Kategorie: Wszystkie | Film | Historia | Książki | Teatr | Wypady
RSS
środa, 27 kwietnia 2011
Skrzypce z Auschwitz Marii Anglady

Maria Angels Anglada Skrzypce z Auschwitz recenzja blogNie spodziewałem się za dużo po tej książce. Po lekturze Borowskiego, Kielara, Primo Leviego, Pawełczyńskiej czy Grzesiuka trudno jest zaskoczyć Polaków czymś nowym w zakresie literatury obozowej. Czułem jednak chęć sprawdzenia, jak na ten problem patrzą ludzie kompletnie z zewnątrz, z zupełnie innego kręgu doświadczeń historycznych. Z przyjemnością konstatuję, że Maria Anglada całkiem dobrze poradziła sobie z tym wyzwaniem. Dobrze oddała realizm życia w obozie koncentracyjnym, stosunki miedzy więźniami, mentalność kadry SS. Efekt realizmu wzmocniła poprzez włączenie w narrację dokumentów historycznych, doprawdy wstrząsających poprzez zestawienie języka biurokratycznej sprawozdawczości z treścią polegającą na raportach o liczbie zgonów, wykonanych egzekucjach, pozyskanej odzieży, kosztach utrzymania więźniów. W ten twardy realizm wplotła osobistą, wzruszającą historię, pokazującą, że nawet w tak podłych warunkach, sztuka jest wartością, która ratuje w zwątpieniu i może dopomóc w ocaleniu więźniowi życia.

Opowieść zaczyna się od koncertu w Krakowie (1991). Jeden z muzyków, starszy szwedzki Żyd, orientuje się, że Regina, towarzysząca im Polka gra na doskonałym instrumencie, którego brzmienie przypomina mu inny czas i miejsce, odległą obozową przeszłość.

Osią książki jest historia polskiego Żyda Daniela, utalentowanego lutnika. Jego życie uzależnione zostało od dramatycznego zakładu komendanta obozu z sadystycznym lekarzem, czy Daniel wyprodukuje skrzypce porównywalne poziomem ze Stradivariusem. W pracy Daniel znajduje ukojenie i odskocznię od smutnej rzeczywistości lagrowej. Skrzypce spełniły oczekiwania i oto po kilkudziesięciu latach, na wspomnianym koncercie w Krakowie, muzyk, który na nich grał w Auschwitz, ponownie słyszy ich brzmienie. Jakie były losy tych skrzypiec, czy Daniel przeżył? To jest właśnie treścią książki.

Maria Angels Anglada pokazała kawałek dobrej, wzruszającej literatury. Na dodatek prawdziwej i co do realiów, i co do prawdopodobieństwa psychologicznego postaci. Warte przeczytania, 8/10.

Maria Angels Anglada, Skrzypce z Auschwitz, Muza 2010

wtorek, 19 kwietnia 2011
Dom Augusty Majgul Axelsson

Rozumiem dlaczego Elfride Jelinek dostała nagrodę Nobla. Co ma z tym wspólnego Dom Augusty? Okazuje się, że dużo.

Majgul Axelsson Dom Augusty recenzja blogAxelsson stworzyła bardzo interesujący świat, wzruszający, wprawiający w zadumę. Udało jej się połączyć realistyczną narrację z rzeczywistością baśni. To bardzo dopomaga w lekturze, nad którą unosi się nieustannie aura rodzinnych tajemnic i to nie tylko tych z odległej przeszłości, ale także tych na tyle nieodległych, że mających wpływ na bieżące wydarzenia.

Dom Augusty nawiązuje do tradycji sag rodzinnych. Poznajemy historię wielu pokoleń rodziny, która swój początek wzięła od tytułowej Augusty. Wcześniej nie ma nic, bo Augusta dorastała w przytułku. Aktualnie, jej dom jest niezamieszkały, ale stanowi azyl, w którym na krócej lub dłużej chronią się kobiety z kolejnych pokoleń. Znajdują tu spokój, odkrywają tajemnice swoich przodkiń (o ile jest takie słowo), mierzą się z własnymi kłopotami. Nad wszystkim jednak unosi się duch założycielki rodu.

