Kategorie: Wszystkie | Film | Historia | Książki | Teatr | Wypady
RSS
wtorek, 31 grudnia 2013
Ida i Pokłosie, czyli jak różnie można mówić o tym samym

Wraz z pojawieniem się postmodernizmu został ogłoszony koniec epoki ideologii. Wydawało się to oczywiste, bo skoro wszystkie wartości zostały zrelatywizowane, a prawda została zastąpiona kolejnymi warstwami narracji i interpretacji, to jak mogłyby się ostać w takim otoczeniu jakiekolwiek ideologie. Nie zauważono tylko, że co prawda zniknęły stare, XIX-wieczne doktryny, ale narodziły się całkiem nowe. Powszechnie przyjęto na przykład ideologię relatywizmu, zakrólował cały system wartości związanych z poprawnością polityczną, sympatyczna skądinąd ekologia urosła do osobnej ideologii doprowadzonej do stadium ekoterroryzmu.

Polska w ten rozwój neoideologii ma swój szczególny wkład. Światła polska inteligencja postawiła sobie za cel walkę ze wszelkimi przejawami bogoojczyźnianej wizji naszych dziejów i naszej teraźniejszości. Walka ta przybrała kształt szczególnej ideologii, bo nikt już takiej wizji nie lansuje, ale ciągle ogromna grupa światłych zapalczywie z nią walczy. Brak przedmiotu tej walki nie zmniejsza bynajmniej jej skali, a jej natężenie jest takie, że w efekcie powstał wizerunek „Świniopolaka” (z tą wszak uwagą, że każdy demaskujący innych „Świniopolaków”, sam się do nich nie zalicza). Za chwilę powstanie kłopot, kogo mianowicie do tego ciemnogrodu przypisać – cała inteligencja już się od tego odżegnała, więcej – cała klasa średnia, jeszcze więcej – cały miejski leminggrad też odżegnał od ciemnogrodu. Kto zatem w nim pozostał? Chyba tylko wieś, może jeszcze Kościół katolicki, jako ostoja wszelkiego wstecznictwa (z wyjątkiem Nycza, Dziwisza, Pieronka i Tygodnika Powszechnego oczywiście).

Wracając do wątku ideologii. Jej królowanie zrobiło się tak powszechne, że objęło już wszystkie dziedziny życia: od seksu po antropologię i od fizyki[1] po historię. Niestety temat Holocaustu tez został zideologizowany. Generalnie to temat na inny tekst, ale jeden aspekt warto zauważyć. Historycy, publicyści czy artyści tak są zajęci walką o poprawność, o piętnowanie antysemityzmu, że tylko przez ten pryzmat pokazują Holocaust. Dramat samych Żydów już ich nie interesuje. Kolejne filmy (ale i książki naukowe) dotyczą demaskowania różnych podłości, jakich wobec Żydów dopuszczali się Polacy (ten kontekst jednak najbardziej mnie interesuje). Los samych Żydów staje się drugorzędny, jest tylko tłem do współczesnych filipik lub rozrachunków. Kto dzisiaj by tak przejmująco przedstawił ich tragedię jak Grosman? Kogo to w ogóle interesuje? Co innego wskazać na chrześcijańskie korzenie antysemityzmu, napiętnować ciemnotę i pazerność chłopów, a przy okazji dopisać się do listy twórców słusznych i walczących w dobrej sprawie. A los samych Żydów? No cóż, na palcach jednej ręki mógłbym policzyć filmy, w których to ich dramat byłby w centrum zainteresowania reżysera, a takiego filmu, który by pokazywał piekło Treblinki czy maszyny śmierci w Oświęcimiu w ogóle sobie nie przypominam.

