Kategorie: Wszystkie | Film | Historia | Książki | Teatr | Wypady
RSS
sobota, 28 kwietnia 2012
Londyńczycy, Czerwony książe i Szpiedzy Watykanu

Ewa Winnicka, Londyńczycy, recenzja, okładka

Książka dla osób, które z problematyką polskiego rządu emigracyjnego czy stosunków polsko-angielskich podczas ostatniej wojny dotąd się nie stykały. Historycy raczej nie powinni sięgać po tę pozycje. Ciekawa, dobrze napisana popularyzacja, łatwa w czytaniu, niekiedy dowcipna, niekiedy refleksyjna. I na tym poprzestańmy –  6/10.

Wart polecenia jest tylko reportaż Zastąpiona o losach żony gen. Andersa, która po przedarciu się do Włoch zastała u boku męża dużo młodszą zastępczynię, wkrótce nową żonę,  i skazana została na niebyt, milczenie, zapomnienie. Tylko czy nawet ten reportaż wnosi wiele nowego w stosunku do książki Nurowskiej o Andersie?

Ewa Winnicka, Londyńczycy, Czarne 2011 (seria reportażowa).

Timothy Snyder, Czerwony książe, recenzja, okładka

To zdecydowanie najlepsza z przedstawianych tu książek. Snyder łączy wysoką kompetencję historyka z umiejętnością zajmującego pisania.

Karol Stefan Habsburg, książę z linii bocznej, bez szans na koronę cesarską, zauważył, że eksplozja nastrojów nacjonalistycznych w Europie Środkowej musi doprowadzić do stworzenia nowych państw narodowych (myśl celna, nawet prekursorska), a te będą potrzebowały koronowanych głów, które staną na ich czele (zupełna pomyłka). Za najbardziej prawdopodobne uznał przywrócenie do życia państwa polskiego i przewidział na jego króla swojego syna Albrechta. Za tym poszły lekcje polskiego, częstsze przebywanie w dobrach żywieckich, wydanie jego sióstr za Radziwiłła i Czartoryskiego, co miało ułatwić mobilizację poparcia dla tej ewentualnej kandydatury.

Najmłodszym bratem Albrechta był Wilhelm, który uświadomił sobie, że na tron cesarski nie ma najmniejszych szans, podobnie jak na hipotetyczny polski, znalazł sobie zatem naród – Ukraińców, którzy nawet kandydata na króla nie mieli. Dzieje Wilhelma Habsburga, zwanego Czerwonym księciem i historia owej koncepcji ukraińsko-habsburskiej są treścią książki Timothy Snydera. Oprócz biografii Wilhelma książka zawiera mnóstwo przyczynków do losów propolskich Habsburgów, dziejów browaru w Żywcu, hiszpańskich koligacji, francuskich awantur, niemieckiego aresztowania i sowieckiego zamordowania.

Czerwony książę to panorama świata, który bezpowrotnie przeminął, ale ciągle fascynuje, pobudza ciekawość. Za kompetencje, apetyczny język, erudycję – 8/10, mimo iż tematyka książki jest raczej egzotyczna i mało ważąca, bo w gruncie rzeczy to dzieje bon vivanta, człowieka naiwnego, zagubionego, nie rozumiejącego świata, który go otaczał.

Timothy Snyder, Czerwony książę, Świat Książki 2010.

Eric Frattini, Szpiedzy papieża, recenzja, okładkaAutor przedstawia 21 postaci związanych z poufnymi lub tajnymi przedsięwzięciami dyplomacji watykańskiej, niektóre są dość dobrze znane (taka to tajność), o innych usłyszałem po raz pierwszy.

Irytujące jest szukanie sensacji, tworzenie atmosfery przesyconej tajemniczością, operacjami szpiegowskimi i strukturami wywiadowczymi. Jako główny szpieg Jana Pawła II przedstawiony jest abp Luigi Poggi, który był oficjalnym delegatem Stolicy Apostolskiej do spraw kontaktów z krajami socjalistycznymi. O jego wizytach w Polsce donosiły gazety, a efekty jego działań były szeroko komentowane, jak np. wizyta Gorbaczowa w Watykanie (dlaczego o niej Frattini nie pisze?). I co w tym szpiegowskiego lub tajemniczego. Większość rozmów dyplomatycznych jest niejawnych. To podszyte komercją szukanie sensacji dookoła Watykanu robi się coraz bardziej niesmaczne i coraz głupsze.

