Kategorie: Wszystkie | Film | Historia | Książki | Teatr | Wypady
RSS
środa, 31 marca 2010
Austerlitz

W.G. Sebald Austerlitz, W.A.B. Warszawa 2007

Piękny język i urzekająca stylistyka, ale nic ponadto. Książka składa się z luźnych, nie powiązanych ze sobą refleksji na temat architektury różnych ciekawych obiektów (w tym więzień), spostrzeżeń z podróży po Anglii, rozmów z tytułowym Austerlitzem, które również mają strukturę amorficzną, gdzie przeplatają się wspomnienia z dzieciństwa ze spostrzeżeniami na przykład dotyczącymi ornitologii. Na dodatek tekst nie jest podzielony na akapity, a w tym narracyjnym ciągu zdarzają się zdania o długości całej strony. W istocie wydaje się, że treść ma dla Sebalda znaczenie drugorzędne, ważniejsza jest stylistyka opowieści odwzorowująca, zgodnie z zasadą harmonii formy i treści, stan świadomości autora. Zdecydowanie dla czytelników smakujących język, klimat i styl, a nie przywiązujących większej wagi do linearnej fabuły, a nawet do zawartości w ogóle, być może dla zwolenników prozy poetyckiej, ocena 2/6.

niedziela, 28 marca 2010
Wojna Hitlera

David Irving, Wojna Hitlera, Wydawnictwo Arkadiusz Wingert

Do przeczytania tej książki zachęcił mnie prof. Paweł Wieczorkiewicz, który w jednym z wywiadów powiedział, że Irvingowi polscy historycy powinni czapkami buty czyścić. Aby zrozumieć wagę tej opinii w ustach przecież znamienitego historyka, trzeba wiedzieć kim jest David Irving.

To postać niebanalna, bo uważa się go za najbardziej znanego negacjonistę. Podważał istnienie komór gazowych w Oświęcimiu i liczbę ofiar Holocaustu. Za „kłamstwo oświęcimskie” został aresztowany w Austrii i skazany na trzy lata więzienia (z czego rok odsiedział). Był sympatykiem ruchów neonazistowskich. W Polsce został usunięty przez organizatorów z 52. Międzynarodowych Targów Książki w Warszawie (2007). Natomiast imputowanie jakoby kłamstwo oświęcimskie było propagowane w  Wojnie Hitlera,(jak sugerował np. Bartosz Wieliński w korespondencji z Berlina, „GW” 21.02.2006) jest oczywistą bzdurą, którą mógł napisać tylko ktoś, kto owej książki nie miał w ręku. Poza tym Irving jest autorem wielu książek dotyczących historii III Rzeszy i - trzeba przyznać - w większości z nich przedstawia rozjaśniony obraz nazizmu oraz zawyżone i tendencyjne dane dotyczące ofiar niemieckich, w tym najbardziej znane dotyczące ofiar dywanowego nalotu na Drezno w lutym 1945.

Przekopanie się przez Wojnę Hitlera było zadaniem trudnym, biorąc pod uwagę, że ma ona objętość 750 stron drobnego druczku i waży tyle, że od jej przytrzymywania wielokrotnie mdlała mi ręka. Trud się jednak opłacił, bo okazało się, że prof. Wieczorkiewicz miał rację (choć jak się okazało, nie do końca). Irving okazał się być erudytą o nieprawdopodobnej kompetencji. Zdobył  sobie zaufanie wielu członków elity III Rzeszy (albo ich rodzin), którzy umożliwili mu dostęp do niepublikowanych lub nieznanych dzienników i pamiętników. Dotarł do wielu niepublikowanych lub nieznanych źródeł. Sporo innych odrzucił jako falsyfikaty pisane na różnego rodzaju zamówienie lub też przeredagowywane pod wpływem czasu i panującej mody. Dotyczy to na przykład powszechnie wykorzystywanych przez historyków i traktowanych jako wiarygodne pamiętników Hermana Rauschninga, Rozmowy z Hitlerem czy wspomnień Alberta Speera. Jak się okazało zostały one napisane na zapotrzebowanie wydawcy przez osoby trzecie jedynie na podstawie oryginalnych zapisów Speera. Owa manipulacja została precyzyjnie opisana przez Matthiasa Schmidta w wydanej w Nowym Jorku książce, co nie przeszkadza oczywiście wielu historykom traktować pamiętników Speera, jako wiarygodnych oryginałów.

Podstawa źródłowa książki wzbudza rzeczywiście podziw. Daje ona w efekcie dzieło o nieprawdopodobnej szczegółowości. Zostały w nim odtworzone kulisy wszystkich istotnych decyzji Hitlera wraz z ich kontekstem i procesem dochodzenia do nich. Poglądy Hitlera stanowiące założenia do owych decyzji zostały precyzyjnie odtworzone do poziomu poszczególnych przemówień lub rozmów. Nikt, kto ma ambicje posiadania jakiejkolwiek wiedzy o III Rzeszy, nie może tej książki nie znać. Kontrowersyjna osoba autora i medialna nagonka spowodowały coś zgoła przeciwnego – mało kto z zawodowców ją czytał, a już jeżeli, to na pewno się na nią wstydliwie nie powoływał. Z największym zdumieniem skonstatowałem również, że książka nie ma dostępnych w internecie recenzji w języku polskim.

