Kategorie: Wszystkie | Film | Historia | Książki | Teatr | Wypady
RSS
niedziela, 25 marca 2012
Historia jednego obrazu

Maja Berezowska, Portret Zofii Dąbrowskiej (Zinserling)W Studium Teatralnym bardzo ciekawe spotkanie z projektem Historia jednego obrazu. Co miesiąc S/T organizuje wydarzenie (trudno to nawet nazwać) poświęcone jednemu obrazowi. Za każdym razem scenariusz jest inny. W lutym był to portret małej dziewczynki, Zosi Dąbrowskiej (dzisiaj Zinserling), autorstwa Mai Berezowskiej. Obraz powstał w czasie okupacji, kiedy Maja Berezowska ukrywała się we dworze Moniaki, należącym do rodziców ówcześnie kilkuletniej Zosi. Artystka chciała poprzez uwiecznienie podobizn domowników jakoś odwdzięczyć się rodzinie ofiarującej jej gościnę.

Widownia zorganizowana została w stylu przedwojennej kawiarni, której nastrój tworzyła muzyka z epoki w wykonaniu Orkiestry Wczorajszego Fasonu i piosenki śpiewane przez Alicję Ruczko vel Damę Lamę. W międzyczasie dr Katarzyna Nowakowska-Sito opowiadała o twórczości i biografii Mai Berezowskiej, a Zofia Zinserling gawędziła z publicznością o okolicznościach powstania swojego portretu. Atmosferę kawiarni podtrzymywało rozdawanie w trakcie trwania przedstawienia przekąsek, napojów, a nawet wódki. Po wszystkim zaś przyszedł czas na luźne rozmowy, spotkania, wymianę myśli, a w tle nadal grała muzyka i sączyły się urocze piosenki.

Orkiestra Wczorajszego Fasonu

Całość urzekała bezpretensjonalnością, luzem, naturalnością. Po raz pierwszy w życiu, w czasie trwania przedstawienia teatralnego, opychałem się przystawkami (serwowanymi przez członków zespołu S/T), popijałem kawą  i z błogością słuchałem przeuroczych opowieści, przetykanych nastrojową muzyką.

Dzięki prezentacji dr Nowakowskiej-Sito (Kasiu, dziękujemy) okazało się, że Maja Berezowska była nadzwyczaj ciekawą osobą i artystką. Przed wojną zasłynęła z odważnych grafik o tematyce erotycznej publikowanych w humorystycznych czasopismach „Cyrulik Warszawski” czy „Szpilki”. Pod koniec lat trzydziestych zamieszkała w Paryżu, gdzie opublikowała cykl karykatur Miłostki słodkiego Adolfa w czasopiśmie „Ici Paris”. Ambasada niemiecka wytoczyła jej proces, zakończony symboliczna grzywną. Wtedy nie było to nic poważnego, proces zadziałał nawet na jej korzyść, potem jednak sytuacja się zmieniła i w czasie okupacji była poszukiwana przez Niemców. Z tego właśnie powodu ukrywała się w Moniakach. Do ciekawostek należy przekonanie rodziny p. Zofii, że pomocy udzielali Żydówce i to jej pochodzenie było przyczyną jej ucieczki z Warszawy. Było to ich błędne założenie, którego nawet nie przyszło im do głowy sprawdzać, ale nie przeszkadzało to im udzielać jej gościny bez ograniczeń. W końcu Niemcy dopadli w Warszawie Maję Berezowską i zesłali ją do Ravensbrück. Na szczęście przeżyła i dalej malowała swoje erotyki publikowane w „Szpilkach”. Była też cenioną ilustratorką książek. A o prawdziwej przyczynie jej ukrywania się p. Zofia dowiedziała się w czasie Historii… .

Po zakończeniu części oficjalnej, w czasie rozmowy z Panią Zofią Zinserling dowiedziałem się mnóstwa fascynujących szczegółów z okupacyjnej historii rodziny, a także i tego, że dwór drewniany w Moniakach, gdzie powstał ów portret, po wojnie został znacjonalizowany, popadł w ruinę i w wyniku usilnych prób ocalenia został przeniesiony na podzamcze w Janowcu, co było jedyną metodą ratunku tego zabytku przed całkowitą zagładą.