Presja wpisania się w poprawnościowy, zideologizowany mainstream jest tak wielka, że nawet w przypadku takiego dramatu jak Holocaust, prawda przestaje być istotna. Ważne są interpretacje, potępienia, widowiskowość. Dam tylko jeden przykład: generalnie Żydzi biernie poddawali się machinie zagłady, za co bezpośrednio po wojnie ocaleńcy byli bardzo źle oceniani w Izraelu, a Polacy nie pojmowali, jak można było iść „jak owce na rzeź”. Świat nie chciał zrozumieć heroizmu tej postawy, niejednokrotnie dobrowolnego przyłączania się do transportu z miłości i lojalności wobec członków rodziny, którzy uciekać nie mogli; dramatyzmu kobiet, które do ostatniej chwili w komorze gazowej opiekowały się cudzymi, zagubionymi dziećmi, aby nie odczuły samotności w tej ostatniej chwili. Dzisiaj natomiast w mediach króluje obraz Żydów walczących, fikcja (Tarantino) miesza się z prawdą, wyjątki (jak powstanie w getcie warszawskimi) uchodzą za regułę. Wielokrotnie w internecie czytałem całe wywody uzasadniające twierdzenie, że Żydzi z bronią w ręku przeciwstawiali się Zagładzie. Potęga mediów jest oszałamiająca, problem tylko w tym, że jednocześnie zapomniano, a przez zapomnienie unieważniono te wszystkie heroiczne, dramatyczne postawy nieprzeciwstawiania się złu, wzięcia go na siebie, nieuciekania od losu. Wykoślawienie perspektywy powoduje, że dziś nie mogę nawet znaleźć właściwego języka, który byłby zrozumiały dla czytelnika, a w skrócie mógłby opisać tę postawę non violance, motywowanego religijnie podporządkowania się wyrokom losu. Coś, co 20-30 lat temu było dla wszystkich oczywiste, czyli owa „bierność”, dziś już wymaga tłumaczenia w osobnym eseju. To też skutek zideologizowania nawet wizerunku Holocaustu, które prawdę ma za nic.

Wstęp miał być krótszy. Wracajmy do filmów. Pokłosie jest typowym, wręcz laboratoryjnym przykładem wskazanego problemu dominacji poprawności nad prawdą. Pasikowski tworząc świetny thriller, tak jest zainteresowany tropieniem polskiego antysemityzmu, że prawdę ma za nic. Dowolnie ją nagina. Z jednej strony osadza akcję w konkretnych i znaczących polskich realiach (okolice Łomży, czyli także Jedwabnego), ale dla udramatyzowania akcji jest gotów na każde nieprawdopodobieństwo. Zacznijmy od rzeczy podstawowej, postać Józefa Kaliny, owego młodzieńca granego przez młodego Stuhra, a zajmującego się zbieraniem macew, ma swój pierwowzór. W Brańsku żył sobie pan Zbigniew Romaniuk, który już w latach osiemdziesiątych zaczął zbierać i konserwować porzucone, a niekiedy zbezczeszczone macewy. Jego działalność spotkała się z takim uznaniem społeczności lokalnej, że został wybrany radnym i przewodniczącym Rady Miasta Brańsk. Filmowy bohater  jest prześladowany przez sąsiadów, którzy mordują mu psa, palą zbiory, a w końcu ukrzyżowują (we współczesnej Polsce!). Te dwie postacie mają się do siebie tak, jak prawda do celowego fałszu. Gdzie Pasikowski znalazł współcześnie  w Polsce choć jeden przypadek morderstwa motywowanego antysemityzmem? Czy walczy zatem z istniejącą zmorą, czy ze swoimi majakami na ten temat? Czy wrażliwi ludzie dobrej wiary, widzowie słusznie obawiający się antysemityzmu, są nakierowywani na prawdziwy, realnie istniejący problem, czy tylko ich dobre uczucie są nadużywane do solidaryzowania się z wydumanymi obsesjami reżysera?