Jeden z rozdziałów jest nie tylko głupi, ale i nieprzyzwoity. Rzecz dotyczy bp. d’Herbigny, szefa Collegium Russicum i twórcy podziemnej hierarchii w Rosji Sowieckiej. Jej celem było zapewnienie choćby minimalnej opieki duszpasterskiej katolikom poddanym prześladowaniom przez NKWD, w sytuacji kiedy znakomita większość duchowieństwa była uwięziona lub zgładzona. Wszyscy nielegalnie wyświęceni i prowadzący działalność duszpasterską ryzykowali życiem. Przedstawienie ich, ze względów komercyjnych, jako członków siatki wywiadowczej jest po prostu haniebne. Nawet Sowieci po ich aresztowaniu stawiali najczęściej zarzutu „propagandy religijnej” i „działalności antypaństwowej”. Przebić NKWD w absurdalności kwalifikacji ich działalności to jest swojego rodzaju rekord podłości.

Kiksy w tłumaczeniu nie ułatwiają lektury i tak np. główny konsultant Reagana w sprawach polskich, John Krol to w rzeczywistości Jan Król, abp Filadelfii.

Dla porównania polecam książkę wybitnego specjalisty od spraw wschodnich, Hansajakoba Stehle, Tajna dyplomacja Watykanu. Kolosalna różnica wiedzy, języka, kultury.

Ocena 3/10, nie polecam.

Eric Frattini, Szpiedzy papieża, Świat Książki 2010.



niedziela, 22 kwietnia 2012
Agonia Prus Wschodnich Adamczewskiego

Leszek Adamczewski, Łuny nad jeziorami, recenzjaNa książkę składa się kilkadziesiąt opowieści o losach różnych miejscowości, zabytków czy osób w 1945 roku, kiedy Armia Czerwona zdobywała Prusy Wschodnie, siejąc wszędzie zniszczenie, grabiąc, gwałcąc, mordując. Część rozdziałów jest mało odkrywcza i powtarza to, co już w wiedzy powszechnej istnieje, np. tragiczny exodus ludności cywilnej organizowany w ostatniej chwili, w warunkach ostrej zimy i pod ostrzałem lotniczym – tak na marginesie: Rosjanie wzięli wtedy odwet za to, co Luftwaffe robiła z polskimi uchodźcami 1939 roku. Do tego dochodzi kilka ciekawostek dotyczących szturmu na Olsztyn i Królewiec, czy szalonego rajdu kompanii pancernej (9 czołgów) lejtnanta Diaczenki, który niespodziewanie przejechał przez centrum Elbląga, zanim w ogóle front pojawił się w pobliżu miasta, po czym dalej ile mocy w silnikach pognał aż do Zalewu Wiślanego, gdzie musiał czołgi okopać i ładnych parę dni poczekać na dotarcie głównych sił.

Naprawdę ciekawe jest historia wsi Nemmersdorf, którą to miejscowość Rosjanie przejściowo zajęli już 1944. Przeszła do historii, jako przykład bestialstwa rosyjskiego. Cóż się okazało? Rosjanie rzeczywiście wymordowali większość ludności, natomiast ślady okrucieństwa (gwałty, ukrzyżowania) zainscenizowano na polecenie Goebbelsa, który chciał wywołać mobilizacje społeczeństwa przez przerażenie. Skutek był taki, że Niemców, a zwłaszcza Niemki, ogarnęła taka psychoza, że bardzo często popełniali samobójstwo, aby nie dostać się w ręce Rosjan. Zresztą trzeba przyznać, że Goebbels nie pomylił się w przewidywaniach, co czeka ludność pod rządami Armii Czerwonej.

