Kategorie: Wszystkie | Film | Historia | Książki | Teatr | Wypady
RSS
wtorek, 29 marca 2011
Bobkowski, chuligan wolności

Bobkowski, Tobie zapisuję Europę. Listy do Iwaszkiewicza, okładka

Zaciekawił mnie Bobkowski, facet całkowicie niezależny i wolny, swojego rodzaju chuligan wolności. Opuścił Francję i udał się w nieznane, do Gwatemali, chcąc opuścić intelektualny grajdołek pogrążony w koteryjności i intelektualnej pozorności. Jak napisał w jednym z listów:

Co do tzw. kultury, którą opuszczam, to ostatnio tak zacząłem ją mieć gdzieś, że nie ma we mnie żadnego żalu. Może to coś w rodzaju uczucia, a raczej potrzeby, jaką odczuwa panna ze starej, arystokratycznej rodziny, do puszczenia się z jurnym, dołkowatym szoferem. Obawiam się jednak, czy nie pochlebiam sobie zanadto tym porównaniem.[1]

Za wolność płaci się cenę – żył w Gwatemali z produkcji modeli latających, pisał niewiele odcięty od swojego naturalnego środowiska. Pozostał jednak wierny sobie i całkowicie osobny, ale wart czytania. Jego twórczość przezywa swoisty renesans, są wznawiane najlepsze Szkice piórkiem, ukazało się kilka tomów listów i mniejszych utworów. Najlepsze prace powstały jednak w Europie, czy za wolność nie zapłacił za wysokiej ceny?

Wracając do tomu listów, dużą przyjemność sprawił mi przedstawiając fatalną opinię o wydrukowanym pierwszym fragmencie Popiołu i diamentu.

Przerażony byłem fragmentem jakiejś nowej powieści Andrzejewskiego. Potworne. Co to się wyprawia, jak można w ogóle tak pisać, jeżeli ma się ambicje bycia czymś więcej niż Norden. Smutne. Ponure.[2]

On to widział już w 1948, a w Polsce Popiół i diament był na liście lektur szkolnych jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, a film Andrzeja Wajdy dziś nawet uchodzi za arcydzieło, skrzętnie powtarzane w TV. Nie przeszkadza tej dziwnej legendzie nawet wiedza, w jaki sposób owa potwornie stronnicza książka powstała, a powstała na zamówienie Urzędu Bezpieczeństwa na podstawie materiałów dostarczonych autorowi z tej ponurej instytucji, nie świadczącej zwykle byle komu usług mecenatu literackiego.

Dlaczego on to widział od razu, a profesorowie od literatury nie zauważyli tego nawet po kilkudziesięciu latach? Bo był niezależny, poza koteriami, nie musiał liczyć się z opiniami środowiska, od którego nie był uzależniony, ani finansowo, ani opiniotwórczo. I dlatego warto go czytać. 7/10.

Andrzej Bobkowski, Tobie zapisuję Europę. Listy do Jarosława Iwaszkiewicza, Biblioteka „Więzi” 2009.


[1] s. 84.

[2] s. 70.

wtorek, 22 marca 2011
Na plaży Chesil Iana McEwana

Piękny świat miłości powstającej między dziewczyną i chłopakiem, świat obaw i niepewności co do własnych uczuć i potrzeb. Inicjacja, na którą czekają z nadzieją i lękiem na przemian. Cudowny kosmos, który starym koniom (takim jak ja) dostępny jest już tylko we wspomnieniach i w lekturach, takich jak Na plaży Chesil. I niestety „to se ne wrati”. Nie da się tego przeżyć jeszcze raz, lepiej, inaczej, pełniej, mądrzej.

Na plaży Chesil Ian Mc Ewan recenzjaPara nowożeńców przybywa w czerwcu 1962 roku do hoteliku na południowym wybrzeżu Anglii, aby spędzić tam noc poślubną. Florence, córka biznesmena i filozofki, jest utalentowaną skrzypaczką marzącą o założeniu własnego kwartetu smyczkowego. Edward to zdolny absolwent historii, interesujący się wpływem wielkich ludzi na kształt dziejów. Oboje z niepokojem myślą o chwili, gdy skonsumują swoje małżeństwo - ona boi się fizycznego zbliżenia, on obawia się, że nie sprosta.