Pokłosie, kadr z filmu, Józek Kalina na spalonym polu, recenzja

Pasikowski w swoim filmie wyraźnie odwołuje się do Jedwabnego. Kreuje przy tym wizje, jakoby zbrodnie na Żydach były głęboko ukryte, tajne, strzeżone jak największa tajemnica. W rzeczywistości tak nie było. Zbrodnia w Jedwabnem, tak jak wiele podobnych, była jawna. Po wojnie toczyły się w tych sprawach śledztwa. Byli skazani, wiedza o tych wydarzeniach i o tych procesach była publiczna i nikt jej nie chował. Rzeczywiście, upływ czasu spowodował zapomnienie. Heroiczna wizja polskiego ruchu oporu, w tym pomocy Żydom, spowodowała nawet wyparcie ze świadomości społecznej tych obrzydliwych zachowań. Nadal jednak nie były one tajne, ani ukrywane. Historycy raczej o nich wiedzieli, choć zakres tych mordów nie był jasny. Gross pisząc Sąsiadów opierał się o znane źródła, nic nie musiał odkrywać. Szok społeczny wywołany tą książką polegał raczej na tym, że z pamięci zbiorowej te wydarzenia zostały wyparte. W tym przypadku Pasikowski pokazując dramatyczną walkę swoich bohaterów o ujawnienie skrzętnie ukrywanej tajemnicy również walczy raczej ze swoimi obsesjami niż z realnymi problemami. A może podkręcając emocje widzów i wywołując słuszne oburzenie celowo nimi manipuluje?

Zwolennicy filmu na zarzut mijania z prawdą odpowiadają, ze jest to film fabularny, nie dokumentalny i reżyser miał prawo do takich zabiegów, chodziło mu o pewne postawy, a nie o faktografię, film może dziać się gdziekolwiek i kiedykolwiek. Problem jednak w tym, że film osadzony jest w polskich realiach, bohater filmu wysiada z pociągu w Łomży i dalej jedzie pekaesem, a tak się jedzie właśnie do Jedwabnego. Pomimo argumentacji dotyczącej fabularności filmu i uniwersalności jego przesłania, wszystkie wnioski wyciągane przez zwolenników tych tez dotyczą Polaków i polskich rozrachunków z przeszłością, a nie europejskich, amerykańskich czy ogólnoludzkich. Czy trzeba komentować rzetelność takiego stanowiska?

Antysemityzm w Polsce rzeczywiście istnieje, choć nie znam wiarygodnych, rzetelnych badań, które by wskazywały na jego zasięg i głębokość. Podobnie istnieje w historii wiele mrocznych epizodów związanych z wydawaniem Żydów w ręce niemieckie, a nawet niekiedy ich mordowaniem. Można na ten temat zrobić prawdziwy, przejmujący film. Nie trzeba uciekać się do kłamstwa i do zafałszowanego manipulowania emocjami odbiorców. Prawda ma w sobie ozdrowieńczą moc. Niestety postmodernizm zabił przeświadczenie, że coś takiego, jak prawda, realnie istnieje. Każdy może mieć swoją prawdę i swoją interpretację. Ja jednak pozostaję przy staroświeckim przekonaniu, że coś takiego, jak obiektywna prawda istnieje i warto poświęcić trochę wysiłku, aby jej dociekać. Ma ona bowiem urok niezastępowalny przez nic innego.

Właściwie problem z takimi dziełami jak Pokłosie jest bardziej generalny. Sprowadza się on bowiem do pytania: czy występując w słusznej sprawie, można przekłamywać rzeczywistość i manipulować odbiorcami, aby osiągnąć zamierzony efekt. Mówiąc wprost, czy aby walczyć z antysemityzmem (co jest niewątpliwie rzeczą właściwą) można kłamać i manipulować, aby u odbiorców danego dzieła wywołać efekt po pierwsze przekonania, że ów antysemityzm realnie występuje na masowa skalę i jest groźny, a po drugie wzbudzić odruch głębokiej odrazy do takiej postawy. Ja osobiście uważam, że takie działania są nie tylko nieprzyzwoite, ale i nieskuteczne. Przekonują bowiem przekonanych, a u pozostałych wywołują odruch uzasadnionego sprzeciwu wobec manipulacji. Więcej, myślę, że jeżeli Bogu ducha winnym ludziom wmawia się, że są antysemitami (jak przywołanym w filmie chłopom), to może się zdarzyć, że wywoła się u nich naprawdę odruchy antysemickie. Poza tym manipulowanie prawdą, jest rzeczą obrzydliwą samą w sobie. Niewielkim usprawiedliwieniem jest robienie tego w dobrej sprawie.