Druga zaskakująca ciekawostka to skala i przyczyna zniszczeń miast mazurskich i warmińskich jeszcze dzisiaj rzucająca się w oczy wszystkim, którzy je zwiedzają. Wydawało mi się, że ruinę tych miast spowodowały działania wojenne celowo prowadzone w maksymalnie niszczycielski sposób (ciężka artyleria, katiusze). Nic bardziej błędnego. Adamczewski ustalił, że największe spustoszenia, spowodowały pożary celowo podsycane przez Rosjan w kilka tygodniu po zdobyciu danej miejscowości. Jaki był w tym cel poza bezmyślnym niszczeniem? Trudno powiedzieć, wiadomo tylko, że w końcu reagowały dowództwa frontów, ponieważ istniała groźba, że zabraknie budynków dla zaplecza armii.

Cieszę się także, że Adamczewski przypomniał postać Ericha Kocha, który był gauleiterem Prus Wschodnich, a od 1941 roku wielkorządcą okupowanej Ukrainy. Prowadził tam tak brutalną politykę, że protestował Wehrmacht, a pod koniec wojny i SS, ale jako ulubieniec Hitlera i tak robił co chciał. Krótko mówiąc tępak i okrutnik (szkoda, że Adamczewski o tym nie pisze). Po wojnie ujęty przez aliantów i wydany w 1950 roku Polsce. I tu zaczęła się komedia. Najpierw czekał na proces 8 lat, potem dostał co prawda karę śmierci, ale wykonanie wyroku zawieszono ze względu na stan zdrowia. Ostatecznie wyroku nigdy nie wykonano, a zdrowie tak mu się polepszyło, że dożył 90 lat w więzieniu w Barczewie (zmarł dopiero w 1986). Propaganda komunistyczna z jednej strony ujadała, że Niemcy mało intensywnie ścigają zbrodniarzy nazistowskich, a sądy są dla nich nadzwyczaj wyrozumiałe (co było zresztą prawdą),  jednocześnie władze PRL chroniły życie jednemu z bardziej posępnych zbirów nazistowskich.

Dla turystów powinien być ciekawy rozdział o Wilczym Szańcu i innych tego typu siedzibach na terenie Mazur, a trzeba wiedzieć, że podobny kompleks bunkrów miało dowództwo Wehrmachtu po przeciwnej niż Wilczy Szaniec stronie jeziora Mamry (kryptonim Anna, co ciekawe, nie zniszczone) oraz Heinrich Himmler niedaleko wsi Pozezdrza koło Giżycka (kryptonim Hochwald, czyli Wysoki Las), ale te bunkry zostały przez Niemców wysadzone, tak jak siedziba Hitlera.

Ogólnie biorąc książka przydatna dla osób odwiedzających Mazury, które chcą zwiedzać bardziej świadomie. W kategorii książek popularnych 8/10, ocenę obniża maniakalne wracania do poszukiwań bursztynowej komnaty w każdym, nawet najbardziej zdumiewającym kontekście.

Leszek Adamczewski, Łuny nad jeziorami. Agonia Prus Wschodnich, Replika Zakrzewo 2011.



niedziela, 15 kwietnia 2012
Nesbø, Theorin, Pears, Le Carré, czyli kryminały z ostatniego półrocza

Jo Nesbo, Czerwone gardło, okładka, recenzjaO tym kryminale napisano dziesiątki, jeśli nie setki recenzji, not i omówień. Pozostało mi zatem tylko przyłączyć się chóru chwalców. Nesbø zaliczam do trójki najlepszych skandynawskich autorów sensacyjnych obok Mankella i Larssona, a biorąc pod uwagę, że Skandynawowie mają szczególny dryg do tej odmiany literatury, to w ciemno można powiedzieć, że oznacza to zaliczenie do światowej czołówki.