W tym momencie bezbrzeżne zdumienie odmalowało się na twarzy stojącej obok mojej córki. Okazało się bowiem, że właśnie ten dwór został przez nią wybrany jako archetyp architektury polskiego dworu drewnianego i tydzień wcześniej uwieczniony w postaci akwareli, prezentowanej poniżej. Nie znała ona jednak jego historii, znała wyłącznie położenie w Janowcu i idąc posłuchać o dworze Zofii Zinserling nie miała pojęcia, że może się to jakoś łączyć. Wydaje mi się, że to właśnie jest coś niezwykłego, co charakteryzuje S/T, że nie można być pewnym co się usłyszy i czego się dowie, nie tylko o obrazach czy spektaklach, ale i o sobie, o swoim życiu, o przyjaciołach. Wynika to z tej niewymuszonej atmosfery i pewnej nieprzewidywalności tego miejsca. I właściwie w tym momencie rozpoczyna się historia innego obrazu i być może innego przedstawienia w S/T. A kolejne koło historii się zamknęło i nieoczekiwanie splotły się ludzkie losy za pośrednictwem dwóch obrazów.

Dwór Moniaki, aktualnie na podzamczu w Janowcu

Historia jednego obrazu, 25 luty 2012, Maja Berezowska, Portret Zofii Dąbrowskiej (Zinserling), Studium Teatralne, Warszawa, ul. Lubelska 30/32



poniedziałek, 19 marca 2012
Nieskończona historia w inscenizacji Piotra Cieplaka

Nieskończona historia w Teatrze Powszechnym była przeżyciem wysokiego lotu. To opowieść o jednym dniu mieszkańców pewnej kamienicy. Poznajemy zakompleksionego nauczyciela rysunku, trenera Trampka, dwie staruszki: panią Dworniczkową i panią Dąbkową, a do tego kobietę w ciąży i małżeństwo znajdujące się w stanie permanentnego sporu. Każda z postaci mówi o swoim życiu, kłopotach, tęsknotach, słabostkach, i zadziwieniach. Właściwie nic nowego.

Wydarzenia banalne dzieją się w rytm muzyki  filharmonicznej i nagle ta banalność dnia codziennego nabiera wymiaru metafizycznego. Zwykłe ludzkie sprawy przestają być zwykłe, przekraczają swoja miarę i mamy świadomość uczestnictwa w misterium. Cieplak poprzez nadanie dramatowi rytmu oratoryjnego ten efekt potęguje.

Sztuka została wyreżyserowana bardzo precyzyjnie. Każda kwestia została zakomponowana na swój niepowtarzalny sposób, każdy ruch na scenie czemuś służy. Cieplak osiągnął poziom perfekcji rzadko występujący we współczesnym teatrze. Skoordynowanie tekstu, gestu, ruchu scenicznego, muzyki, scen grupowych jest prawie idealne i zawsze czemuś służy. Nie odrealniając codziennej  rzeczywistości przesuwa ją w kierunki mistyki. Widzowie naraz uczestniczą w prostych sprawach prostych ludzi i naraz mają poczucie wzniosłości. To piękny efekt.

Nie wiem tylko, czy właśnie ten tekst zasłużył na tak doskonałą inscenizację. Współczesny człowiek ma często dojmujące poczucie nieadekwatności świata. Czy maksimum tego, co może dać mu sztuka, to tylko potwierdzenie tego faktu wyrażone językiem artystycznym? Tylko tyle?

Dookoła nas jest mnóstwo konfliktujących się wartości, nierozwiązywalnych problemów egzystencjalnych, dramatów niemożności. Niezaspokojony ciągle czekam, że sztuka zacznie mówić o tych sprawach najistotniejszych, że doskonała forma będzie współgrała z najważniejszymi treściami. I jeżeli od kogoś tego oczekuję, to od takich Artystów jak Piotr Cieplak.

Artur Pałyga, Nieskończona Historia, reż. Piotr Cieplak, Teatr Powszechny w Warszawie, premiera 10 marca 2012.

Nieskończona historia, reż. Piotr Cieplak, recenzja



wtorek, 13 marca 2012
Szpieg. Film i książka

Le Carre, Szpieg, okładka książki, recenzjaTo jedna z najlepszych książek Le Carrégo, być może druga w kolejności, tuż za Uciec z zimna. Przynależy do cyklu książek o George’u Smileyu, niepozornym, grubiutkim facecie, który cechuje się nieprawdopodobną inteligencją i zdolnościami analitycznymi. Tym razem okazuje się, że na samej górze centrali angielskiego wywiadu (zwanej Cyrkiem) znajduje się kret. Aby go zidentyfikować, z emerytury zostaje ściągnięty właśnie Smiley. Rozpoczyna żmudne, wielowątkowe śledztwo, prowadzone w tym trudniejszych warunkach, że nikt z Centrali nie może się o nim dowiedzieć. Aż do finałowej sceny, sam Smiley też nie wie, kto jest owym kretem, mimo że rozszyfrował już mechanizm supertajnej akcji wywiadowczej rzekomo prowadzonej przez Cyrk, ale tak na prawdę sterowanej z Moskwy.