Co powiedziawszy mogę w końcu przejść do Idy, która jest powodem napisania tego tekstu. Z kina wyszedłem urzeczony, dawno nie widziałem tak refleksyjnego filmu. Jego bohaterką jest młoda zakonnica, która przed złożeniem ślubów wieczystych przez swoją przełożoną została wysłana do jedynej krewnej, ciotki Wandy. Okazuje się, że owa ciotka jest Żydówką, podobnie jak młoda zakonnica. I tu pierwsza subtelność – zakonnice co prawda nie poinformowały Idy o jej pochodzeniu, ale przed kluczową decyzją przełożona jak widać uznała, że powinna skonfrontować się ze swoim pochodzeniem. Nic nie jest powiedziane wprost, motywów tylko się domyślamy.

Ida, kadr filmu, tytułowa Ida z ciotką Wandą, recenzja

Tymczasem wspomniana ciocia okazała się stalinowską prokuratorką, zwaną krwawą Wandą, kończącą karierę jako partyjna sędzina. Elegancka, zadbana, dbająca o kontakty z mężczyznami stanowi kolejne wyzwanie dla młodej Idy. Przyjazd młodej krewnej ożywił w niej zainteresowanie losami rodziny, więcej swoimi korzeniami. Jej żydowskość na nowo stanęła przed partyjną sędziną. Podobnie jak w Pokłosiu w czasie okupacji tkwi mroczna tajemnica, ale jej wyjaśnienie i pokazanie kontekstu jest w Idzie zupełnie inne. Bez nachalnej poprawności, bez przekłamań, bez cięcia żyletka po oczach. Dla mnie dzięki temu jest bardziej przejmujące.

Młoda zakonnica, pod wpływem tych wszystkich przeżyć zawiesza śluby i postanawia skosztować tego innego życia, które właśnie zobaczyła dzięki eleganckiej ciotce. Czy po tych przeżyciach, po weryfikacji swojego powołania wróci do zakonu? Reżyser pozostawia tu pewne niedopowiedzenie, ale moim zdaniem, w ostatnie scenie wdziewa ponownie habit i idzie właśnie z powrotem do klasztoru. Jej decyzja jest bardziej świadoma, niepozbawiona wahań, ale dojrzalsza, bo oparta o prawdziwe korzenie i prawdziwy wybór. Nie rozumiem tylko, dlaczego Ida wraca do klasztoru przedstawionego jako miejsce raczej odrzucające – pusty, zaniedbany kościół, w którym modlą się zakonnice (kompletnie nieprawdopodobne), milczące, bezosobowe współsiostry. W kreowaniu słusznie obskurnego wizerunku polskich lat sześćdziesiątych Pawlikowski przesadził, Kościół był raczej oazą przytulności czy estetyki kolorów, a na pewno nie był bardziej zaniedbany niż prowincjonalne kawiarnie. Zachowanie jednorodności stylistycznej filmu w tym przypadku oznacza rozminięcie się z realiami.

Zupełnie inaczej wygląda sprawa z panią sędziną. Powrót do historii postawił na nowo pytanie o sensowność jej wyborów ideologicznych. W filmie z jej ust pada tylko jedno zdanie w tej sprawie „walczyłam, ale cholera wie, o co”. Ostatecznie przy dźwiękach muzyki poważnej wyskakuje z okna. Motywów możemy się tylko domyślać. W konfrontacji ze świeżą wiarą swojej siostrzenicy może poczuła pustkę, czy bowiem ona w cos jeszcze wierzyła, w coś, co jej życiu nadawałoby jakiś sens. A może przypomnienie żydowskich korzeni spowodowało w niej refleksję, że Żydówką się nie czuje, ale Polką też nie za bardzo, bo drogę do polskości wybrała od możliwie najgorszej strony.

