Kategorie: Wszystkie | Film | Historia | Książki | Teatr | Wypady
RSS
sobota, 25 maja 2013
Haker, czyli o bezpieczeństwie naszych komputerów i kart płatniczych

Poulsen, Haker. Prawdziwa historia szefa cybermafii, okładka, recenzjaTa książka mnie bez przerwy mnie zdumiewała. Jak można stworzyć światową giełdę obracającą ukradzionymi kartami płatniczymi, samemu pozostając kompletnie anonimowym, zresztą tak, jak wszyscy pozostali uczestnicy tego przedsięwzięcia. Okazało się, że można. A wiemy dokładnie, jak to stało, bo Haker jest opartym o fakty reportażem, a nie fikcją literacką.

W książce jest wiele zdumiewających szczegółów rzemiosła, co tam rzemiosła, całej kultury hakerskiej. Warto wiedzieć, że ta społeczność dzieli się na black hats i white hats, czyli hakerów żyjących z kradzieży danych osobowych i innego rodzaju przestępstw informatycznych (to te czarne kapelusze) oraz pasjonatów, którzy przełamywanie zabezpieczeń traktują jako hobby, o dziurach w zabezpieczeniach informując producentów oprogramowania (białe kapelusze). W pewnym momencie odbywał się swoisty wyścig, czy, po ujawnieniu informacji o brakach w zabezpieczeniach, szybciej zareagują programiści dużych firm komputerowych i roześlą stosowne aktualizacje, czy owe czarne kapelusze zdążą wykorzystać tę wiedzę do penetrowania cudzych komputerów. Może  wiedząc o tym, życzliwszym okiem popatrzymy na stałe przeszkadzanie w codziennym użytkowaniu laptopa przez ciągle pojawiąjące się aktualizacje, czasem same wyłączające nasz sprzęt.

Kolejnym wstrząsem była informacja o łatwości, z jaką nasz mistrz hakerskiego fachu włamywał się do kolejnych komputerów, jak łatwo korzystał z cudzych sieci, w tym również tych niby to profesjonalnych. To rzeczywiście zbija z tropu. Warto sobie uświadomić, że nasz komputer nie jest tylko naszą własnością i nie stanowi ścisłej domeny osobistej. Pytanie tylko, ile wysiłku będzie musiał włożyć profesjonalista, aby go do dna spenetrować.

A poza tym oszałamiające są opisy fałszowania kart kredytowych, praw jazdy i innych plastikowych dokumentów. Zdumiewa technologia włamań, opisana z daleko zaawansowanymi szczegółami. Wiele fragmentów czytałem emocjonując się, co się uda hakerom, a jeszcze bardziej, w jaki sposób dokonają rzeczy na pierwszy rzut oka niemożliwych.

Od jakiegoś momentu zaczyna nas fascynować, czy i ewentualnie jak zostaną złapani. Poza wszystkim innym to emocjonujący wyścig złodziei i policjantów. W Stanach Zjednoczonych, gdzie dzieje się akcja opowieści, policja, FBI, czy US Postal angażują duże siły do walki z cyberprzestępczością. Jestem ciekaw, jak na tym tle wyglądają polskie służby.

Swoją drogą to ciekawe, jak ludzie zajmujący się na co dzień łamaniem systemów bezpieczeństwa, a więc wiedzący wszystko o bezpieczeństwie w sieci, dali się wszyscy złapać. A potrafili przecież być anonimowi. Naprawdę poruszające, dużo ciekawsze niż wymyślane przy biurku kryminały.  9/10.

Kevin Poulsen, Haker. Prawdziwa historia szefa cybermafii, Znak Kraków 2011.

czwartek, 16 maja 2013
Wyprawa na Sycylię

W weekend majowy udało się wykonać wraz ż żoną kilkudniowy wypad na Sycylię. Odwiedziliśmy Palermo, Monreale, Cefalú, Ennę, Etnę, Taorminę, Katanię, Syrakuzy, Noto i Piazza Armerinę.

Palermo

Pierwsze zdjęcie, jakie zrobiliśmy na Sycylii to Porta Nuova, czyli Brama Karola V (z XVI wieku), która na północnej fasadzie przedstawia symbole ludów podbitych przez Habsburgów.

