, czy przywiążemy ją do pergoli na naszym tarasie, a podłączony pod nią chory będzie wdychał zapach kwiatów czy słuchał odgłosów przyrody. Od strony medycznej nie ma tu żadnej różnicy. (…) Nie musimy też karmić chorych o tej samej porze i podawać im tego samego. (…) Szczególnie dla młodych pacjentów, zwłaszcza w pierwszej dobie pobytu u nas, jest to ważne. Jeżeli przywieźliśmy pacjenta po południu i pytamy go, co zjadłby na śniadanie, to on czuje się jak w domu. Może zażyczyć sobie parówki, jajecznicę, albo co innego. No, oczywiście, jeśli pacjent zamówi na śniadanie homara, to będzie musiał trochę poczekać, aż go skądś ściągniemy. (s.26-27)

Książka nie ogranicza się do  choroby księdza Jana i hospicjum. Traktuje również o bioetyce, seksie, rozmowach z umierającymi – tu ważny problem „mówić, czy nie mówić.” Kaczkowski zdecydowanie opowiada się za pełną prawdą. Porusza też nietypowe problemy, jak na przykład przytulanie. Twierdzi tu, że to bardzo ważne dla każdego człowieka, a dla chorego w szczególności. Daje poczucie bliskości i akceptacji. Sam też lubi się przytulać i być przytulany. Również ważne, zwłaszcza dla mężczyzn, to umieć płakać.

Przekonywałem – bo to Kaszub, Ci są wyjątkowo niewylewni – że płakanie jest bardzo męską sprawą. (…) W każdym razie ci prawdziwi płaczą. Potrafią płakać. (s. 37)

Wszystkich tematów, nawet tych najciekawszych, nie sposób poruszyć. Jest ich dużo, ważnych i często zapominanych. Prawie zawsze poglądy ks. Kaczkowskiego wzbudzały moją żywiołowa akceptację. Z niektórymi jednak trudno mi się zgodzić. Na przykład wtedy, gdy twierdzi, że Bóg jest naszym kochającym ojcem i jako taki nie może chcieć naszej choroby. „To nie Pan Bóg zsyła choroby, one występują naturalnie – biologicznie.” (s. 39) Poruszamy tu odwieczny temat teodycei, czyli pogodzenia nieskończenie dobrego Boga z dramatem zła dotykającego nas w ziemskim życiu. To Bóg stworzył ten świat, działa on według reguł nadanych przez Stwórcę, który u początku tego dzieła wiedział o całym złu i nieszczęściu, które spotka człowieka. Wiedział też, że pojawią się choroby, a ohydny glejak dopadnie bardzo fajnego księdza Kaczkowskiego. A mimo to stworzył ten świat w taki właśnie sposób. Dlaczego? Nie wiemy, to największa tajemnica, z którą przychodzi się potykać wierzącym. Problem istnieje tak długo, jak trwa chrześcijaństwo i nie sugeruję dawać tu prostych, banalnych odpowiedzi, które łatwo jest zanegować. Uczciwiej jest z pokorą powiedzieć, że nie wiemy dlaczego tak jest, ale wierzymy, że ma to jakiś eschatologiczny sens, nawet jeżeli dziś go nie widzimy. Warto natomiast zawsze dodać, że krzyż jest drogą chrześcijanina, to w ten sposób przyszło zbawienie. Mamy pokusę, aby z krzyża zejść i z niego nieustannie schodzimy, ale to w nim osiągamy pełnię chrześcijaństwa. Oczywiście mam pełną świadomość, że pisać łatwo, robić trudno.