Czerwone gardło jest pierwszą częścią „Trylogii z Oslo” z komisarzem Harrym Hole w roli głównej. W tej odsłonie komisarz walczy z zamachowcem, ale jednocześnie zagłębia się w historię, bo klucz do zagadki leży w wydarzeniach, które miały miejsce na Froncie Wschodnim, w norweskich oddziałach ochotniczych walczących z Sowietami. Ciekawe, wciągające, dające do myślenia. Przy okazji można zajrzeć do licznych ostatnio publikacji o ochotniczych międzynarodowych jednostkach SS, a warto wiedzieć, że formacje skandynawskie (wraz z holenderskimi) należały do najlepszych, doborowych jednostek na Froncie Wschodnim. W swojej klasie 10/10

Jo Nesbø, Czerwone gardło, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2006 (i kolejne wydania)

Johan Theorin, Nocna zamieć, recenzja, okładkaO tej książce też napisano mnóstwo „ochów” i „achów”, ale tym razem nie przyłączam się do grona wielbicieli. Nie przekonują mnie opowieści o tajemniczych stukotach za ścianą, które rzekomo coś znaczą, czyli mówiąc wprost o duchach. Dużo bardziej wolę nurt mankellowski, który opiera się o wnikliwą analizę akt śledztwa, sprawdzanie wielu tropów, także błądzenie po fałszywych. Mistyka i szósty wymiar są kiepskimi rozwiązaniami zagadek kryminalnych, ale jak się okazuje mają swoich zwolenników. Na dodatek dość toporna okładka. Dla mnie jedynie 6/10. Byłoby gorzej, ale książka dobrze odtwarza specyficzny skandynawski klimat – rzadko rozrzucone domostwa, groźny wicher, sztorm, samotność, splin podszyty mrozem i lodowatym wiatrem

Johan Theorin, Nocna zamieć, Czarne 2010.

Iain Pears, Którędy droga? recenzjaBardzo dobrze napisany kryminał historyczny. W pocromwellowskiej Anglii, w Oxfordzie, ginie profesor medycyny. Wątek detektywistyczny przeplata się uczonymi dysputami na temat filozofii i medycyny, bardzo dobrze oddającymi intelektualny klimat epoki. Największe uznanie budzi jednak przedstawienie całej, jak się okazuje bardzo złożonej opowieści, przez czterech różnych jej uczestników. Ich relacje się dopełniają, niekiedy sobie przeczą, ale ostatecznie prowadzą do rozwikłania splotu polityczno-religijno-obyczajowych uwarunkowań.

Pokazanie tej samej historii z różnych punktów widzenia, jest najciekawszym sposobem prowadzenia narracji, pokazuje bowiem ułomność ludzkiego postrzegania, kruchość wniosków wyciąganych z niepełnej wiedzy, a ostatecznie i względność tego, co się wydaje, że wiemy na pewno. Którędy droga to coś znacznie więcej niż powieść kryminalna w kostiumie historycznym. Duża klasa, polecam, 9/10.

Iain Pears, Którędy droga? Zysk i S-ka, wyd. 2, Poznań 2011.

John Le Carré, Przyjaźń absolutna, recenzjaPiękna literacka narracja o przyjaźni i jednocześnie gorzka refleksja jak dalece wplątanie w działalność służb tę przyjaźń zaburza. Jak zawsze u Le Carrego genialnie przedstawione tło i historia głównych wydarzeń.