W zakresie formy literackiej książka jest bez zarzutu, losy poszczególnych kobiet (bo powieść jest o kobietach), każdej z osobna, są naprawdę przejmujące. Całość jednak już nie jest taka różowa, bowiem Axelsson uległa pokusie stereotypizacji. Mężczyźni są u niej jak jeden mąż typami spod ciemnej gwiazdy: prymitywni, agresywni, skłonni do przemocy, bez cienia empatii, seksualnie nadpobudliwi. Jak deklaruje autorka „w ogóle mężczyźni jako tacy byli niebezpieczni, niegodni zaufania i nieodpowiedzialni. Tylko jedno im w głowie, a jeśli już o tym nie myślą, to zajmują się sobą. Wszyscy mężczyźni na całym świecie.” [1] Kobiety z kolei to przede wszystkim ofiary, które przez życie, a zwłaszcza swoich partnerów, są ciężko doświadczane. W świecie, które mnie otacza, widzę dużo szersze spektrum postaw i doświadczeń. Czasem są to doświadczenia życiowych katastrof, czasem błogiego szczęścia, raz kobiety, raz mężczyźni występują w roli poszkodowanych przez los. W każdym razie mam poczucie, że z panią Axelsson oglądamy na co dzień zupełnie różne światy.

Tuż przed omawianą tu książką czytałem wywiad rzekę z Jadwigą Staniszkis. Polemizuje tam ona z feministkami „Bo one chcą nauczyć kobiety języka ofiary, czucia się ofiarą. Nawet kiedy jestem ofiarą, nigdy nie występuję z pozycji ofiary, bo uważam, że zarodek bycia ofiarą i tak jest w człowieku, czeka przyzwolenia, żeby człowieka przejąć i zniszczyć.”[2]

W końcówce opowieści dobił mnie jeden szczegół. Nie zdradzając finału, powiem tylko tyle, że występuje tam niejaki Bakcyl, który tłumaczy się z bicia i przemocy wobec swojej pasierbicy tym, że sam był bity w dzieciństwie. Taka reakcja jest psychologicznie nieprawdopodobna. Zwykle samousprawiedliwianie polega na tym, że delikwent mówi: byłem bity i na dobre mi to wyszło, dlatego sam stosuję takie właśnie metody wychowawcze. O zachowaniach odwrotnych nigdy nie słyszałem. Dlaczego Axelsson w dobrze przemyślanej przecież książce używa takiego chwytu? Mam niestety podejrzenie, że bierze się to z wierności koncepcjom poprawnym i słusznym. Mainstreamowi psycholodzy od zawsze twierdzą, że przemoc rodzi przemoc, co dla Szwedki Axelsson jest tak oczywiste, że wkłada tę tezę (pewnie zresztą słuszną) w usta kogoś, kto nigdy by jej nie wypowiedział. Od kiedy jednak dobra literatura sprowadza się do namolnej (bo nieprawdopodobnej) egzemplifikacji jedynie słusznych teorii.

Co to wszystko ma jednak wspólnego z Noblem dla Jelinek? Myślę, że obie panie maja bardzo podobną wizję świata, używają tylko krańcowo różnych środków dla jej wyrażenia. Axelsson używa do jego opisu języka życzliwego, baśniowego, ciepłego emocjonalnie. Jelinek przeciwnie – rzeczywistość opresyjnych mężczyzn i ciężkiego losu kobiet przedstawia językiem ostrym, zdekonstruowanym, brutalnym tak samo, jak świat, który ich otacza. Jurorzy komitetu noblowskiego uznali widać, że literacko jest to bardziej spójna koncepcja. Trudniejsza w odbiorze, ale ciekawsza.

Na koniec pochwała dla Wydawnictwa W.A.B. za oprawę graficzną. Okładki kolejnych tomów Axelsson są ozdobione pracami Joanny Szachowskiej (autorki opracowania graficznego), które nie tylko, że są same w sobie plastycznie interesujące, to jeszcze bardzo dobrze oddają nastrój panujący w środku. W ogóle powiedzmy, że książki W.A.B. cechują się przyzwoitą grafiką (podobnie jak Muza), co jest wyjątkiem na oszczędnym i przaśnym polskim rynku. Nawet bardzo ambitne wydawnictwa, jak Czarne czy Świat Książki, mają co drugą okładkę po prostu… nieapetyczną, nie zachęcającą do wzięcia książki do ręki i nie korespondującą z treścią książki.