Druga kwestia, która budzi wątpliwość to podawanie terminalnie chorym, którzy na przykład się duszą, zwiększonych dawek środków przeciwbólowych lub uspokajających, którą mogą wprost prowadzić do zgonu pacjenta. Nie do końca przekonuje mnie tłumaczenie, że ten chory właśnie umiera i agonia może nastąpić w strasznych męczarniach przez uduszenie…, dlatego lepiej podać mu taką dawkę lekarstwa, która albo mu pomoże, albo skróci jego cierpienie. Wydaje się, że mamy tu do czynienia z „miękką” eutanazją, nawet jeżeli znajduje się możliwość rozwadniania sprawy i szukania usprawiedliwień. Niebezpieczeństwo jest takie, że jak się raz uchyli drzwi, to potem nie można już ich zamknąć i będzie coraz gorzej.

Polemiki, czy raczej niepewności lub dyskusje, które prowadzę z tą książką w żadnym przypadku nie obniżają jej wartości. Odwrotnie, mam szacunek dla księdza Kaczkowskiego za odważne podejmowanie trudnych tematów bez chowania głowy w piasek. To ważne i rzadkie, bardzo rzadkie w polskim Kościele. Bliskie jest mi również jego zdroworozsądkowe stanowisko, zdolność do samodzielnego myślenia, do wyciągania daleko idących wniosków z fundamentów doktryny chrześcijańskiej.

Można tu przywołać choćby tematy, którymi lubił zaskakiwać młodzież w czasie lekcji katechezy, w czasie, kiedy mógł ją jeszcze prowadzić. Powołując się na św. Tomasza zawsze podkreślał, że stosunek małżeński to więcej niż dobry uczynek, „to czyn zasługujący na nagrodę wieczną” i od tego stwierdzenia zaczynał rozmowę o teologii ciała i seksu. Obecnie przekazuje swoje refleksje czytelnikom, też zapewne budząc u niektórych zdziwienie, jak daleko już odeszło nauczanie Kościoła w tej dziedzinie od siermiężności i restrykcyjności.

W tej materii obowiązuje zasada, że w małżeństwie wszystko jest dopuszczalne, jeśli obie strony godzą się na to i nie czują się poniżone, i jeżeli następuje akt spełnienia, który nie wyklucza poczęcia. Podkreślam: nic, co rozpoczyna stosunek i nic co go kończy – choćby było najdziwniejsze i najbardziej odleciane – nie czyni go niegodnym. (...) No a jeśli zdarzyło się, że raz czy drugi nie doszło do spełnienia w sposób naturalny, nie traktowałbym tego jako grzech, ale raczej jako uczenie się własnego ciała. (s. 96)

To tylko próbki szerszych rozważań o naprawdę istotnych i wciąż kontrowersyjnych problemach, z którymi borykają się ludzie młodzi i nie tylko oni. Mogę tylko podpisać się pod stwierdzeniem księdza Jana, że potrzebna jest bardzo pełna kultury edukacja seksualna w Kościele, adresowana do młodych, narzeczonych i małżonków, a ja dodałbym, że również do księży, a nawet biskupów.

Z racji na wagę tematu i trudność w ocenianiu spraw osobistych odstępuję od wyrażenia oceny finalnej. Nadmieniam tylko, że zaliczam książkę do elitarnej kategorii „sił sensu”, za odważne, jasne stawianie problemów i za samodzielność w myśleniu. Wysoka ocena książki jest również zasługą Katarzyny Jabłońskiej, która nadała książce formę zwięzłą, gęstą od myśli, nie rozgadaną, bez zbędnej paplaniny. To dobrze, że nie pisała na ilość arkuszy, z drugiej strony udało jej się nie zgubić anegdot, zwischenrufów, polemik. Bardzo dobrze się czyta, mimo iż tematyka, nie należy do łatwych i przyjemnych.

Szału nie ma, jest rak. Z ks. Janem Kaczkowskim rozmawia Katarzyna Jabłońska, Biblioteka Więzi, Warszawa 2013.

sobota, 03 sierpnia 2013
O secesji we Wrocławiu, Poznaniu i Paryżu

Przy okazji wakacji nadrabiam recenzenckie zaległości i przedstawiam oraz bardzo zachęcam do przeczytania, a jeszcze  lepiej do posiadania kilku nadzwyczaj wartościowych książek rozszerzających naszą wiedzę o secesji w poszczególnych miastach. Trochę upłynęło od ich wydania, ale wszystkie polskie są jeszcze dostępne, warto je przypomnieć, bo nie miały za wielu recenzji, prawie ich nie ma na blogach, nawet w BiblioNETce nie miały ani jednej oceny. A książki są przednie i warto się nimi zainteresować.