Okazuje się, że agentem był B. (nie chcę powiedzieć za dużo), który ma wiele cech Kima Philby’ego, a dobrze wiedzieć, że karierę Le Carrégo w brytyjskich służbach specjalnych zakończył właśnie Philby dekonspirując go przed swoimi moskiewskimi mocodawcami. Taka mała literacka zemsta.

W tworzeniu misternej układanki powiązań, zależności, pozornych drobiazgów Le Carré osiągnął mistrzostwo. Smiley zaskakuje przenikliwością, zdolnością do wiązania ze sobą pozornie kompletnie nie łączących się faktów. Przy tym zachowuje spokój wynikający z pewności, że w końcu uda mu się z drobnych kawałeczków ułożyć obrazek, na którym znajdzie się poszukiwany kret.

Nie jest to jednak książka tylko o szpiegowskiej, a w tym wypadku kontrwywiadowczej analizie. To również opowieść o lojalności, przyjaźni, wierności, zdolności do poświęceń, wreszcie dumie. Ale także o skutkach naruszenia tych wartości, które objawiają się w zgoła zaskakujący sposób. Warto być bystrzakiem, ale też warto być po prostu przyzwoitym. Czasem niestety te dwie opcje stają w sprzeczności…

W przypadku Le Carrégo,  pod płaszczem autora przenikliwych, superinteligentnych  powieści szpiegowskich ukrywa się wnikliwy obserwator ludzkiej psychologii, moralista pełen zadumy nad kolejami ludzkich losów, zderzeń konieczności  i wolnej woli czy konfliktu powinności i dobrych uczuć.

Po przeczytaniu książki, dowiedziałem się, że za chwilę pojawi się w kinach jej ekranizacja. Łatwo sobie wyobrazić, z jakim napięciem na nią czekałem. Tym bardziej, że oceniałem Szpiega jako jedną z łatwiej filmowalnych powieści Le Carrégo.

Szpieg, film, recenzja

Film mnie w zasadzie nie zawiódł. Dobrze oddaje specyficzną atmosferę angielskich służb. Reżyser też nic kombinował z fabułą i podążał dość szczegółowo za książką, zatem klub fanów Le Carrégo (do którego się zaliczam) powinien być usatysfakcjonowany. Niewielkie odstępstwa, na przykład przeniesienie akcji jednego z wątków do kawiarni w Budapeszcie, zamiast na manewry wojskowe w Czechosłowacji, jest uzasadnione potrzebami filmu, który musi żywić się dobrymi wizualnie scenami. Jedyne zastrzeżenie w zakresie wierności pierwowzorowi literackiemu mam do sposobu pokazaniu głównej postaci, Smileya. W filmie jest to nobliwie wyglądający angielski dżentelmen, o nienagannym wyglądzie, dopięty na ostatni guzik. Podczas gdy w pierwowzorze był „mały, pękaty (…) nogi miał krótkie, krok bynajmniej nie sprężysty, strój drogi, ale źle dopasowany, mankiety płaszcza prawie zakrywały palce, bo albo rękawy były za długie, albo ręce za krótkie.” (s. 25) Jego wygląd jest o tyle istotny, że zasadniczo kontrastował z jego możliwościami intelektualnymi i u postronnych wywoływał lekceważenie, przechodzące w miarę upływu czasu w zdumienie, a na końcu w podziw. No i oczywiście to hollywoodzkie zakończenie, którego reżyser mógł sobie darować. Poza tym wszystko jest OK.

Widzowie mają przyjemność uczestniczenia w rozwijającym się śledztwie, napięcie rośnie, mnożą się różne poszlaki, łamigłówka się komplikuje. Oprócz przyjemnych uczuć związanych z wkręcaniem w intrygę szpiegowską mamy też satysfakcję uczestniczenia w swoistym wyzwaniu intelektualnym i nasze IQ zaczyna mieć coś do powiedzenia. Za Smileyem nie jest łatwo nadążać, ale wszyscy się starają i niestety najczęściej udają, że nadążyli. Reżyser bowiem nadmiernie skomplikował i tak już trudny kluczowy moment ujawnienia wywiadowczej intrygi Rosjan. Przyznaję uczciwie, że gdyby nie wcześniejsza znajomość książki, to nie połapałbym się, co się właśnie na ekranie stało i dlaczego. To właśnie obniża moją ocenę dla filmu.