Ida, kadr filmu, krwawa Wandą, recenzja

Jak widać film zostawia wiele kwestii niedopowiedzianych. Uważny widz powinien w wieli momentach zadać sobie pytanie o motywacje, jakimi kierowały się główne bohaterki filmu. To wielki plus dla reżysera Pawła Pawlikowskiego. Znacznie bardziej cenię stawianie inteligentnych pytań wymuszających refleksje u odbiorcy, niż udzielanie uproszczonych odpowiedzi, jak w Pokłosiu. Film wolny jest od stereotypów, nie podąża śladami namolnej poprawności, nie sączy żadnej ideologii, nie manipuluje widzami. Nie znam statystyk oglądalności, ale mam smutne podejrzenie, że obejrzy go mniej widzów, niż tępe Pokłosie. Pieniądz gorszy wypiera pieniądz lepszy, jak zauważył już Kopernik.

Kolejna wielką zaletą Idy jest pieczołowite odtworzenie atmosfery lat sześćdziesiątych. Zgadzają się gadżety, architektura, klimat, ubiory, samochody, obskurne hoteliki i marne dancingi. Z przyjemnością patrzyłem na wysiłek scenografów Katarzyny Sobańskiej i Marcela Sławińskiego. W kategorii „atmosfera” niełatwo było zatrzeć złe wrażenie po pierwszej scenie, kiedy siostry podczas posiłku siorbią i uporczywie łomoczą łyżkami o talerze. Informuję, że w latach sześćdziesiątych ton życiu zakonnemu nadawały starsze siostry z przedwojenną kindersztubą i dobre wychowanie było czymś oczywistym. Zresztą zupełnie inaczej niż poza murami klasztorów i plebanii. Jak dobra musiała być cała reszta filmu, skoro to pierwsze wrażenie zostało zatarte.

Na koniec, jeszcze rzecz ważna, mianowicie aktorstwo. Agata Kulesza (krwawa Wanda) i Agata Trzebuchowska (Ida) sprawiły się doskonale. Szczególne uznanie należy się zwłaszcza tej pierwszej, za stworzenie kreacji zapadającej w pamięć. Na długo Agata Kulesza będzie mi się kojarzyła z elegancką prokurator o skłonnościach nimfomańskich. Po wspaniałej roli w Róży Smarzowskiego można powiedzieć, że została odkryta gwiazda w polskim kinie.

Zgodnie z tradycja tego bloga w zakończeniu pojawiają się oceny. Ida to oczywiście 10/10 plus zaliczenie do kategorii sił sensu za odwagę w przedstawieniu krwawej Wandy o żydowskim pochodzeniu,[2] ale nie tylko. Pokłosie to 3/10, przed oceną 1/10 chroni je sprawna narracja i fakt, że, zakładam, reżyser dobrze chciał, chodziło o potrząśniecie sumienia, ale wyszło, jak wyszło…

Ida, reż. Paweł Pawlikowski, Dania/Polska 2013

Pokłosie, reż. Władysław Pasikowski, Polska 2012



[1] Porównaj Alan Sokal, Jean Bricmont, Modne bzdury. O nadużyciach nauki popełnianych przez postmodernistycznych intelektualistów, Wyd. Prószyński i S-ka. A w tej książce cała masa nadużyć intelektualnych postmodernistycznych myślicieli wobec nauk, wydawałoby się odpornych na manipulację, jak matematyka czy fizyka.