Wrocław

Najpiękniejsza polska książka, jaką miałem w ręku w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Z ogromną pieczołowitością Leszek Szurkowski wykonał fotografie, a później skomponował z nich niezwykły album. Na dodatek udało mu się połączyć walory artystyczne z rzetelnością i dokładnością w prezentowaniu tej fascynującej architektury.

Leszek Szurkowski, Barbara Banaś, Secesja w architekturze Wrocławia, okładka, recenzja

We Wrocławiu secesja nie rzuca się w oczy. Może dlatego, że tak niewiele jej pozostało, może dlatego, że najczęściej nie jest to czysta, klasyczna art nouveau, ale zwykle pomieszana z wpływami neobarokowymi. Jakby nie było, dzięki tej książce została przywrócona powszechnej świadomości, mojej osobistej zresztą również. Wielokrotnie zwiedzałem Wrocław, ale dopiero dzięki albumowi dostrzegłem piękno tej architektury.

Żeby uświadomić czytelnikom wielkość przedsięwzięcia, informuję, że składa się na nie blisko 800 ilustracji i fotografii. To gigantyczny materiał, taka rozległość i szczegółowość materiału fotograficznego jest rzadka w polskich książkach. Tym bardziej warte jest to docenienia, że obok fotografii obiektów występują również archiwalne plany, ryciny i kartki pocztowe, przenoszące odbiorcę w czasy, kiedy ta architektura powstawała.

Jestem również pod wrażeniem szaty graficznej, nie tylko pięknej, naprawdę smacznej, ale też przejrzystej i ułatwiającej odbiór bardzo przecież obszernego materiału. Ponadto układ książki jest bardzo życzliwy dla tych, którzy tak jak ja, traktuję tego typu książki, jako materiał wspomagający zwiedzanie, otwierający oczy na detale, wyposażający w wiedzę na temat oglądanego właśnie obiektu. Poszczególne realizacje są ułożone w ciągi, według klucza geograficznego, czyli można przejść daną ulicą, przekładając kolejne kartki wraz z mijanymi obiektami. To bardzo, bardzo, ułatwia korzystanie z tego albumu. Na dodatek książce towarzyszy bardzo smaczna strona internetowa, dająca przedsmak tego, co w niej możemy znaleźć.

Przy tej objętości książki, trochę trudno generować dodatkowe oczekiwania czy pretensje, że czegoś brakuje. Jedną rzecz muszę jednak wskazać – informacje poświęcone kolejnym obiektom są za krótkie, za lakoniczne. Chciałoby się więcej treści. Twórca koncepcji książki, Leszek Szurkowski, założył jednak, że wszystkie teksty są trójjęzyczne, co chyba było błędem. W każdym razie album nie był nigdy reklamowany po niemiecku, a sądząc z przyjęcia takiego układu treści, Niemcy powinni być takimi samymi jego odbiorcami, jak Polacy. Nie zmienia to jednak bardzo wysokiej oceny książki. Finalnie 10/10 i inaczej być nie może.

Leszek Szurkowski, Barbara Banaś, Secesja w architekturze Wrocławia, Co-Liber, Wrocław 2009.


Poznań

Jan Skuratowicz, Magdalena Adamczewska, Piotr Walichnowski, Secesja w Poznaniu, okładka, recenzjaAlbum poświęcony poznańskiej secesji to zupełnie inny typ publikacji. Zorganizowany jest wokół poszczególnych twórców. Ma w związku z tym charakter quasi-naukowy. Refleksje prof. Jana Skuratowicza poświęcone są poszczególnym pracowniom, ich cechom charakterystycznym, rozwojowi, zależnościom. Dominują zdjęcia, ale artystycznie to nie jest ta klasa, co album dedykowany Wrocławiowi. Z drugiej strony informacyjnie jest to książka bogatsza.