Kolosalna erudycja jest istotną zaletą Wojny Hitlera, zupełnie zaś osobną kwestią są poglądy jej autora jasno i czytelnie artykułowane w książce. Przede wszystkim wyraźnie jest odczuwalna sympatia do Hitlera i uznanie dla sukcesów nazizmu, np. po zajęciu Austrii Irving pozwala sobie na takie stwierdzenie

Całe miasto wrzało ekstatycznym aplauzem. Na oczach wiedeńczyków odradzała się wielkość Niemiec, odradzał się naród (…) zjednoczony przez jednego z jego skromnych synów, przez przywódcę zapowiadającego dlań epokę wielkości i rozkwitu.

Pozostałe podboje nie mają tak jasnego komentarza, ale odczuwalne jest przekonanie autora o ich celowości i satysfakcja ze sprawności ich przeprowadzenia. Irving – co zdumiewające – uważa Hitlera za genialnego wizjonera i wodza, który wielokrotnie w sporach ze swoimi generałami miał rację i znacznie przewyższał ich rozległością horyzontów strategicznych. Wszyscy znani mi historycy wojskowości twierdzą co innego, zwłaszcza w odniesieniu do klęsk na froncie wschodnim.

Stanowisko Irvinga jest najbardziej uderzające w opisie końcowych zmagań wojennych. Hitler  jest przedstawiony w tym okresie, jako wódz zdeterminowany prowadzić walkę do końca, wydaje dyspozycje niszczenia zakładów przemysłowych, których nie da się ewakuować, a które mogą dostać się w ręce sprzymierzonych, to samo odnosi się do mostów i wszelkich innych urządzeń komunalnych. Speer nie tylko nie zgadza się z tą dyrektywą, ale wręcz ją sabotuje, co przedstawiane jest jako brak konsekwencji i nieledwie zdrada, a przypomnijmy, że mówimy tu o marcu roku 1945, kiedy wojna była już przegrana i odpowiedzialni przywódcy powinni chyba myśleć, co będzie po niej, a o skutkach dla ludności cywilnej nawet nie wspominając. Z tego samego okresu pochodził pomysł Hitlera, aby rozstrzeliwać strąconych alianckich lotników w odwecie za bombardowanie niemieckich miast, co miało odstraszyć sprzymierzonych od kontynuowania owych bombardowań. Nie spotkało to się z żadnym komentarzem o zbrodniczości takiego pomysłu, ani nawet o kompletnej naiwności, że można by w ten sposób powstrzymać bombardowania. Jedynym skutkiem, byłoby więcej powojennych procesów o zbrodnie wojenne. A co do zbrodni:

Wojska amerykańskie posuwały się przez Turyngię, co spowodowało, że Hitler stanął w obliczu problemu obozów koncentracyjnych. Göring radził mu, żeby przekazywać je nietknięte i obsadzone strażą zachodnim aliantom, co zapobiegnie buszowaniu po okolicy gromad pragnących zemsty byłych więźniów (…) Po zakończeniu jednej z narad wojennych, [Hitler] siedząc nonszalancko na skraju stołu do map, polecił przedstawicielowi Himmlera dokonanie likwidacji wszystkich więźniów.

Na szczęście Himmler miał instynkt samozachowawczy i nie był taki głupi, aby ten rozkaz wykonać.

Najpoważniejsze kontrowersje, budziło potraktowanie Holocaustu. W Wojnie Hitlera Irving go nie neguje, twierdzi natomiast, że Hitler nie wiedział o masowych mordach Żydów „wywożonych na wschód”. Nie odnalazł żadnego dokumentu potwierdzającego rozkaz Hitlera rozpoczynający masakrę, ani nawet dokumentu potwierdzającego, że o niej wiedział. Sprawa jest rzeczywiście nadzwyczaj ciekawa, bowiem do tej pory nie odnaleziono żadnego rozkazu rozpoczynającego „ostateczne rozwiązanie”. Nie wiemy nawet czy taki dokument istniał, nie wiemy też, kto i kiedy podjął w tej sprawie kluczową decyzję. Irving sugeruje, że Himmler, ale żadnego sztywnego dowodu nie przedstawia. Historycy mają w tej sprawie pole do popisu, ale korzystają z niego bardzo nierychliwie. Może to wydać się zdumiewające, ale nie ma żadnego naukowego studium na temat procesu decyzyjnego w sprawie Holocaustu. Krótko mówiąc: wiemy dokładnie, jak Holocaust przebiegał, w pewnym przybliżeniu znamy liczbę ofiar, ale nie wiem kto, kiedy i dlaczego podejmował decyzje inicjujące masowe mordy. Swoje poglądy w tej sprawie Irving podsumowuje tak:

Ciężar winy za krwawą i bezmyślną masakrę Żydów spada na dużą liczbę Niemców (i nie tylko Niemców), spośród których wielu żyje do dziś [pisane w 1976]. Nie można jej tedy przypisać wyłącznie jednemu „obłąkanemu dyktatorowi”, którego rozkazy należało wykonywać bez zadawania zbędnych pytań.