[2] Jak się okazało przedstawienie postaci krwawej Wandy wymagało odwagi. Okazało się, że Helena Datner, która miałem za osobę przytomną, zarzuciła filmowi podtrzymywanie antysemickich stereotypów. Problem w tym, że ta postać ma swój realny pierwowzór w osobie Heleny Wolińskiej, oskarżonej przez IPN o zbrodnie komunistyczne. W bliźniaczym resorcie pracowała też Luna Brystygierowa. Zarzucanie reżyserowi posługiwania się antysemickimi schematami jest po prostu nie poważne. Tak po prostu było i tłumienie tej prawdy sprawie nie służy, a „naukowość” pracowników Żydowskiego Instytutu Historycznego stawia pod znakiem zapytania.

poniedziałek, 23 grudnia 2013
To ja złodziej. Film Jacka Bromskiego

Właśnie powtórnie obejrzałem ten film i jestem pod jeszcze większym wrażeniem, niż przy pierwszym z nim kontakcie. To jeden z lepszych, a niesłusznie nie docenionych polskich filmów. Na tak wysoką ocenę składa się kilka czynników.

To ja, złodziej, kadr z filmu, recenzja

Zacznijmy od tego, który najbardziej rzuca się w oczy, czyli od aktorstwa. Kilka fenomenalnych ról. Palma pierwszeństwa należy się Januszowi Gajosowi, wcielającemu się w rolę właściciela warsztatu samochodowego, związanego ze światem przestępczym. Postać to zupełnie inna od tych zwykle granych przez tego aktora. Prosta, nawet toporna, ale charakterystyczna i na dodatek z drugim dnem, doskonale uwypuklonym przez Gajosa. Niby z półświatka, ale jednak głęboko uczciwy, gotów walczyć o przyszłość swojego młodego pracownika, który chce wkupić się w łaski gangsterów. Jako starszy i doświadczony wie, jak fatalny jest to wybór. Druga warta zwrócenia uwagi to epizodyczna rola prostytutki trzeciej kategorii zagrana przez Kingę Preis. Krótka, wstrząsająca, zapadająca w pamięć. Trzeba być mistrzynią, aby przez minutę na ekranie stworzyć tak wstrząsającą kreację. To moja ulubiona aktorka, zapamiętana od czasu debiutu na Festiwalu Piosenki Aktorskiej. Frycz zagrał tępego, chamskiego złodzieja samochodów, też rola nietypowa dlatego aktora. Oprócz tego Krystyna Feldman w roli babci i Maciej Kozłowski jako szef gangu, tutaj oboje są w swoich podstawowych wizerunkach aktorskich, ale na jakim poziomie się w nich odnajdują.

Drugą zaletą filmu jest fabuła. Nic tu nie jest zgodne ze stereotypem. Tytułowy złodziej, jest jedną z uczciwszych postaci w filmie, okradziony, zaś zachowuje się mało elegancko. Sympatię wzbudza babcia tytułowego bohatera, prosta staruszka z warszawskiej Pragi. Niby z marginesu, ale wyraźnie przyzwoitszy niż ta nuworyszowska „inteligencja”. Przypomina mi się „Miś” – tam też nośnikami fundamentalnych wartości byli nie wykształceni węglarze z Pragi, na co wskazuje kultowa już scena z rozmową na temat tradycji. Wizerunek gangu też jest kompletnie inny niż w „Ojcu chrzestnym”. Brutalni, chamscy, banalnie tępi. Boję się, że obraz polski jest dużo realistyczniejszy niż amerykański, a Jacek Bromski na pewno nie był cicho finansowany przez mafię inwestującą w wizerunek, a to się ostatnio mówi o Mario Puzo.

To ja, złodziej, kadr z filmu, recenzja

Najciekawszą rzeczą w dobrych filmach jest przełamywanie stereotypu, pokazywanie, że nic nie jest tak oczywiste, jak powszechnie się wydaje. Tego Bromskiemu niewątpliwie udało się dokonać.

Wreszcie na koniec zwróćmy uwagę na muzykę. W całym filmie za ścieżkę dźwiękowa odpowiada Dżem. Tytułowa piosenka, ze słowami Bromskiego łatwo zapada w pamięć – muzyka jest z pogranicza przeboju, a słowa, co rzadkie, mają sens i korespondują z treścią filmu.