Coś jednak u starego mistrza zaczyna szwankować. Z refleksyjnego, właściwie egzystencjalnego pisarza, który tylko wykorzystuje formę powieści sensacyjnej do znacznie głębszych rozważań, zamienił się w ideologa i propagandystę. W tej książce ostrze zwrócone jest przeciwko imperializmowi amerykańskiemu. Nie mogę bardziej szczegółowo rozwinąć tego wątku, by nie palnąć spoilera, a dopuszczam myśl, że pomimo mojej negatywnej rekomendacji, ktoś jednak tę książkę będzie chciał przeczytać. Zatem czytelnicy tego bloga muszą uwierzyć mi na słowo: Le Carrego ogarnęła mania, a może tylko podszyta komercją chęć wykorzystania nastrojów antyamerykańskich w społeczeństwach krajów europejskich. Posunął się aż do tego, że skonstruował wydarzenie o tak znikomym prawdopodobieństwie, że obraża to poczucie sensu i logiki u czytelnika. Historia nie zna przypadku choćby zbliżonego do tej karkołomnej konstrukcji. Jak wielki to upadek wybitnego przecież autora pokazuje fakt, że znany był on z tego, że do perfekcji opanował we wcześniejszych książkach prawdopodobieństwo psychologiczne postaci, realizm wydarzeń, dokładność do najmniejszych szczegółów. A tu proszę: zaczyna się jak zawsze od ciekawie zarysowanych postaci, fascynującej gry szpiegowskiej, ale prowadzi to do kompletnie absurdalnego finału, który ma udowodnić, jak haniebną politykę prowadzą Amerykanie zasłaniając się walką z terroryzmem. Lekturę odradzam, tak jak w przypadku wszystkich książek podszytych propagandową intencją. Na stosunkowo wysoką ocenę – 5/10, wpływ ma, jak zawsze u Le Carrego, perfekcyjna forma i pięknie przedstawiona przyjaźń wznosząca się ponad poglądy, charaktery i polityczne podziały.

John Le Carré, Przyjaźń absolutna, Amber 2004 (wyd. 1 i jedyne)

John Le Carré, Bardzo poszukiwany człowiek, recenzjaW Hamburgu pojawia się uchodźca z Rosji, zmaltretowany, wychudzony, osłabiony, muzułmanin Issa. Mieszanka rosyjskiego pochodzenia, islamskiej religii, idealizmu i rodzinnych powiązań z KGB wzbudza zainteresowanie najpierw niemieckiego kontrwywiadu, a potem służb brytyjskich. Na końcu jednak i tak okazuje się, że to Amerykanie z CIA są podlecami ponad wszelką miarę.

Uwidacznia się w tej książce, jak w omawianej powyżej, że Le Carrego ogarnęły ostatnio antyamerykańskie fobie, które nie dają mu spokoju  i są głównym motorem jego pisarstwa. Jak każde fobie, także i ta, literaturze nie służy. W przeciwieństwie jednak do Przyjaźni absolutnej tutaj nie mamy naruszenia reguł prawdopodobieństwa, a życzliwe pochylenie nad losem niesłusznie zaszczutego człowieka bezsilnego w konfrontacji z machiną państwa nieco równoważy namolność politycznego przesłania. Wspaniały styl, dbałość o detale, precyzyjna konstrukcja pozwalają czytać książkę z przyjemnością. Mimo to polecam raczej wcześniejszą twórczość Le Carrego, a zwłaszcza doskonały cykl z Georgem Smileyem w roli głównej. Tylko 6/10.

John Le Carré, Bardzo poszukiwany człowiek, Sonia Draga, Katowice 2009 (wyd. 1.)



poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Nic Dawida Bieńkowskiego

Dawid Bieńkowski, Nic, recenzja, okładkaBieńkowski to kolejny pisarz z grona niedocenionych – mało recenzji, mały oddźwięk, szanowany wyłącznie na obrzeżach głównego nurtu. Trafiłem na niego dzięki Tomaszowi Burkowi, który co prawda pisał bardzo pozytywnie o wcześniejszej jego powieści „Jest”. Udało mi się dopaść tylko „Nic”, ale i po tej lekturze jestem bardzo szczęśliwy. Po raz kolejny potwierdza się prawda, że nie warto podążać za głosem celebrytów (nawet jak to tylko celebryci krytycznoliteraccy). A tak mam poczucie, że odnalazłem super ciekawą niszę.

„Nic” to klasyczna powieść społeczna. Poprzez losy kilku bohaterów autor buduje panoramę zachowań, postaw i wartości składającą się na portret polskiego społeczeństwa okresu budowy kapitalizmu. Bieńkowski pokazuje świat widziany oczami dziewczyny z prowincji, kasjerki, ale też jej dyrektora i szefa całej firmy. Kontrapunktem są losy Hehe, alternatywnego poety, abnegata, muzyka i dziewczyny Nany, feministki i dziennikarki. Losy niektórych bohaterów się zbiegają, a inne są jak proste równoległe, bez żadnych punktów wspólnych.