Na zakończenie wątku żydowskiego trzeba przyznać, że Irving nie ukrywa wielu skrajnie antysemickich wypowiedzi Hitlera, który mogły być potraktowane, jako podżeganie do mordu.

W podsumowaniu muszą powiedzieć, że tak erudycyjnie rozległego studium na temat III Rzeszy nigdy nie spotkałem. Każdy to interesuje się tą problematyką pracę Irvinga musi przeczytać. Na pewno jednak lektura musi być krytyczna i nie można dać się dać uwodzić kryptofaszystowskim sympatiom autora. Biorąc powyższe pod uwagę, nie sposób książce wystawić sumarycznej noty.

piątek, 26 marca 2010
Węgierscy łącznicy

Węgierski łącznik, recenzja, okładkaZ Węgrami Polacy mają wiele wspólnego – dziedzictwo kultury szlacheckiej, pamięć wielkiej historii wielkiego państwa, które aktualnie zamieniło się w niewielkie, a na pewno w niemocarstwowe państewko. Przewaga honoru nad pragmatyzmem i dominująca nostalgia za historią zamieniająca się we współczesna melancholię (na Węgrzech) lub niską samoocenę narodową (w Polsce). Wspólne epizody historyczne: gen. Bem na Węgrzech, pomoc Węgrów po klęsce w 1939 roku, współodczuwanie w kryzysie 1956 roku. Współcześnie kontakty polityczne są żadne, kulturowe niewielkie – znamy i lubimy Martę Mesarosz, Istvana Szabo, Maraia i Kertesza, nie wiem jak recepcja kultury polskiej wygląda po węgierskiej stronie.

Sentyment tak czy owak pozostaje i polsko-węgierskie wspominki sprawiły mi dużo radości. Tym bardziej że wydana przez Frondę książka jest napisana inteligentnie, życzliwie dla tematu i językowo bardzo apetycznie. Węgierski łącznik składa się z pięciu ciekawych wywiadów (Ákos Engelmayer, Csaba György Kiss, István Kovács, Attila Szalai oraz Imre Molnár) z Wegrami, którzy na różne sposoby byli związani z Polską, naszą kulturą, ale też niektórymi pięknymi Polkami.

Mile dla polskiego uchą brzmią opowieści, jak podczas socjalistycznej nocy, w Polsce młodzi Węgrzy znajdowali przestrzenie wolności u nich niewystępujące. Ambitny teatr, literatura, drugi obieg i przede wszystkim prowadzone z pełna otwartością „nocne Polaków rozmowy”, o pardon, „nocne Polaków z Węgrami rozmowy”. Zaskakiwał zwłaszcza brak autocenzury w prywatnych rozmowach, podczas których nawet w towarzystwie bądź co bądź obcokrajowców wypowiadali się Polacy z pełna otwartością na tematy i polityczne, i związane ze sferą wolności w kulturze.

Dzięki tym szczerym rozmowom nasi węgierscy przyjaciele ze zdumieniem konstatowali, że Polacy znacznie więcej wiedzą na temat Powstania węgierskiego 1956 roku niż młodzi Węgrzy, bowiem w epoce kadarowskiej na ten temat w ich ojczyźnie nie mówiło się wcale i to również w prywatnych rozmowach, głównie dlatego, że wypierano ze świadomości traumę po przetrąceniu kręgosłupa niezależnego i dumnego przecież narodu.

Z powstaniem węgierskim wiąże się moje prywatne wspomnienie. Mój ojciec do końca swych dni miał wyrzut sumienia, że nie wystarczająco pomogliśmy Węgrom wtedy, kiedy najbardziej tego potrzebowali. Sami jakoś uniknęliśmy sowieckich czołgów, a naszych przyjaciół pozostawiliśmy ich własnemu losowi. Z węgierskiej perspektywy wyglądało to zupełni inaczej. Pomoc im udzielona poprzez przekazanie krwi masowo oddawanej przez Polaków, była odbierana nie tylko jako wyraz serdecznej solidarności, ale okazało się jedyną konkretna pomocą jakiej Węgrom udzielono.

Wszędzie w Polsce Węgrzy podróżujący autostopem (u nich zakazanym) doświadczali rozlicznych objawów sympatii – byli zawożeni tam, gdzie potrzebowali, zapraszani do prywatnych domów na nocleg, żywieni i pojeni „czym chata bogata”. Ostatecznie część z nich znajdowała tu żony, a po odzyskaniu wolności zostawała ambasadorami w Warszawie. I tak optymistycznie te historie osobiste się kończą.

Książka dokonała, polecam i kończę recenzję notą zbliżoną do ideału – 5/6.

środa, 24 marca 2010
Trzeci punkt widzenia

Marek Cichocki, Dariusz Gawin i Dariusz KarłowiczTrzeci punkt widzenia to program telewizyjny absolutnie wyjątkowy. Trzech filozofów (Marek A. Cichocki, Dariusz Gawin i Dariusz Karłowicz) komentuje w nim bieżące wydarzenia kulturalne, ale też ze sfery klasycznie (grecko klasycznie) rozumianej polityki. Kluczowe jest to, że komentarze są inteligentne, docierające do pokładów powszechnie nie dostrzeganych, idące wbrew narzucanym poprawnościom, ale też dowcipne lub delikatnie ironiczne. 