Majgull Axelsson, Dom Augusty, W.A.B., Wyd. II, Warszawa 2008

 


[1] Dom Augusty, s. 251

[2] Jadwiga Staniszkis, Życie umysłowe i uczuciowe, Czerwone i Czarne, Warszawa 2010, s. 246

wtorek, 12 kwietnia 2011
Południca Julii Franck

Julia Franck Południca okładkaPoczątkowo chciałem potraktować tę książkę, jako część trylogii szczecińskiej wraz dwoma tomami Ingi Iwasiów, ale okazało się, że Szczecin odgrywa u Julii Franck zupełnie marginalną rolę i akcja równie dobrze mogłaby się dziać w Królewcu lub Hamburgu. Poza tym są to książki zupełnie odmienne, zarówno formalnie jak i fabularnie, ale przede wszystkim Franck nie ma ambicji przedstawienia żadnej panoramy, żadnej syntezy. To zupełnie inna półka literacka.

Waham się, jak ostatecznie podsumować Południcę. Na pewno jest to książka wzorowa pod względem warsztatu. Julia Franck dobrze czuje język, jej opisy są być może wyczerpujące, ale nie nużące. Czyta się to po prostu dobrze, z zainteresowaniem i jest to największa zaleta tej książki. Podobnie konstrukcja jest bez zastrzeżeń. Ale coś jednak przeszkadza.

Akcja powieści zaczyna się Budziszynie. Helena pojawia się na świecie w rodzinie drobnego, cenionego w swoim środowisku przedsiębiorcy. Jej matka powoli pogrąża się w chorobie psychicznej, ale to w niczym nie osłabia miłości, jaką darzy ją jej mąż, ojciec Heleny. W tle tego związku czujemy jakiś mezalians. Pierwsza wojna destruuje i tak nie najlepsze życie tej rodziny. Ojciec wraca z frontu jako kaleka, córkom nie udaje się samodzielnie poprowadzić rodzinnego biznesu, choroba matki się pogłębia. Obserwacje psychologiczne są najciekawsze w tej właśnie części książki. Zastanawia, a może i budzi zazdrość, wierność młodzieńczej miłości ojca rodziny do swojej żony, nawet wtedy, gdy jej psychika jest już wykoślawiona i kontakt z nią jest bardzo ograniczony. Najbardziej poszkodowane są w tym układzie córki znajdujące się na emocjonalnym marginesie. Helena zaczyna pracować jako pielęgniarka, odnajduje się w tym zawodzie, ale okazuje się, że nie ma przed nią perspektywy rozwoju, bo nie będzie mogła studiować medycyny, o czym marzy. Siostry postanawiają skorzystać z zaproszenia ciotki i wyjechać do Berlina. Zła sytuacja w domu rodzinnym, zwiększa ich samodzielność i zmusza do wzięcia swojego losu we własne ręce.

W Berlinie dziewczęta trafiają do środowiska bohemy, a raczej z pretensjami do bohemy i to raczej towarzyskiej niż artystycznej. I tu już mamy standardową kliszę: jak środowisko cyganerii, to narkotyki i balowanie do białego rana i poranny kac, jak mieszkające wspólnie kobiety, to miłość lesbijka. Los jednak uśmiecha się do Heleny, zakochuje się miłością pierwszą, szaloną i odwzajemnioną. Jej ukochany jednak ginie w wypadku, a jej życie traci barwy i zamienia się w wegetację. Po pewnym czasie pojawia się jednak absztyfikant. Zakochany, zdeterminowany, proponujący małżeństwo.

W międzyczasie zmienia się też świat zewnętrzny, psychicznie chorych się izoluje, a posiadanie ich w rodzinie może świadczyć o genetycznym obciążeniu. Trzeba też wszędzie, zwłaszcza przy ślubie, legitymować się aryjskim pochodzeniem, a Helena ma z tym problem. Rozjaśnia się, jaki mezalians popełnił jej ojciec. Narzeczony Heleny jest jednak tak zdeterminowany, że załatwia jej lewe papiery i Helena zamienia się w Alicję. Po ślubie mąż daje się poznać jako nazista, a równolegle z ujawnianiem się jego poglądów politycznych, okazuje się, że jest tępakiem, buhajem, opojem i na dodatek rasistą. No, tu już autorka przesadziła znacznie, bo antysemitą nie staje się w nocy z czwartku na piątek, jeżeli miał takie skłonności, to po co żenił się z Żydówką i jeszcze na dodatek fałszował jej papiery biorąć na siebie współodpowiedzialność za ukrywanie Żydów? Tutaj stereotypizacja pokazała się w całej rozciągłości, zresztą w sposób charakterystyczny dla literatury niemieckiej, która najchętniej pokazuje hitlerowców w takich właśnie barwach (tępi, brutalni) i na dodatek w opozycji do całej reszty (większości) społeczeństwa – przypomniał mi się tutaj Kirst, inny rodzaj literatury, ale na pewno charakterystycznej dla Niemców. Nie chcę wdawać się w dywagacje socjologiczno-historyczne, powiem tylko, że jest to obraz nieprawdziwy i na przykład filmowcy (co prawda spoza Niemiec) widzieli ten problem w sposób dużo bardziej finezyjny, żeby przywołać tu chociaż Zmierzch bogów Viscontiego, Kabaret Boba Fosse’a czy Jajo węża Bergmana.

