Kategorie: Wszystkie | Film | Historia | Książki | Teatr | Wypady
RSS
wtorek, 31 sierpnia 2010
Parowski – Burza, Carofiglio – Z zamkniętymi oczami i McGilloway – Aleja Szubienic

Na biurku piętrzy się stos książek przeczytanych. Nie daje spokoju. Przypomina, ale także ocenia –  zaniechania, zapomnienia, zamyślenia i porzucenia. Wzbudza wyrzuty sumienia. Przed odesłaniem na półkę, o każdej coś spróbuję napisać.

okładka Maciej Parowski, BurzaMaciej Parowski, Burza. Ucieczka z Warszawy ’40, Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2009. Wielki plus za rozmach i wyobraźnię. Korzystając z możliwości gatunku historical fiction Parowski wymyślił, co by się stało, gdyby we wrześniu 1939 roku spadły wielodniowe deszcze, które unieruchomiłyby niemieckie lotnictwo i utrudniło posuwanie się wojsk pancernych. Ano mianowicie, stałoby się to, że polska obrona by okrzepła, a nasi dzielni żołnierze zmusiliby Niemców do odwrotu, co z kolei spowodowałoby aktywniejsze włącznie się do wojny zachodnich sojuszników i ostateczną klęskę Trzeciej Rzeszy. Oczywiście cały pomysł obudowany jest masą zaskakujących szczegółów z wykorzystaniem Enigmy włącznie. Z przyjemnością czyta się o powojennej konferencji na Uniwersytecie Warszawskim, w której udział biorą zaprzyjaźnieni między sobą młodzi Kamil Baczyński, Tadeusz Borowski i Karol Wojtyła. Jak pięknie mogło by być. Łza się w oku kręci. A zamach na niemieckiego gestapowca Kutscherę jest tylko przedmiotem właśnie kręconego przez Lejtesa filmu science fiction z Marleną Dietrich w roli głównej. Pojawia się także Camus, który dyskutuje z Orwellem, Chwistek tłumaczący Hitchcockowi założenia teorii wielości rzeczywistości, Koestler rugający Erenburga i cała masa innych równie ciekawych postaci. Za rozmach epicki i ferie pomysłów 10/10, za wykonanie, za rzemiosło literackie 6/10, co daje sprawiedliwą ocenę ostateczną w postaci 8/10, z uzupełnieniem, że jest to książka wagi rozrywkowej i w tej kategorii jest oceniana.

okładka Carofiglio, Z zamkniętymi oczamiGianrico Carofiglio, Z zamkniętymi oczami, WAB Warszawa 2009 To po prostu dobra literatura, mimo iż klasyfikowana jako kryminał. Z sensacji mamy tu niewiele: nie ma zagadki, nie jest prowadzone żadne śledztwo, aurę niepewności buduje jedynie toczący się właśnie proces sądowy, którego wyrok jest nieprzewidywalny. Mecenas Guerrieri, główna postać książki, występuje na nim jako oskarżyciel posiłkowy reprezentujący kobietę nękaną przez swojego byłego męża. Wydaje się, że nie ma tu nic fascynującego, a jednak okazuje się, że jest. Życie kobiety dręczonej w małżeństwie, a później nachodzonej przez tego samego mężczyznę, zamieniło się w piekło. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że ciemiężyciel ów jest powszechnie szanowanym lekarzem i synem sędziego, szefa wydziału karnego lokalnego sądu. Łatwo sobie wyobrazić, dlaczego żaden adwokat nie chce podjąć się tej sprawy – połowa ich spraw apelacyjnych będzie rozpatrywana właśnie przez tego sędziego. Guerrieri sprawy się podejmuje ze straceńczą determinacją, i książka powoli zamienia się w thriller sądowy, gatunek tak rzadko obecny na polskim rynku. Kryminał to nietypowy, bo ważniejsze są w nim ludzkie sprawy, niż sensacyjna intryga, pochylenie się nad nieszczęściem, niż zwroty akcji. A swoją drogą pomysł Guerriego, jak wygrać proces jest całkowicie niebanalny. Zasłużone 8/10.

Brian McGilloway, Aleja szubienic, Amber 2009. Inspektor Benedict Devlin jest słusznie reklamowany jako irlandzki Wallander. Też jest na swój sposób przeciętnym gliną, ale systematycznym i zaciętym, nie pozbawionym wad, ale dzięki temu sympatycznym. Od innych tego typu bohaterów odróżnia go jednak to, że nie chłonie alkoholu, jak gąbka i nie spędza poranków na trzeźwieniu i walce z kacem. Ma także normalną rodzinę i realizuje się jako ojciec trójki małych dzieci znajdując czas, aby jednemu z nich kupić chomika („jak małym kosztem można kogoś uczynić szczęśliwym”). Od razu lubię go bardziej. Devlin poza tym potwierdza, że wobec prawdziwych poważnych problemów człowiek zwykle zostaje sam, nawet jak jest otoczony życzliwymi osobami. Prawdziwe. O fabule nie ma co specjalnie pisać – jest wystarczająca skomplikowana, aby trzymać w napięciu czytelnika, a finał jest wystarczająco zaskakujący, aby uczynić zadość najlepszym wymogom stawianym literaturze sensacyjnej. Jakość tej książki polega jednak na czymś innym. Jej bohaterowie mierzą się bowiem z problemami zgoła nie sensacyjnymi, takimi jak wybaczenie, czy nawrócenie kryminalisty, w które trudno uwierzyć postronnym. Warto czytać McGillowaya zwracając uwagę na wartości, imponderabilia, dając sobie czas na zadumę, a nie tylko gnać do finału, aby poznać rozwiązanie zagadki. To coś znacznie więcej niż tylko kryminał. Za całokształt należy się nota 9/10. Gorzkie słowa należą się Wydawnictwu Amber. Brzydka okładka, papier toaletowy, niechlujna korekta, kiepska typografia – wszystko to razem powoduje, że błędna polityka skąpego i niekompetentnego wydawcy może zatłuc dobrą książkę, której należy się dużo lepszy los, niż ten zgotowany przez wydawcę.

Przy okazji warto zauważyć, że pojawia się coraz więcej książek, które w kostiumie powieści kryminalnej okazują się być całkiem interesującą literaturą tout court – zarówno Carofiglio jak i McGilloway należą, mimo wszystkich odmienności, do tej właśnie grupy. 

Zakładki:
10TOP tego bloga
A to mój nowy blog historyczny
Obejrzane - Film
Obejrzane - Teatr
Przeczytane
W oczekiwaniu
Zaglądam na blogi