Swoją drogą pobudza do pewnej wyobraźni fakt, że taki program jest możliwy tylko w telewizji publicznej, a w ramach tej telewizji w niszowym kanale TVP Kultura. Rzuca to pewne światło na dyskusje o sensie istnienia telewizji publicznej, zwłaszcza wobec postulatów o jej częściowej lub całościowej prywatyzacji, a nawet likwidacji. Jak rozumiem jednym ze skutków takiej operacji byłoby zlikwidowanie takich wydarzeń medialnych, jak Trzeci punkt widzenia. Nie ma to zgody, a zdecydowany sprzeciw budzi już występujące ograniczanie częstotliwości emisji Trzeciego punku widzenia. Mamy już zatem pierwsze skutki zamachu na finansowe podstawy telewizji publicznej. Nawet nie zadam nie zadam pytania kto i jaki ma w tym interes.

Nie będę się silił na całościową recenzję tego programu, podzielę się jedynie moim całkowicie subiektywnym odczuciem – jest to jedyny program, który oglądam z przyjemnością, identyfikuję się z treściami w nim wyrażanymi, a i forma ekspresji prowadzących jest mi bliska. Najbardziej mnie, krytykanta, zdumiewa, że od dłuższego czasu, żaden komentarz trójcy filozoficznej nie wzbudził we mnie chęci polemiki, intelektualnego oporu lub estetycznej niepewności. 

Nie przypuszczałem, że taka równoległość poglądów, jest możliwa. A tu nagle się okazało, że w moim fotelu przy kominku nie siedzę sam. Nie muszę dodawać, że z najczystszym sumieniem zaliczam trójke Panów do "sił sensu".

17:10, dijkstra-jg
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 22 marca 2010
Dom zły

Wybitny film, który przemawia prostym językiem, nieskomplikowaną fabułą, ale pisać o nim - jest bardzo trudno. Nie dlatego, aby był to film o nieuchwytności, jak twierdzi jeden z prasowych recenzentów, ale dlatego, że mówi o sprawach strasznie poważnych, a pisanie o nich w lekkiej formule kulturalnej recenzji lub notki na blogu, spłaszcza, banalizuje te tematy. Oduczyliśmy się mówić o kwestiach najważniejszych językiem poważnym, głębokim, bo ciągle w sposób właściwy kulturze masmediów czytamy i słyszmy strywializowane sądy, spory, polemiki, w których nikt nikogo nie słucha, ale manifestuje gromko jedyną słuszną rację.

Dom zły

Akcja filmu dzieje się w tym samym miejscu, ale w dwóch planach czasowych. Śnieżna biel ostrej zimy, stan wojenny, śledztwo prowadzone w ruinach spalonego domu, mające wyjaśnić zagadkę morderstwa z trzema trupami. I drugi plan pokazujący jak doszło do owych morderstw. Oba przeplatają się, uzupełniają, tłumaczą nawzajem w sposób mistrzowski. Prokurator jest w sztok pijany, towarzyszący mu milicjanci też zdrowo pociągają. I przeskok – do zwykłej rodziny trafia zabłąkany przybysz jadący właśnie do pracy w pobliskim pegieerze. Też piją, ale na wesoło, planują przyszłe interesy w oparciu o pędzony nieustannie bimber. Pani domu (fenomenalna Kinga Preis), pomiatana bezceremonialnie przez swojego męża, równie bezceremonialnie wchodzi do łóżka gościa. Prowadzone tymczasem przez milicję śledztwo wskazuje na rozliczne malwersacje elity lokalnej władzy. Jedyny przyzwoity w tym towarzystwie kapitan milicji (Bartłomiej Topa) nie chce sprawy schować pod sukno.

Historia dziejąca się w obydwu przekrojach czasowych kończy się źle. Podłość, głupota i małość przeważa. Zagadkowo dopowiem, że główna oś wydarzeń jest zbieżna z zamysłem Niespodzianki Karola Huberta Rostworowskiego.

Do oczywistych głupot interpretacyjnych zaliczam twierdzenie „Film Smarzowskiego, boleśnie przypomina, że każdy dom jest zły: to więzienie bez szansy na przedterminowe zwolnienie.” (Łukasz Maciejewski „Kultura/Dziennik"). Po pierwsze Dom zły w żadnym przypadku nie daje asumptu do takiego poglądu, wydaje się natomiast mówić: uważajcie, w pozornie normalnym domu mogą tkwić demony z pokładami zła, których sobie nawet nie uświadamiacie. Po drugie, nawet abstrahując od komentowania dzieła Smarzowskiego trudno się zgodzić z takim poglądem, jeżeli jest on opatrzony wielkim kwantyfikatorem. Za uzasadnienie niech wystarczą rozliczne działa odwołujące się do arkadii dzieciństwa (Miłosz, Konwicki czy z ostatnich Bogdana Loebla Piekło weszło do raju). W ogóle tego typu mądrości lokują się w nurcie krytyki rodziny jako miejsca opresji i zniewolenia. Autorowi opowiadającemu się za takim poglądem, polecem oddać swoje dziecko do sierocińca, bo tam będzie szczęśliwsze niż w rodzinie, przecież siedlisku zła wszelakiego.