Oboje inteligentni, kulturalni i wrażliwi, jakby dla siebie stworzeni, mają szansą na wspólną przyszłość, jednak perspektywa nieuchronnie zbliżającej się nocy poślubnej budzi, zwłaszcza w młodej żonie, przerażenie graniczące z histerią. Młodej artystce, dla której środowiskiem naturalnym i największą pasją była muzyka, wszelka cielesność wydaje się prostacka i żenująca. Jak długo się dało, Florence nie zaprzątała sobie tym głowy, a zakochany Edward liczył w skrytości ducha, że jakoś się to samo rozwiąże po ślubie. Tak więc w kontaktach z narzeczonym dziewczyna czerpała radość głównie z fascynujących rozmów i podziwu dla jego intelektu, on zaś dzielnie starał się tłumić rosnące pożądanie, by nie wydać się jej pospolitym i trywialnym. Aż nastąpił ten dzień...

Tu niestety musi nastąpić spoiler. Noc poślubna kończy się klęską. I najważniejsze nie jest to, co stało się w alkowie, ale to, co wydarzyło się później, na tytułowej plaży Chesil. Okazało się, że młodzi nie są w stanie się porozumieć. Obydwoje oczekują czułości, empatii ze strony partnera, ale sami uzewnętrzniają tylko pretensje z powodu niespełnienia (jakże różnie rozumianego). Jakby pod władzą jakiegoś fatum, zamiast skupić się na tym, co zrobić, aby ich, ciągle bardzo pozytywne oczekiwania zrealizować, sprawiają sobie wzajemnie ból ostrymi ocenami i przerzucaniem się odpowiedzialnością za niespełnienie. Chcą dobrze, kochają się, widzą wspólną przyszłość, ale mówią sobie nawzajem rzeczy straszne.

Obydwoje czują się ugodzeni w swoich najintymniejszych oczekiwaniach, ale nie znajdują adekwatnego języka, aby wyrazić, że oprócz tego bólu mają też dla siebie dużo czułości. Zabrakło im zdolności, aby pokazać złożoność swoich emocji, przecież ciągle, mimo wpadki, bardzo pozytywnych. Już w czasie tej finalnej awantury, Edward zdaje sobie sprawę, że mówi nie to, co chce powiedzieć, że brakuje mu języka, który byłby zrozumiały dla Florence.

Na końcu Florence ucieka z plaży. W tym momencie ona oczekuje, że Edward za nią pobiegnie, on oczekuje, że to ona zawróci. Nic takiego się jednak nie dzieje. Zabrakło tak niewiele. Stracili swoją szansę. Ich życie potoczyło się dalej bezbarwnie, pisane im szczęście rozpłynęło się, rozminęli się ze swoim przeznaczeniem, którym byli dla siebie.

McEwan ułatwił sobie zadanie umieszczając akcje powieści w latach sześćdziesiątych, czyli przed rewolucją seksualną. Uniknął w ten sposób pytania, czy dzisiaj w erze łatwo dostępnej edukacji seksualnej, taka sytuacja byłaby możliwa? Myślę, że jak najbardziej tak. Po pierwsze nie wszyscy zaliczają inicjację seksualną w wieku 16 lat, po drugie, już jeżeli, to wcale nie chroni ich to przed problemami o czym świadczą tłumy korzystających z pomocy seksuologów. Po trzecie wreszcie, głównym problemem tej pary, nie było to, co wydarzyło się podczas ich pierwszego razu, ale to, że nie umieli o tym porozmawiać, obdarzyć się nawzajem empatią, dać wyraz swoim niezaspokojonym oczekiwaniom, ale też i ogarniającej ich miłości. A takie problemy mamy ciągle, z tym tylko, że chyba rzadziej wiemy, co to jest miłość.

Jedna z najlepszych książek, jakie kiedykolwiek czytałem, 11/10.

Ian McEwan, Na plaży Chesil, Albatros 2008

wtorek, 15 marca 2011
Coraz dalej od miłości Schlinka

Schlink Coraz dalej od miłości okładkaNajciekawsze książki, na jakie ostatnio trafiam, to zbiory opowiadań, choć w istocie wolę pełnometrażowe powieści. Tak było z Orłosiem, teraz tak jest ze Schlinkiem. Jego opowiadania są tematycznie zróżnicowane, dzieją się w różnych miejscach świata, łączą je jednak dwie cechy: mówią o związkach między ludźmi i są oryginalne, to znaczy podejmują takie tematy, o jakich w innych książkach nie czytałem, ale przede wszystkim są zaprzeczeniem gładkich poprawności. Schlink – znany z powieści Lektor – szuka swojej własnej interpretacji, swojego głosu, pokazuje, że życie jest daleko bardziej skomplikowane i niejednoznaczne, niż na pierwszy rzut oka może się wydawać.