Palermo, wieża karola V, widok od północy

Oprócz tego w Palermo najciekawsze były: Capella Palatina w Palazzo dei Normani i kościoły San Cataldo i San Giuseppe dei Teatini.

Palazzo dei Normani pochodzi z XII wieku, zbudowany został przez Rogera II, z wykorzystaniem wcześniejszego zamku Saracenów. Później był wielokrotnie przebudowywany i powiększany. Z zewnątrz stanowi zlepek wszystkich możliwych stylów, przegląd epok i pomysłów budowlanych.

Palermo, Palazzo dei Normani

W jego wnętrzu mieści się przepiękna Capella Palatina. W jej wystroju widać znaczenie wpływów arabskich, bo jeszcze wtedy muzułmańscy rzemieślnicy działali na Sycylii. Zatem można powiedzieć, że to sztuka chrześcijańska w treści, ale w znacznym stopniu arabska w formie. Oczywiście wiele mozaik ma charakter bizantyjski, bo Sycylia w owym czasie ulegała też wpływom Konstantynopola.

Palermo, Capella Palatina w Palazzo dei Normani

Palermo, Capella Palatina w Palazzo dei Normani

Palermo, Capella Palatina w Palazzo dei Normani

Największe jednak wrażenie zrobił na mnie strop. Niestety zdjęcie nie ukazuje jego całej finezji – mięsistości dekoracji, stalaktytowych podwieszeń czy gwiaździstych kasetonów.

Palermo, Capella Palatina w Palazzo dei Normani

Kościół San Cataldo pochodzi z tego samego okresu, z XII wieku. Fundacja jest dużo skromniejsza, ale pokazuje jaka sztuka wtedy dominowała. Warto zwrócić uwagę, jak charakterystyczne czerwone kopuły wyglądają od wewnątrz.

Palermo, San Cataldo

Palermo, San Cataldo

A że i tu nie brakowało polotu dekoracyjnego pokazuje posadzka pochodząca z okresu budowy kościoła, czyli tez z XII wieku.

Palermo, San Cataldo

Na koniec zwiedzania Palermo: kościół Teatynów. Ciężki, bogaty w zdobienia barok. Taki też mi się podoba, oczywiście o ile w mistrzowskim wykonaniu. Po widoku ogólnym na nawę główną, zbliżenie sklepienie i na kropielnicę przynoszoną przez zlatującego anioła. Piękne.

Palermo, kościół Teatynów

Palermo, kościół Teatynów

Palermo, kościół Teatynów

Monreale

Najważniejszym zabytkiem Królewskiej Góry jest katedra, Duomo, wybudowana w ekspresowym tempie w 1174 roku na zlecenie Wilhelma II (wnuka wspomnianego Rogera II, pierwszego normańskiego króla Sycylii i Neapolu), który chciał wygrać rywalizację z arcybiskupem Palermo. Podobnie jak w Capella Palatina wystrój wnętrza według estetyki arabskiej i bizantyjskiej.

Duomo Monreale

Duomo Monreale

W tej same katedrze w transepcie północnym barokowy ołtarz.

Duomo Monreale

Klasą samą dla siebie są krużganki  obok katedry. To jedyny raz, kiedy na zdobieniach kolumienek krużganków wykorzystano tylko motywy arabsko-bizantyjskie, a kolumienki zwieńczono romańskimi kapitelami.

Duomo Monreale, wirydaż

Duomo Monreale, wirydaż

Cefalú

W Cefalú także katedra normańska, zbudowana w 1140.  Tym razem bardziej surowa. Tylko mozaiki absydy bardzo podobne do Monreale i Capelli Palatiny.

Cefalú, katedra

Cefalú, katedra

Cefalú, katedra

Obok katedry zachował się wirydarz. Kolumny zniszczone lub wymienione na nowe. Natomiast zaskakują fenomenalne romańskie kapitele, wybrałem te z arką Noego i gryfami.

Cefalú, katedra, wirydaż, romański kapitel

Cefalú, katedra, wirydaż, romański kapitel

Nad miastem góruje Rocca, czyli skała, a na niej ruiny zamku z czasów normańskich, widoczne również z plaży, czyli z najniższej części Cefalú.