Dodam tylko, że nie jest to jedyny przypadek, kiedy w recenzjach publikowanych w dużych gazetach pojawiają się popisy niby to erudycyjne, niby filozoficzne, nie mające nic wspólnego z recenzowanym dziełem, a świadczące głównie o bezradności autora nie potrafiącego rzetelnie wywiązać się ze swoich obowiązków jako recenzenta. Użyłem słówka „niby” bo co to za popisy o objętości krótkiego akapitu wciśniętego pomiędzy opis fabuły a ocenę aktorów. Jeżeli taki autor ma coś naprawdę do powiedzenia, to niech popełni solidny esej na dany temat, a ja go chętnie przeczytam. Między innymi z tego powodu bardziej ufam anonimowym blogom niż recenzjom w zoficjonalizowanym obiegu.

Dom zły to film bezwzględnie poważny, jeden z najważniejszych w ostatniej dekadzie, dający do myślenia. Nie jestem w tej opinii oryginalny, dodam tylko, że tytuł jest dwuznaczny, bo odnosi się zarówno do domu, w którym wydarzyły się dramatyczne morderstwa, ale również do naszego wspólnego domu, Polski, która jawi się poprzez swój prowincjonalny obraz zgoła fatalnie.

Szkoda, że na ostatnim festiwalu w Gdyni, to nie Dom zły wziął główną nagrodę. Rewers jest niewątpliwie filmem dobrym, ale lekkim, momentami farsowym. Pechowo dla Kingi Preis Agata Buzek zagrała w nim bardzo dobrą rolę. Nagroda dla najlepszej aktorki należała się im obu i w trybie wyjątkowym trzeba było ją „po sprawiedliwości” w ten sposób przyznać. Bartomiej Topa po tym filmie powinien rozpocząć karierę w roli policjanta, detektywa, prokuratora. Twardy, ale czujący, uczciwy, ale nie ckliwy – robi wrażenie.

Mimo iż film jest przygnębiający, to jednak trzeba go zobaczyć, bo tak samo jak Wesele zapada w pamięć, ale zmusza też do przemyśleń. Coś więcej wiemy o Polsce i Polakach, nawet jeżeli tylko tych historycznych, bo z nich przecież wyrośliśmy. Taki to był nasz dom.

Stachuro, Stachuro, ty już idziesz górą…

Anna Chodakowska śpiewa StachuręEdward Stachura, Msza wędrującego, Teatr Kamienica, śpiewa Anna Chodakowska, muz. Andrzej Ziemlański

Wybierając się na Mszę wędrującego, byłem przekonany, że będzie to podróż sentymentalna do czasów młodości, kiedy powszechnie nucono piosenki Stachury, a Całą jaskrawość czy Siekierezadę czytano, jak literaturę pisaną przez mędrca, guru owego pokolenia. Naraz się pomyliłem i nie pomyliłem. Rzeczywiście wspomnienia i różne odwołania do przeszłości odżyły, ale szybko okazało się, że to nie one dominują i spotkanie z tekstami Stachury ma walor aktualności i jest tak samo przejmujące jak dwadzieścia lat temu.

Spektakl składa się ze śpiewanego poematu Missa pagana i recytowanych fragmentów Fabula rasa. Słuchając tej poezji miałem poczucie, że autor stara się mówić o sprawach najważniejszych, fundamentalnych dla człowieka, dzięki którym może  żyć całą pełnią, całą jaskrawością

Byli tacy, co się rodzili,
byli tacy, co umierali
i byli tacy, którym to nie wystarczało.

Stachura jest uczciwy w tym co pisze, nie przemilcza spraw trudnych, ma odwagę powiedzieć „jesteś bestią”, ale mówi to życzliwie i ze zrozumieniem, dopowiadając, że jeżeli sobie to uświadomisz i nabierzesz pokory widząc kim naprawdę jesteś, to tak, jakbyś sam siebie zwyciężył i poszedł kilka kroków dalej. Mówi też takie piękne słowa:

Święte krople potu
Święte wędrowanie
Święty kamień w polu
Przysiądź na nim Panie.

Święty chleb – chleba łamanie
Święta sól – solą witanie.

Pomimo, że Stachura jest antykościelny, to tak blisko mi do niego, że piszę o nim w czasie teraźniejszym, mimo iż nie żyje od 30 lat, bo jak może być inaczej, kiedy się słyszy takie słowa, jak zacytowane. Na papierze brzmi to znacznie słabiej, niż zaśpiewane przez Annę Chodakowską.

W swoim pisarstwie był przede wszystkim szczery, a więc ciągle szukający, ciągle w drodze. Jego utwory, w tym również Missa Pagana, to raporty z aktualnego stanu poszukiwań – tyle już wiem i tyle zapisuję. Chciał żyć poezją, chciał by życie było poezją. To, co napisane, jest wtórne wobec tego, co przeżyte.