Pisać o każdym z opowiadań z osobna było by trudno, ale nie mogę się powstrzymać, przed posnuciem o moim ulubionym Obrzezaniu. Rzecz dotyczy związku między młodym Niemcem, Andim, studiującym w New Yorku a amerykańską Żydówką, Sarą. Młodzi się kochają, rzecz mogłaby być sielankowa, ale niestety nie jest. Ona w zachowaniu swojego partnera dopatruje się cech typowo niemieckich, on czuje się w ten sposób szufladkowany i oceniany, a w narastających utarczkach słownych wcześniej czy później pojawia się argument holokaustu, bo przecież Niemcy  to właśnie zrobili i czar pryska. Co dzień dzieli, noc na szczęście łączy, ale osady pozostają. Okazuje się, że uprzedzeń historycznych nie można tak łatwo przełamać i trudno budować związek pomiędzy ludźmi żyjącymi w różnych kulturach, różnych systemach odniesień. Andi chcąc przełamać bariery, a nawet więcej, inkorporować się do świata judaizmu decyduje się na obrzezanie. Jak się rzecz kończy nie powiem, natomiast powiem, że Schlink pisząc to opowiadanie zaimponował mi odwagą i to na wielu polach. Po pierwsze pisać Niemcowi na tak drażliwy temat nie jest łatwo, a już ekstremalnie trudno jest pisać w tym kontekście o żydowskich uprzedzeniach antyniemieckich (zresztą zrozumiałych) zachowując umiar i takt, ale przede wszystkim realizm i zdrowy rozsądek. Po wtóre autor poddaje w wątpliwość dogmat o pięknie związków miedzy ludźmi różnych kultur, no i tu mógłby narazić się na krytykę poprawnościowców, ale jest tak przekonujący w tym, co pisze, tak ludzki, że nie wyobrażam sobie, aby mógł się stać obiektem takiej krytyki. Odwagi i samodzielności w postrzeganiu świata to jednak na pewno wymagało, podobnie zresztą, jak w Lektorze.

W tagach tego bloga jest określenie „siły sensu” nadawane tym twórcom, którzy cechują się niesztampowością i zdolnością do płynięcia pod prąd powszechnie obowiązujących opinii. Schlink w tej kategorii powinien zostać liderem.

Inne opowiadania są do tego przedstawionego tematycznie zupełnie nie podobne, ale poruszające tematy gorące społecznie, jak współpraca ze Stasi, czy dość niefrasobliwa działalność obserwatorów w krajach Trzeciego świata lub interesujące egzystencjalnie, jak historia architekta żyjącego równolegle w trzech różnych związkach, czy jak historia męża, który po śmierci swojej żony dowiedział się o jej kochanku i to na dodatku człowieku dość podejrzanego autoramentu, co sprawdził osobiście nawiązując z nim kontakt.

Proza Schlinka jest formalnie minimalistyczna. Tylko tyle słów, ile jest niezbędnych do opisania danej sytuacji. Króluje u niego powściągliwy realizm i czytelnik jest pozostawiany sam na sam z przedstawionymi wydarzeniami, a refleksje, pointy, wnioski są jego wyłączna domeną, w którą autor programowo nie wkracza. Tym niemniej sytuacje, które przedstawia, są wystarczająco poznawczo podniecające, aby odbiorcę pozostawić w głębokiej zadumie. Muszą przyznać, że w moim przypadku, kilka z tych opowiadań uruchomiło całą lawinę przemyśleń.

Książkę bardzo polecam, dodam tylko sugestię, aby czytać opowiadania pojedynczo i robić przerwę na refleksję, nie dać się wciągną w lekturę łykając całą książkę w jedną noc. Z czystym sercem 10/10.

Bernhard Schlink, Coraz dalej od miłości, Muza 2010

Zakładki:
10TOP tego bloga
A to mój nowy blog historyczny
Obejrzane - Film
Obejrzane - Teatr
Przeczytane
W oczekiwaniu
Zaglądam na blogi