Cefalú, Nad miastem góruje Rocca, czyli skała, a na niej zamek

Cefalú, Nad miastem góruje Rocca, czyli skała, a na niej zamek

Enna

Z północnej Sycylii nasyconej zabytkami z czasów normańskich, przenieśliśmy się do centrum Sycylii, czyli do Enny, uroczego miasteczka położonego na wysokości 1000 m npm.

Enna, widok z oddali

W nim zaś najbardziej spodobała się nam katedra i ruiny zamku Castello di Lombardia z XIII w.

Enna, katedra

Enna, zamek

Taormina

W Taorminie zaczęła się nasza przygoda teatrem greckim i rzymskim. Zachował się tutaj Teatro Greco, który w istocie swojej jest Teatro Romano, bo Rzymianie go kompletnie przebudowali w I w. n.e. i po greckim pierwowzorze pozostały tylko nikłe ślady. I zamiast greckich tragedii publiczność ekscytowała się walkami gladiatorów i dzikich zwierząt.

Taormina Teatro Greco Romano

Oprócz głównego teatru, zachowały się też w Taorminie, pomiędzy kościołem a budynkami mieszkalnymi,  pozostałości po odeonie (III w. p.n.e.), czyli małym teatrze, gdzie recytowano poezje.

Taormina Teatro Odeon, pośród miejskiej zabudowy

Katania i Noto

Katania została kompletnie zniszczona przez trzęsienie ziemi i wybuch Etny w końcu XVII w., po czym została odbudowana w pięknym stylu barokowym. Na szczęście przed zniszczeniami ochronił się teatr rzymski, którego dobrze zachowane pozostałości możemy oglądać.

Catania, Teatro Romano

Catania, Teatro Romano

Z zabudowy barokowej najbardziej zafascynowały nas kościoły z finezyjnymi falującymi fasadami. Wnętrza nie były już tak oryginalne, zatem poprzestaję na dwóch fasadach: Sant’Agata i San Placido.

Catania, Santa Agata

Catania, San Placido

Warto dodać, że taka sama historia przytrafiła się miasteczku Noto. Też zostało kompletnie zniszczone przez Etnę i zbudowano całkowicie od nowa. Powstało w ten sposób coś uroczego.

Notto, widok na starówkę z wież kościoła klarysek

Noto, kościół jezuicki św. Karola Boromeusza, 1739, z lokalnego złotego wapienia

Notto, wnetrze kościoła Santa Chiara, św. Klary

Żeby nie była za sielankowo, dopada nas w Noto historia najnowsza, którą uosabia przejmujący pomnik ofiar pierwszej wojny światowej.

Noto, pomnik ofiar I wojny światowej

Etna

Skoro wspomnieliśmy o zniszczeniach sianych przez wybuchy Etny, to może warto pokazać, jak ów wulkan wygląda. Poniżej zdjęcie krajobrazu z odległości kilkuset metrów od krateru. Taki krajobraz jednak ciągnie się kilometrami. Skoro lawa dotarła w 1693 roku aż do Katanii, łatwo wyobrazić sobie skalę zniszczeń.

Etna

Syrakuzy

W Syrakuzach najciekawsze były dwa obiekty. Pierwszy to katedra na wyspie Ortygia. Powstała ona w VII w. poprzez zabudowanie kolumn starożytnej świątyni Ateny. Szczęśliwie mury zachowały stan oryginalny z VII w. i możemy zobaczyć owe oryginalne kolumny z V wieku pne, kiedy to świątynia Ateny powstała.

Syrakuzy, Ortgia, katedra

Syrakuzy, Ortgia, katedra

Syrakuzy, Ortgia, katedra

Drugi ciekawy obiekt to Teatro Greco, tym razem to bodaj jedyny na Sycylii w całości oryginalny teatr grecki (po 270 r.  p.n.e.) Na zdjęciach widać właśnie stawiane zabudowania, które są przygotowaniem do festiwalu greckich tragedii odgrywanych w tym miejscu. Oj, chętnie by się coś takiego zobaczyło, ale niestety trzeba było wracać.

Srakuzy, Teatro Greco

Srakuzy, Teatro Greco

Grecy na sztuki teatralne wybierali się całymi rodzinami, jak na całodniową wycieczkę lub imprezę integracyjną, zatem potrzebne były im bary, sklepiki itd. Te właśnie znajdowały sobie miejsce w wykutych w skale niszach.