Dzięki niej można się przekonać, że Poznań ma bardzo bogatą secesyjną przeszłość. Wiele kamienic prezentuje poziom przeciętny, z dekoracją wielostylową, jedynie z elementami wystroju secesyjnego. Sporo jest jednak naprawdę oryginalnych realizacji. Wiele obiektów wykorzystuje, co rzadkie, drewno oraz cegłę, jako elementy wykończeniowe. Bodaj najciekawszy jest zespół kamienic przy ulicy Roosvelta, w niektórych zachowały się nawet witraże w klatkach schodowych (naocznie to sprawdziłem). Nie może zatem dziwić, że to właśnie miejsce (Roosvelta 5) Musierowicz wybrała na gniazdo rodowe rodziny Borejków. W takim miejscu musi się żyć ciekawiej, niż gdzie indziej, a w każdym razie tak powinno się wydawać czytelnikom. Piękno, historyczne korzenie jednak oddziałują na człowieka. Poznaniacy na pewno czuli ten smaczek, pozostali, dzięki książce Skuratowicza , mogą go docenić, a nawet świadomie miejsce odwiedzić, co usilnie polecam.

Książka ma jeden poważny feler. Jest nim brak indeksu omawianych obiektów, brak nawet mapy z ich umiejscowieniem. Bardzo to utrudnia korzystanie z niej, a efekt był taki, że stojąc przed wspomnianą kamienicą na Roosvelta 5, nerwowo kartkowałem grube, albumowe tomiszcze szukając, przy jakim to architekcie szanowny autor umieścił tę kamienicę. Dla mnie jest to brak niewybaczalny. Wydawca, który nie myśli o czytelniku powinien się czerwienić. Zatem finalnie tylko 9/10.

Jan Skuratowicz, Magdalena Adamczewska, Piotr Walichnowski, Secesja w Poznaniu, Wydawnictwo Miejskie, Poznań 2000.


Paryż

Janine Casavecchie, Gilles Targat, Paris. Art nouveau, okładka, recenzjaW porównaniu do polskich przejawów zainteresowania architekturą secesyjną w poszczególnych miastach jest to książeczka niewielka, bez ambicji artystycznych towarzyszących wydawnictwom albumowym. Natomiast zakres treściowy książki jest zupełnie wystarczający, aby mieć wsparcie w zapoznaniu się z secesją w wymiarze paryskim. O ile potrafię się zorientować, wszystkie istotne obiekty zostały uwzględnione, podstawowe informacje o projektancie podane, opinie o artystycznej specyfice obiektu zamieszczone, zdjęcia detali opublikowane. Czegóż można chcieć więcej?

Na dodatek obiekty są pogrupowane w ramach poszczególnych dzielnic Paryża, co ułatwia ich odszukanie w terenie i potraktowanie książki  jako wspomagającego przewodnika. Istnieją nawet mapki tych dzielnic.

Paris. Art nouveau dostałem w prezencie, jako podzielenie się zwiedzaniowymi atrakcjami Paryża. Doceniłem i dziękuję.

Janine Casavecchie, Gilles Targat, Paris. Art nouveau, Éditions du Chêne, Paris 2009.


 

Na zakończenie przeglądu książek o secesji chcę jeszcze zwrócić uwagę, na jedno super ciekawe zjawisko, tym razem nie książkowe. Jest nim Wirtualne muzeum secesji, a w nim szczególnie polecam zakładkę „Podróż”. Naprawdę warto.



Zakładki:
10TOP tego bloga
A to mój nowy blog historyczny
Obejrzane - Film
Obejrzane - Teatr
Przeczytane
W oczekiwaniu
Zaglądam na blogi