Z finalnym podsumowaniem mam spory problem, bo z jednej strony książka w sposób przejmujący pokazuje losy dziewczyny systematycznie gruchotane przez historię, pokazuje sporo ciekawych sytuacji, z drugiej jednak ulega stereotypom na poziomie takim, jak zestandaryzowane wypracowanie maturalne dziewiętnastolatki. Czy dowiedziałem się z tej książki czegoś nowego o postawach Niemców, o niuansach ich historii, a może chociaż przeżyłem jakieś oczarowanie egzystencjalne? Czy pojawiły się jakieś nowe pytania? Chyba jednak nie. Ale mimo to czytałem z przyjemnością. Po wahaniach 7/10.

Julia Franck, Południca, W.A.B. 2010

wtorek, 05 kwietnia 2011
O Van Goghu czyli Pasja życia Irvinga Stone

Irving Stone, Pasja życia recenzja blogIrving Stone, Pasja życia, Muza 2008

Książka sprzed wielu lat, pamiętam jeszcze, jak czytała ją moja matka, gdy byłem dzieckiem. Ale upływ czasu niewiele Pasji życia zaszkodził. W zamyśle miała to być powieściowa opowieść o życia Vincenta Van Gogha, łatwa w czytaniu, skoncentrowana raczej na faktografii z życia bohatera niż ambicjach literackich autora. W tej kategorii książka nadal jest ponętna: linearna fabuła, potoczystość narracji, duża życzliwość wobec Van Gogha powodują, że czyta się to niemałe przecież dziełko z przyjemnością, znajdując przy literaturze błogie odprężenie. A na dodatek poznajemy dość szczegółowo biografię wielkiego malarza, znanego głównie z ekscesów w końcówce swojego żywota, a te jak się okazało, wcale nie były najciekawsze. Dwie rzeczy mnie w jego biografii zafascynowały. Jedna to skłonność do solidarności z ludźmi wszelkich marginesów: obyczajowych, ale i ekonomicznych. Kosztowało go to zwichnięcie kariery pastora, ponieważ tak dalece sfraternizował się z ubogimi górnikami na swojej pierwszej placówce duszpasterskiej, że sam popadł w skrajną nędzę uniemożliwiającą mu wykonywanie obowiązków (przynajmniej według ówczesnych wyobrażeń na ten temat).

Druga ciekawostka to determinacja, aby życie poświęcić malarstwu. Przez wiele lat nikt nie tylko nie kupował jego obrazów, ale nawet nikt nie chciał ich wystawiać. Przez całe swoje życie sprzedał tylko jeden obraz. Żył ubogo utrzymując się z niewielkich darowizn od swojego brata, który jako jedyny wierzył w jego talent. A mimo tych wszystkich przeciwności losu był przekonany o słuszności wyboru swej życiowej i artystycznej drogi. To rzadkie i ciekawe. A dzięki wielkoduszności Theo Van Gogha (owego brata) i determinacji Vincenta w korytarzu mojego domu wiszą cudowne słoneczniki, które widzę kilkanaście razy dziennie.

W czasie czytania korzystałem z kilku albumów poświęconych Van Goghowi i przy okazji konfrontowałem szczegóły z jego biografii - mogę potwierdzić, że Stone jest faktograficznie wiarygodny. Książka warta polecenia wszystkim zainteresowanym biografistyką i malarstwem, może nie jest to arcydzieło literatury, ale czyta się z przyjemnością, recenzja na 7/10.

Zakładki:
10TOP tego bloga
A to mój nowy blog historyczny
Obejrzane - Film
Obejrzane - Teatr
Przeczytane
W oczekiwaniu
Zaglądam na blogi