Srakuzy, Teatro Greco

Piazza Armerina

Na koniec przeglądu sycylijskich rarytasów willa rzymska ze wspaniałymi (najlepszymi na świecie, naprawdę) mozaikami z IV w n.e. Istnieje uzasadnione domniemanie, że willa przynależała do cesarza Maximianusa, tetrarchy z czasów Dioklecjana. Wskazuje na to jej wielkość, bogactwo i niektóre sceny uwiecznione na wspomnianych mozaikach, np. sceny polowań na dzikie zwierzęta, które cesarz, jako namiestnik Afryki dostarczał do rzymskich teatrów. Poza tym jednym z pomieszczeń w całym kompleksie była bazylika (ozdobiona przy użyciu 16 gatunków marmuru!), a taka potrzebna była tylko panującemu.

Zdjęcia są nie najlepszej jakości, proporcjonalnie do warunków oświetleniowych. Najpierw najbardziej znane lekkoatletki w bikini, później dwie sceny z polowań, na koniec zabawy dzieci (mozaika z komnaty, gdzie one spały).

Piazza Armerina, mozaiki z willi rzymskiej

Piazza Armerina, mozaiki z willi rzymskiej

Piazza Armerina, mozaiki z willi rzymskiej

Piazza Armerina, mozaiki z willi rzymskiej

Na koniec powinno być zdjęcie samolotu startującego z Palermo. To nie było możliwe. Pozostaje zatem tylko wyrazić żal, że wypad był tak krótki i nie wszystko dało się zobaczyć – ze stratą nie tylko dla uczestników, ale i dla czytelników tego bloga.

czwartek, 09 maja 2013
Wieże z kamienia, czyli jak zamordowano Czeczenię

Wojciech Jagielski, Wieże z kamienia, okładka, recenzjaPowiedzmy od razu – to bardzo ciekawa i dająca do myślenia książka przedstawiająca obraz sytuacji w Czeczenii podczas wojny z Rosją.

Autor wyruszył na Kaukaz, gdzie po latach sowieckiego zniewolenia odradzają się tendencje niepodległościowe. Towarzyszy Czeczenom prowadzącym nierówną wojnę z wojskami rosyjskimi, które za cel postawiły sobie nie tylko złamanie Czeczenii , ale także jej fizyczne wyniszczenie. Przy okazji staje się świadkiem funkcjonowania dwóch różnych, niekiedy sprzecznych koncepcji prowadzenia wojny z Rosją, jednej Szamila Basajewa, nieobliczalnego dżygity, zwolennika akcji terrorystycznych i drugiej, uosabianej przez Asłana Maschadowa stawiającego na dobrą organizację, pragmatyzm, ostrożność. Każdy z nich ma swoją wizję wojny i ułożenia stosunków z potężnym sąsiadem. A w zrujnowanych blokach i zniszczonych aułach żyją w strachu tysiące zwykłych ludzi wydanych na pastwę rosyjskich sił okupacyjnych, prowadzących regularne grabieże, porywających ludzi dla okupu, niecofających się przed torturami i gwałtami. To historia o jednym z najtragiczniejszych miejsc na świecie i o jego mieszkańcach, pragnących doświadczyć choć chwili spokoju i bezpieczeństwa.

Co najbardziej uderza w Wieżach z kamienia? Zdecydowanie barbarzyństwo, jakiego doświadczyli i aktualnie doświadczają Czeczeni ze strony swojego rosyjskiego sąsiada. To trudno sobie wyobrazić i żadne ogólne sformułowania nie oddają grozy tego zjawiska, opowiedzmy zatem o kilku konkretach.