Le Carré, Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg, recenzjaNa koniec słowo o zmianie tytułu książki, znanej jako Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg. Pod wpływem filmu, który uprościł tytuł do jednego słowa Szpieg (co jest zrozumiałe), polski wydawca zmienił (!) tytuł książki i nowe wydanie wypuścił też pod tytułem Szpieg wywołując chaos poznawczy u wszystkich miłośników Le Carrégo. To chyba pierwszy taki przypadek w historii polskiego edytorstwa, który bardzo źle świadczy o „Świecie Książki”, które równie dobrze mogłoby zmienić nazwę na „Wszystko na sprzedaż”. Bardzo proszę wydawcę, aby następne wydania, powróciły do tytułu pierwotnego, które dokładnie oddaje tytuł angielskiego oryginału.

Podsumowując książka zasługuje bez wątpienia na 10/10, film 8/10 za niejasności w końcówce, pozostałe uchybienia są łatwe do wybaczenia.

John Le Carré, Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg, Świat Książki Warszawa 2010, wydanie w roku 2011 pod tytułem Szpieg.

Szpieg, reż. Tomas Alfredson, 2011.



niedziela, 04 marca 2012
Król Kier znów na wylocie

Tym razem recenzja mojej córki.

"Król Kier znów na wylocie" to sztuka na motywach powieści Hanny Krall pod tym samym tytułem, opartej na prawdziwej historii. Przykuwa uwagę dużą energetycznością, budową fragmentaryczną i dynamiczną, dzięki czemu każe widzowi mocno się koncentrować i nie pozwala się nudzić. Ze sceny na scenę fabuła uzupełnia się i rozwija, i mimo, że na zmianę odgrywane są fragmenty z różnych czasów i różnych miejsc, na koniec historia składa się w całość, zamyka się sceną, którą się zaczęła, która oddaje istotę losów głównej bohaterki, Izoldy Regensberg, vel Marii Pawlickiej.

Król kier znów na wylocie, recenzja

Główna bohaterka całe swoje życie, wszystkie działania i system moralny zorientowała na ocalenie swojego męża, który trafił do Auschwitz, a stamtąd do Mauthausen. Zachowywała się jakby nie było Boga, ani żadnych zasad. Nie cofała się przed kłamstwem, wiarołomstwem, prostytucją, nie dbając o życie swoich bliskich, ani swoje własne, „cały świat mógł zginąć, spalić się, byle żył on jeden”. Jej historia była bardzo burzliwa, między innymi uciekła z obozu pracy, była w transporcie do obozu koncentracyjnego, udawała Polkę i Niemkę, podawała się za pielęgniarkę, żeby uciec do Berlina. Smutnym podsumowaniem było to, że gdy się odnaleźli, przy czym ona była pewna, że to za jej sprawą mąż przeżył, ona nie umiała się cieszyć, a on nie umiał zapomnieć i w końcu opuścił ją w latach siedemdziesiątych. Starość spędziła u córki w Izraelu, w chorobie, nie mając komu opowiedzieć swojej historii.

Twórczo została wykorzystana w sztuce kreda, którą pierwszy pojawiający się na scenie aktor wyjmuje z kieszeni i zaczyna kreślić prostopadłe linie, głośno mówiąc o narodzie, który prawie zmieciono z powierzchni ziemi. Scena ta wprowadza w temat, wprowadza w klimat, burzy spokój widza, który patrzy jak piękną polichromowaną podłogę ktoś brudzi i niszczy, wykrzykując przy tym liczby świadczące o tragedii. Dalekie jest to od smętnej melancholii martyrologicznej, jest to zupełne jej przeciwieństwo i taka jest cała sztuka. Dalej kreda odgrywa zasadniczą rolę w scenografii. Używany jest stół i kilka metalowych krzeseł, które tworzą raz salon fryzjerski, raz pociąg, raz celę, a cała reszta przedstawiana jest za pomocą linii prostopadłych rysowanych przez jednego z aktorów na podłodze, podczas gdy opowiada on o miejscu, w którym się znajduje. Mówi gdzie są tory, albo drzwi, albo róg ulic, albo zaznacza strażniczki na Pawiaku. Ułatwia to przedstawienie wielu miejsc akcji, scenografia staje się transparentna. Pomysł wziął się wprost od Hanny Krall, która słuchając Izoldy (scena na Pawiaku) poprosiła ją, żeby to wszystko narysowała i pomysł ten fantastycznie wykorzystał reżyser Piotr Borowski.