Zupełnie osobna kwestią jest sposób, w jaki Msza wędrującego została zaprezentowana. Anna Chodakowska okazała się tu mistrzem nad mistrzami. Upływ lat (pierwszy raz Chodakowska zaśpiewała ten poemat około 25 lat temu) nie tylko, że nie zaszkodził przedstawieniu, ale zdecydowanie mu pomógł, spowodował, że wszystko jest dojrzalsze, lepiej przemyślane, nie ma zbędnych gestów, a właśnie gestami Anna Chodakowska podbiła mnie bez reszty. W momentach, kiedy tekst kieruje się wprost do słuchaczy frazą „ty jesteś bestią”, (żeby pozostać przy już przywołanym przykładzie) aktorka dyskretnie wskazuje na siebie, jakby chciała powiedzieć „ja też”. Duża kultura. Po raz pierwszy coś takiego widziałem w teatrze i nie zapomnę. W efekcie najbardziej żałowałem, że spektakl już się skończył, a tak chętnie posłuchałbym także piosenek Stachury w tak doskonałym wykonaniu. Poza tym muzyka napisana przez Andrzeja Ziemlańskiego dobrze pasuje do klimatu tej poezji, a kompozytor sam akompaniuje aktorce, dając czasem popisy wirtuozerii w partiach solowych.

Annę Chodakowską pamiętam z wielu ról, ale pod powiekami chyba na zawsze pozostanie mi jej obraz śpiewającej Missę paganę i recytującej Fabulę rasę.

Funny Games U.S.

Funny Games U.S.O takim eksperymencie filmowym dotąd nie słyszałem. Michael Haneke najpierw zrealizował niemiecki film Funny Games, a potem w Stanach Zjednoczonych zrealizował dość wierną, amerykanską kopię swojego wcześniejszego filmu. Co najbardziej zdumiewające, eksperyment był udany.

Nie lubię oglądać filmów grozy, ani epatujących przemocą lub mających za cel przestraszyć widza. Obejrzałem ten film ze względu na reżysera po doskonałej Pianistce oraz Białej wstążce i nie żałuję.

Do letniego domu małżeństwa, które właśnie przyjechało na urlop przychodzi dwóch dobrze ułożonych młodzieńców (na zdjęciu obok) prosząc o drobną sąsiedzką przysługę. Nie chcą wyjść, nie można ich wyrzucić, sytuacja robi się coraz nieprzyjemniejsza, a przechodzi w dramatyczną, kiedy proponują swoim ofiarom zakład: czy przeżyją do godziny dziewiątej rano następnego dnia. Dalej jest coraz gorzej, widzimy piekło tortur fizycznych i psychicznych, którym ostrości dodaje fakt, że wraz z rodzicami jest im poddawany ich 10-letni syn.

Fabuła nie rozwija się jednak liniowo i przewidywalnie. W pewnym momencie kobieta wyrwała napastnikom broń i jednego z nich zastrzeliła. Drugi z nich wziął pilot i cofnął dziejący się właśnie film, a w powtórce nie dopuścił już do tego wydarzenia. O co chodziło w tej oryginalnej grze z widzami? Może o to, że przewidując koniec właściwy dla thrillera podświadomie chcemy takiego zakończenia i reżyser nam to umożliwia, cofając fakty już się zdarzyły. A może chodziło o pokazanie, że wszystkie te okropności dzieją się tylko po to, by wypełnić zamówienie medialne publiczności. Na taka interpretacje wskazywałoby również zwracanie się młodocianych dręczycieli bezpośrednio do kamery, do widzów, co sugeruje przekazanie informacji „robimy to wszystko dla show”, czyli dla was.

Michael HanekeJak zawsze u Hanekego w filmie zawarta jest pewna diagnoza społeczna. Zło w czystej postaci tak się zbanalizowało, tak upowszechniło, że oprawcami mogą zostać dobrze wychowani młodzi ludzie, którzy robią to dla zabawy, bo żadnego innego motywu dopatrzeć się nie możemy.

Film potwierdza klasę Haneke. To fascynujący reżyser, który równie dobrze spełnia się w różnych gatunkach filmowych i co ważne jest w nich coraz lepszy, na co wskazuje Biała wstążka.

 

09:43, dijkstra-jg , Film
Link Komentarze (2) »
środa, 17 marca 2010
Głowa Minotaura

okładkaMarek Krajewski jest ciekawym fenomenem polskiej literatury kryminalnej. Cykl książek o komisarzu Eberhardzie Mocku odniósł tak duży sukces, że uruchomił lawinę retro kryminałów, których akcja osadzona była chyba we wszystkich większych miastach Polski. Nic w tym dziwnego, bo Eberhard Mock to udane połączenie Brudnego Harry’ego z Arsenem Lupin. Od pierwszego wziął determinację w walce z kryminalistami, posuniętą aż do używania przemocy i samosądów, od drugiego zaś nienaganne maniery i elegancki wygląd. Na dodatek wszystko jest przyprawione pociągiem do alkoholu i pięknych kobiet, co potęguje powszechną sympatię polskich czytelników do niemieckiego komisarza.

Poza tym opowieści o przypadkach komisarza Mocka umieszczone są w przedwojennym Wrocławiu, mieście ówcześnie niemieckim, czyli w Breslau. Obyczajowość tego miasta odtworzona została tyleż pieczołowicie, co uwodzicielsko. Na tyle uwodzicielsko, że bodaj wszystkie powieści Krajewskiego przeczytałem. Zostały one również przetłumaczone na wiele języków europejskich. Tak więc mamy do czynienia z poziomem europejskim zarówno w przenośni jak i dosłownie.