Armia rosyjska ma obowiązek aresztować ukrywających się partyzantów, to zrozumiałe. Ale czy ona zapuszcza w góry na jakieś poszukiwania, ależ skąd, to przecież byłoby niebezpieczne. Znacznie prościej, jest zaaresztować we wsi na chybił trafił jakiegoś mężczyznę, najlepiej z bogatej rodziny. Rodzina owa rozpoczyna interwencje, płaci łapówki za zwolnienie, działa pod presja czasu, bo aresztant jest bity i torturowany. Wyprzedają,  co mają, zapożyczają się, płacą, ile potrzeba. A tu niespodzianka. Partyzanta można zwolnić, ale pod warunkiem ujawnienia się i oddania broni. Jakiej broni, przecież nikt w rodzinie jej nie posiada. Nic nie szkodzi, to kupcie. O broń w Czeczenii łatwo, ale jest ryzyko, że inny oddział zatrzyma pechowego posiadacza zakupionej broni, zanim dostarczy ją Rosjanom. Znacznie bezpieczniej jest kupić ją u nich i od razu oddać, co jest najlepsza drogą na wybrniecie z problemu. Ot, sytuacja, jakich wiele.

Inny obrazek. Na pastwisku spokojnej wsi pasie się ostatnie stado krów. Podjeżdżają transportery opancerzone, otwierają ogień, żadna krowina się uchowała. Co lepsze zabite sztuki kradną. W telewizji moskiewskiej zaś ukazuje się komunikat o zlokalizowaniu i rozbiciu we wsi takiej to a takiej groźnej bandy, czyli partyzantów (język jak u nas za okupacji hitlerowskiej i stalinowskiej).

Albo taki przypadek, zresztą występujący nagminnie. Silny oddział rosyjski otacza przypadkowy wybrany auł i dokonuje przeszukania w celu odnalezienie partyzantów. Wdzierają się do kolejnych domów, wyłamują drzwi i kradną wszystko, co tylko można wynieść. W wariancie gorszym: gwałcą znalezione w domach dziewczęta. Na najbliższym bazarze sprzedają łupy wymieniając je na żywność i wódkę. Sprzyja takim zachowaniom kompletna demoralizacja żołnierzy i oficerów, skorumpowanie do cna, bezkarność, ale także i to, że żołnierze są po prostu głodni, jak to zwykle w sowieckiej/rosyjskiej armii.

Czy w takich warunkach można normalnie żyć? Zdecydowanie nie. Jedni emigrują, inni uciekają w góry, do ciągle tlących się ognisk oporu. Jeszcze inni starają przeczekać, przystosować się, ale tym udaje to najgorzej, bo do takiej barbarii przystosować się nie sposób.

 Nie byłbym sobą, gdybym do beczki recenzenckiego miodu nie dodałbym łyżki dziegciu. Irytuje całkowite pomijanie dat, zwłaszcza wprowadzające zamieszanie w retrospektywnych fragmentach książki – nie sposób się z zorientować bez wiedzy ogólnej, o jakim okresie autor pisze. Ja rozumiem, że część czytelników nie lubi dat, bo kojarzą im się z podręcznikami, ale jest granica schlebiania niskim gustom, a tą granicą jest pisanie zrozumiale.

Poza tym nie przepadam za taką, jak u Jagielskiego, konstrukcją narracji, mimo iż jest ona bardzo częsta w reportażach. Jej osnową nie jest meritum opowieści, ale relacja z podróży autora. Zatem ciągle czytamy, gdzie autor mieszkał, jak wyglądał gospodarz domostwa i jego rodzina, jakim samochodem jeździł, co autor jadł i czy się nudził, czy też nie. Przy całym szacunku - znacznie bardziej interesują mnie wydarzenia w Czeczenii, życie codzienne jej mieszkańców, poglądy przywódców, sytuacja w rosyjskiej armii i tak dalej. To prawda, wszystkie te elementy pojawiają się w książce, ale niejako w tle osobistej historii autora. Wolałbym, aby było odwrotnie.

Uwagi krytyczne nie zmieniają jednak generalnie bardzo wysokiej oceny książki, jej wiarygodności i rzetelności. Opinie autora są celne i w całości się z nimi identyfikuję. Dodajmy na koniec, że Wieże z kamienia nie pozbawione są walorów literackich, czyta się je z przyjemnością. Dla mnie 9/10.

Wojciech Jagielski, Wieże z kamienia, Znak Kraków 2012 (wyd. II)

23:18, dijkstra-jg , Książki
Link Dodaj komentarz »
Zakładki:
10TOP tego bloga
A to mój nowy blog historyczny
Obejrzane - Film
Obejrzane - Teatr
Przeczytane
W oczekiwaniu
Zaglądam na blogi