Atmosferę tworzy także bardzo dynamiczna, przerysowana gra, mająca oddać nierealność tamtej rzeczywistości, przeżyć, których nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, w opozycji do oszczędnej scenografii. Wrażenie robi niesamowita żydowsko-jazzowa muzyka oparta na kompozycjach Johna Zorna połączona z odgłosami przejeżdżających pociągów (teatr znajduje się obok Dworca Wschodniego) wpisującymi się w treść.

Kunszt aktorski widać po tym, że czterech aktorów zdołało wcielić się w sumie w przynajmniej kilkanaście ról, które były dla widza rozpoznawalne w klarowny sposób. Brakowało mi jednak autentyczności w grze, w momentach nie wymagających wielkiego dynamizmu, ekspresyjnej gry ciałem, np. w czasie zwykłej, naturalnej rozmowy. Oczywiście efekt „zwyczajności” w teatrze jest najtrudniejszy do uzyskania, jednak wydaje się, że powinien być osiągalny dla ekipy na tak wysokim poziomie.

Ciekawą rzeczą jest, jak funkcjonuje samo Studium. Za salę teatralna służy była hala fabryczna, wykorzystywana przez ST od 97 roku. Wśród znajdujących się tam już wcześniej filarów, czarnych ścian, zasłoniętych okien uwagę zwraca polichromowana podłoga, na wzór polskich synagog. W każdym wydarzeniu w teatrze widać ogromne zaangażowanie całej ekipy, pracę, którą wkładają we wszystko co robią, dążenie do rozwoju, nie osiadania w miejscu, pogłębiania i doskonalenia. Przy czym z resztą świetnie się bawią. Jest to miejsce spotkań: regularnie widują się tam ludzie współpracujący przy różnych teatralnych wydarzeniach od lat, przyprowadzają swoich przyjaciół, wieść o teatrze roznosi się w znacznym stopniu pocztą pantoflową i ten, kto tam przyjdzie, zapewne spotka swoich starych znajomych, a nawet jeśli nie, poczuje się jak u siebie i z pewnością nawiąże nowe kontakty i spędzi dużo czasu na zupełnie zaskakujących swoim poziomem rozmowach. Wszystko to razem tworzy absolutnie niepowtarzalna atmosferę.

Reżyser zdradza, że przy pracy wspólnie z aktorami ustala szczegóły, pracują metodą projektu. Nie jest to teatr repertuarowy, grywa bardzo rzadko, w tym na festiwalach. Jednak mimo trudności finansowych (teatr utrzymuje się z dotacji, projektów rozpisywanych np. do Miasta Stołecznego Warszawa czy Ministerstwa Kultury i w znacznym stopniu z „własnej kieszeni”) starają się funkcjonować tak, aby aktorzy nie traktowali teatru jako zajęcie „po godzinach”, wkładają w niego dużo pracy, dużo czasu, zachowują się jak etatowi aktorzy.

Ciekawym problemem jest sens istnienia teatru alternatywnego w dzisiejszych czasach. Forma ta powstała jako opozycja do teatrów doby PRL-u, jako kontrkultura, zmuszająca pierwszy obieg do dyskusji. Był to rodzaj rozmowy z rzeczywistością, rozmowy, która była bardzo potrzebna młodym, próbującym się odnaleźć, szukającym odpowiedzi na dręczące pytania, sposobów na funkcjonowanie w komunistycznym świecie. Teatr alternatywny był ich teatrem. Jednak po 1989 roku alternatywa przestała być potrzebna, dlatego takie teatry muszą znaleźć swoją rację bytu, muszą robić coś, co jest niemożliwe w teatrach repertuarowych. Powinny je wyprzedzać, ciągle drążyć, stawiać krok do przodu. I wydaje mi się, że można w ten sposób wyjaśnić funkcjonowanie Studium Teatralnego, które z powodzeniem realizuje rolę poszukiwacza rzeczy niemożliwych bez swoistej kameralności i umownej offowości.

Anna

Zakładki:
10TOP tego bloga
A to mój nowy blog historyczny
Obejrzane - Film
Obejrzane - Teatr
Przeczytane
W oczekiwaniu
Zaglądam na blogi