Pojawiały się co prawda też i pewne wątpliwości – kolejne odcinki przygód Eberharda Mocka były coraz bardziej do siebie podobne: morderstwo musiało być okrutne, ale i na swój sposób oryginalne, związane ze sferą seksualną, komisarz musiał w ramach śledztwa szwendać się po burdelach, chlać do oporu, walczyć z kacem i szukać ukojenia u panien podejrzanego autoramentu, a w decydującej chwili użyć przemocy brutalnie, ale przerażająco skutecznie. Sam zresztą sobie rąk mokrą robotą nie brudził, mając do dyspozycji twardych pomocników z kryminalnego podziemia, którym ongi puścił w niepamięć to i owo.

W najnowszej odsłonie przygód komisarza Mocka schemat został utrzymany: morderstwa są przerażające, ale i oryginalne – ofiary maja wygryzioną twarz, mają też podtekst seksualny – ofiary są zgwałconymi dziewicami. W trakcie dochodzenia policjanci oczywiście docierają do środowisk płatnego seksu, handlu ludźmi  i perwersji różnojakich. Podobnie jak w próbach wcześniejszych, jedynym sposobem poradzenia sobie z przeciwnościami, jest droga „na skróty”, czy jak mówi Mock, użycie imadła, czyli zastosowanie fizycznego wymuszenia, ale użytego w dobrej sprawie. Na dodatek wiele z tych wątków jest wyraźnie przeszarżowanych i doprowadzonych do ostatecznej ostateczności. Robią wrażenie. Ale niestety dają też poczucie powtarzalności, przewidywalności, ciągłego deja vu. Stanowczo dobra lektura dla tych, którzy cenią sobie przewidywalność, z góry lubią wiedzieć, co będą czytać, element zaskoczenia zostawiając tylko dla fabularnych szczegółów wydarzeń. Jeśli opisy wszystkich rytuałów są na poziomie, rzeczywiście może to być ciekawe.

Szkoda, że najzdolniejszy, a w każdym razie najbardziej popularny autor kryminałów osiadł na laurach. Wymyślił bardzo dobry schemat, dostąpił uznania czytelników, został twórcą rozpoznawalnym , a teraz tylko powiela sprawdzony szablon zmieniając tylko osoby sprawców. W tym kontekście drugorzędną sprawą jest w Głowie Minotaura współpraca Mocka z polskim komisarzem Popielskim  i przeniesienie połowy akcji do Lwowa, bo Popielski to taki drugi Mock, a Lwów to drugi Wrocław, bowiem i polski Lwów, i niemiecki Wrocław to kulturowe Atlantydy, po których poruszamy jak poszukiwacze-eksploratorzy tyle, że podszyci sentymentem.

Ponieważ wyżej zasygnalizowany schemat jest powabny, a dzięki wprowadzeniu postaci Popielskiego otrzymaliśmy tego potwierdzenie, książkę czyta się dobrze i warto ją polecać. Autorowi natomiast warto dać radę, aby schemat pozostawił, skoro czytelnicy tego oczekują, ale zamiast coraz bardziej pretensjonalnego szarżowania raczej spróbował pogłębić psychologię postaci, może trochę mniej jednoznaczności, a trochę więcej trudnych wyborów, gdzie nie ma prostego rozgraniczenie na białe i czarne.

środa, 10 marca 2010
Chata

William P. Young, Chata, Nowa Proza, Warszawa 2009.

Chata okładka recenzjaNarrator spotyka Trójcę Św. pod postacią trzech różnych osób. Już sam ten pomysł jest wystarczająco oryginalny, żeby po książkę sięgnąć. Tym bardziej, że autor nie ułatwił sobie życia i nie schował się za cukierkowymi formułkami. Bóg Ojciec pojawia się jako gruba murzynka, do której narrator zwraca się per Tata, tak jak wcześniej myślał o Bogu.

Gruba murzynka o imieniu Tata, na pierwszy rzut oka to szokujące, ale tak naprawdę fundamentalnie zgodne z teologią katolicką. Bóg bowiem, nie ma płci, a dokładniej ma pełnię cech kobiecych-macierzyńskich i męskich-ojcowskich. Zatem przedstawianie go jako nobliwego starca z brodą ma długą tradycję, ale w istocie rzeczy jest mniej uzasadnione, jak nadanie mu postaci murzyńskiej Mammy. Dlaczego? Bo Bóg jest tak samo ojcem jak matką, ale na pewno nie jest dziadkiem. I czy to się tradycjonalistom podoba, czy nie, to św. Tomasz, ojciec teologii, poparł by mnie bez dwóch zdań. Ta wizja jest zresztą tak sugestywna, że odtąd o Bogu będę myślał jak o pełnej ciepłej kobiecie niż jak o surowym starcu.

Chrystus jest przedstawiony jako młody mężczyzna (bo jakże by inaczej), natomiast Duch św. to Sarayu:

była drobna i wyglądała na Chinkę z północy, Nepalkę lub Mongołkę. (…) Była ubrana w proste dżinsy z ozdobnymi wzorami u dołu i kolorową jasną bluzkę w żółte, czerwone i niebieskie plamy. Kobieta wciąż migotała w jego polu widzenia. Czasami wydawało mu się, że mógłby przejrzeć ją na wskroś.