Głównym bohaterem zbiorowym jest korporacja „Positive” organizująca sieć fastfoodów. Mechanizmy awansów, wzorce zachowań, sposób prowadzenia biznesu, są przedstawione bardzo tak realistycznie, że byłem zdumiony kompetencją autora w dziedzinie zarządzania. Duży „plus”. To nie są obiegowe antykorporacyjne slogany.

Czytając Bieńkowskiego ma się poczucie świeżości spojrzenia. Niby nic nowego nie pisze, właściwie dobrze znamy tę rzeczywistość. A jednak obcujemy z czymś nowym. Myślę, że dzieje się tak dlatego, że autor skutecznie unika ideologizacji, nie podczepia się pod żaden nurt polityczny ani żaden literacki mainstream. Jest osobny. A oprócz tego jest szczery. Nie koloryzuje, nie przesadza ani w barwach jasnych, ani ciemnych. I co najważniejsze, nie pomija w swojej powieści „szarego człowieka”, nie udaje, że nie ma takiego problemu. Pokazuje doświadczenia tych ludzi, którzy żadną miarą nie są beneficjentami przemian w Polsce. Jednocześnie nie rozdziera szat, nie przybiera tonu literatury interwencyjnej, nie przerysowuje. Może dlatego właśnie, jego powieść wzbudza uczucia akceptacji dla tej wizji świata, którą prezentuje autor.

Do refleksji czytelników tego blogu pozostawiam kwestię, dlaczego tak dobra literatura jest tak mało znana, dlaczego jej recenzje nie brylują w głównych tytułach prasowych. Dlaczego jest poza mainstreamem, mimo iż to dookoła niego powinien się ten mainstream tworzyć? Może dlatego, że jest wolny od wszystkich -izmów, a może z racji tego „szarego człowieka”, a może dlatego, że zauważa, kto aktualnie ma szansę na zrobienie karierę, a kto tej szansy jej całkowicie pozbawiony? A może wszystko naraz?

W każdym razie jestem zadowolony, że trafiłem na tego autora. Dziękczynienia ślę Tomaszowi Burkowi, którego Niewybaczalne sentymenty naprowadziły mnie trop tej książki, podobnie jak na ślad Janusza Krasińskiego. Oceniam 9/10 i zaliczam do „sił sensu”.

Dawid Bieńkowski, Nic, WAB 2005



wtorek, 03 kwietnia 2012
W ciemności Agnieszki Holland

Po nominacji do Oscara film został już namaszczony na arcydzieło, bo nic tak w Polsce nie pomaga niż sukces za granicą. Ale czy słusznie? Właściwie tak, choć z pewnymi zastrzeżeniami.

Film opowiada o pracowniku kanałów miejskich Lwowa, który w swoim podziemnym królestwie przechowuje dużą grupę Żydów. Owo „królestwo” jest śmierdzące, brudne, pełne szczurów, pogrążone w ciemności, ale jest i daje schronienie skazanym w normalnym, napowierzchniowym świecie na śmierć. To pierwszy plus filmu – kontekstem całej opowieści jest sytuacja udzielania pomocy, zamiast wałkowanego w niektórych mediach polskiego ludowego antysemityzmu. A główny bohater, Leopold Socha jest człowiekiem z ludu. Żyje z kanałów, nie pogardza drobnymi kradzieżami, do Żydów wielkiego sentymentu nie ma, a jednak… Najpierw chce tylko zarobić, potem też i pomóc, a na koniec gotów jest do poświęceń.