Oczywiście istotą książki nie jest to, pod jakimi postaciami objawia się Trójca św. Jak wspomniałem autor postawił sobie ambitne zadanie i jego bohater to człowiek zbuntowany. Stracił właśnie swoją małą córeczkę, która została brutalnie zamordowana przez psychopatę i zdecydowanie ma to Bogu za złe. Nie może pogodzić się z faktem, że Bóg do takich rzeczy dopuszcza, a może nawet je zaplanował. Dlaczego? No właśnie, dlaczego?

Jest to odwieczny problem jak pogodzić miłosiernego, dobrego Boga ze złem istniejącym na świecie, który przecież sam stworzył, a stwarzając wiedział już, co się później wydarzy. Autor poradził sobie z tym wyzwaniem dość zręcznie, ale nie będę zdradzał jak, żeby pobudzić ciekawość ewentualnych czytelników.

Większość rozmów z osobami boskimi ma za cel przekonać narratora o miłości Bożej i o tym, że najważniejsze jest znaleźć się w relacji miłości z Bogiem, a wszystko inne „będzie wam dodane”. Słychać w tym echo sentencji św. Augustyna „dilige et fac qoud vis” (kochaj i czyń, co chcesz). Problem tylko w tym, że św. Augustyn obok tego powiedział jeszcze mnóstwo innych rzeczy formułując podstawy światopoglądu chrześcijańskiego, a Young tylko do tego się ograniczył. Pachnie to trochę New Agem, który ucieka od konkretnych wyzwań współczesności w kierunku ładnie brzmiących formuł, często zresztą ogólnie słusznych.

Na przykład powszechne robi się wywodzące się z buddyzmu przekonanie, że szczyt jest jeden, a drogi do niego różne. Ogólnie jest to prawdziwe, ale w szczegółach rodzi mnóstwo wątpliwości. Wspomniany już buddyzm wielkim szacunkiem obdarza wszelkie życie, ale bez problemu dopuszcza aborcję, a muzułmanie ciągle żyją w przekonaniu o „świętej wojnie”, co uzasadnia mnóstwo różnych niegodziwości z terroryzmem na czele. No to sobie myślę, że chyba podążamy na różne szczyty i żadne pięknie brzmiące sentencje tego nie zmienią, nawet jak będą się powoływały na miłość we wszelkich odmianach.

Wracając ad rem. Książka jest naprawdę interesująca, nie pozostawia czytelnika obojętnym, a wręcz często zmusza do autorefleksji. Warto czytać, warto przemyśleć samemu.

wtorek, 09 marca 2010
Templariusze. Miłość i krew

Arn w JerozolimiePiękny historyczny fresk w reżyseri Petera Flintha. Arn Manusson, biegle władający mieczem i dobrze wykształcony młodzian wraca ze szkoły klasztornej w rodzinne strony, gdzie zastaje rywalizujące miedzy sobą klany. Po tym, jak zabija podłego, ale związanego z królem rycerza, zostaje wygnany, tym bardziej, że jednocześnie uwodzi piękną niewiastę przeznaczoną niestety komu innemu. Ona trafia przymusowo do klasztoru, on na wygnaniu składa śluby czasowe, przyłącza się do Templariuszy i bierze udział w walkach w Ziemi Świętej.

Tu zaczyna się najpiękniejsza część filmu, bo Arn wiele lat spędza walcząc na pustyni. Widzimy upojne krajobrazy, podejrzanie szlachetnego Saladyna, którego Arn ratuje w czasie napadu zbójców, a także walki krzyżowców z niewiernymi. Sceny batalistyczne są najmocniejszą stroną filmu, bowiem realia historyczne, a zwłaszcza taktyka bitew średniowiecznych, przedstawione są z dużą pieczołowitością. Pozytywny wizerunek Saladyna (przywódcy niewiernych), przyzwoitszego od chrześcijan, z którymi walczy, nie jest wytworem ogólnej poprawności ekumenicznej, ale dobrze koresponduje z realnymi wydarzeniami, co potwierdziłem w Wyprawach krzyżowych Stevena Runcimana (t.1-3, Warszawa 1987, 2009).

Film bezwzględnie warto zobaczyć, przede wszystkim jako fresk historyczny. Surowe klimaty Skandynawii, w których toczy się walka klanów o tron królewski, przeplatają się z palącym słońcem pustyni, gdzie krzyżowcy ze zmiennym szczęściem potykają się a armią mahometan. Oba konteksty odtworzone zostały – do poziomu szczegółów – zgodnie z prawdą historyczną, co powoduje, że film jest ciekawy, można się czegoś dowiedzieć go oglądając.

Fabuła jest co prawda przewidywalna, ale nie pozostawia widza obojętnym. Trzeba przyznać, że to raczej film dla ciekawych przeszłości, w tym fascynujących wypraw krzyżowych i dziejów templariuszy, niż dla miłośników oryginalnych opowieści obyczajowych.

Ocena: fabuła 4/6, zdjęcia, realizm historyczny i sceny batalistyczne 6/6

 
1 , 2
Zakładki:
10TOP tego bloga
A to mój nowy blog historyczny
Obejrzane - Film
Obejrzane - Teatr
Przeczytane
W oczekiwaniu
Zaglądam na blogi