W ciemności, Leopold Socha i uratowana dziwczynka, recenzja

Do kolosalnych plusów filmu zaliczam odejście od wszelkich czarno-białych schematów. Na swój sposób i Polacy, i Żydzi walczą o przeżycie i kierują się zgoła niepięknymi uczuciami. Charakterystyczna jest tu scena, kiedy Żydzie umawiają się z polskimi kanalarzami, ile mają zapłacić za udzieloną im pomoc. Dialog ma charakter czysto biznesowy. Ale na boku obie strony tego kontraktu komentują rzecz po swojemu: Polacy mówią miedzy sobą, że najwyżej forsę wezmą, a później się zobaczy, Żydzi natomiast, że Polaczkom nie ufają, ale im zapłacą, a ponieważ mają broń, to w razie „jakby co” to klientów zlikwidują. I takich sytuacji jest w filmie znacznie więcej. Warto sobie uświadomić, że od czasu, kiedy Socha zdecydował się Żydom pomagać, jest tak samo zagrożony jak oni, jego żona i dzieci też zapewne nie przeżyliby wpadki. W sytuacji zagrożenia i walki o życie, pękają bariery, każdy robi, co może, aby przetrwać i nie dać się złapać. Socha miał tylko tę przewagę, że w każdej chwili mógł się wycofać, a co tu dużo mówić, po prostu donieść i jeszcze na tym zarobić… Jeśli jednak tego zrobił, to jechał na tym samym wózku, co jego podopieczni.

Holland opowiada tę dramatyczną historię nie stosując żadnych upiększeń, bez sentymentalizmu, swoich bohaterów nie ustawia na koturnach. Pozostawia im ludzkie słabości. Może dlatego zresztą, ta historia jest tak przejmująca.

W ciemności, scena w kanałach, recenzja

W beczce miodu jest niestety łyżka dziegciu. W paru scenach Polacy na ulicach Lwowa są przedstawieni jak ludność uprzywilejowana, ubrana jak z domów mody. Nie jest to wizja prawdziwa i nie wymaga to chyba nawet uzasadnień. Po drugie zaś, już w końcowych napisach Holland informuje widzów, że na pogrzebie Leopolda Sochy, który zaraz po wyzwoleniu zginął pod kołami sowieckiej ciężarówki, ktoś powiedział, że „to kara za to, że pomagał Żydom”. To jest już po prostu nieprzyzwoite. Na pogrzebie było wiele osób i każda mówiło coś innego. Dlaczego tylko ten głos wart jest zacytowania? Koniecznie reżyserka musi chcieć się wpisać w nurt tropienia polskiego antysemityzmu à la Gross? Smutne. Ale summa summarum to tylko incydenty w bardzo dobrym, odważnym filmie, który dobrze pokazuje złożoność polsko-żydowskich relacji w czasie wojny.

Do tej pory rozważania dotyczyły tego, „co” jest w filmie, a teraz parę słów „jak” to jest pokazane. Film jest wyraźnie za długi. Większość z dwu i pół godzinnego filmu dzieje się w ciemności kanałów. To trochę nużące, ile razy można oglądać brodzącego w ściekach Więckiewicza. Skrót o co najmniej pół godziny wyszedłby filmowi na pewno na dobre. Natomiast mocna stroną filmu jest aktorstwo. Robert Więckiewicz (Leopold Socha) i Kinga Preis (jego żona) są po prostu genialni, jedną z Żydówek gra wspaniale Agnieszka Grochowska. Nie wyobrażam sobie, aby ta pierwsza dwójka nie dostała stosownych nagród. Do Orłów już są nominowani, ale będą mieli silną konkurencję w postaci aktorów z Róży.

Za odwagę w przedstawieniu niesztampowej sytuacji, za odejście od czarno-białej wizji świata, 9/10. Krytyczne uwagi równoważy plus jeden punkt, jaki z zasady dostają u mnie polskie produkcje. Zastrzeżenia, co do wspomnianego napisu, niestety uniemożliwiają zakwalifikowanie do elitarnych „sił sensu”.

W ciemności, reż. Agnieszka Holland, 2011 (polska premiera styczeń 2012).

PS Okazało się, że przeze mnie nominowana dwójka aktorów Orły dostała. Cieszę się, że choć tym razem moje typy były takie same werdykt polskiej Akademii.



Zakładki:
10TOP tego bloga
A to mój nowy blog historyczny
Obejrzane - Film
Obejrzane - Teatr
Przeczytane
W oczekiwaniu
Zaglądam na blogi