Podsumowując: bardzo dobry, choć chyba nie doceniony film. Aktorstwo wyjątkowej klasy, Gajos powinien dostać za role drugoplanową Orły, Feliksy czy co tam się teraz daje w Polsce. Najważniejsze jednak, że film jest niebanalny, idzie wbrew ustalonym modom, pokazuje rzeczywistość, która po ekranach nie hula. Zatem obok wysokiej oceny 9/10, także zaliczenie do kategorii samodzielnie myślących, czyli do „sił sensu”.

To ja, złodziej, reż. Jacek Bromski, Polska 2000

poniedziałek, 02 grudnia 2013
Eksport polskiego uzbrojenia w II Rzeczypospolitej

Długo nic nie pisałem na blogu. Sprawy zawodowe przydusiły inne aktywności. W tym czasie odrabiałem czytelnicze zaległości w odniesieniu do jednego z najbardziej mnie interesujących tematów, czyli do historii polskiej armii w okresie II Rzeczypospolitej. Skutkiem oddania się tej pasji jest poniższa nota, być może trochę za długa i za bardzo szczegółowa. Zamieszczam ją tutaj, na blogu ogólnokulturalnym, bo dobrze dokumentuje, czym się ostatnio czytelniczo fascynuję i z jakimi mniej więcej efektami.


 

M. P. Deszczyński, W. Mazur, Na krawędzi ryzyka. Eksport polskiego sprzętu wojskowego w okresie międzywojennym, okładka, recenzjaDawno nie czytałem książki naukowej z takim zainteresowaniem.[1] Pod wieloma względami jest to publikacja wzorowa. Oparta została o dogłębną kwerendę źródłową archiwaliów krajowych, w tym zwłaszcza wnikliwe przekopanie zasobów Centralnego Archiwum Wojskowego. Orientacja autorów w literaturze przedmiotu jest imponująca, a warto nadmienić, że armia II Rzeczypospolitej i kampania wrześniowa cieszą się dużym zainteresowaniem i ilość publikacji na te tematy jest ogromna. Poza tym autorzy starają się zachować obiektywizm w swoich badaniach, a ustaleniom nadać charakter czysto rzeczowy. Oba zamierzenia udało im się zrealizować, co godne jest najwyższego uznania. Z góry informuję, że książkę oceniam 10/10 i marzę, aby więcej tego typu książek pojawiało się na rynku wydawniczym, bo niby różnych publikacji zatrzęsienie, ale rzetelnych, dogłębnych opracowań niestety niewiele.

Eksport polskiego uzbrojenia jest tematem kontrowersyjnym, wzbudzającym niejednokrotnie skrajne emocje. Jak to się bowiem mianowicie stało, że armia cierpiąca na poważny brak nowoczesnego uzbrojenia, do ostatniej chwili pokoju właśnie takie uzbrojenie eksportowała?

Aby zrozumieć fenomen polskiego eksportu uzbrojenia, trzeba kilka kwestii wyjaśnić. Po wojnie dwudziestego roku w magazynach polskiej armii pozostało mnóstwo zróżnicowanego uzbrojenia, rosyjskiego, niemieckiego, austriackiego, francuskiego, włoskiego, a nawet japońskiego. Ze względu na konieczność unifikacji, część z tych zasobów trzeba było sprzedać, część udało się wymienić z innymi krajami. Do obsługi polskiego eksportu uzbrojenia, zarówno tego z magazynów, jak z bieżącej produkcji powołano spółkę SEPEWE, która jest głównym bohaterem omawianej książki.

W tym samym czasie rodził się polski przemysł produkujący uzbrojenie. Był on tak zaprojektowany, aby na wypadek wojny mógł w jak największym stopniu zapewnić dostawy dla polskiego wojska. Oczywiście w czasie pokoju zapotrzebowanie na uzbrojenie jest znacznie mniejsze (zwłaszcza w zakresie amunicji), ale fabryki ktoś musi utrzymywać. Bieżące zamówienia polskiej armii były ograniczone ze względów finansowych, ale także z powodu obiektywnych potrzeb. Najłatwiej było zapewnić utrzymanie mocy produkcyjnych w zakładach zbrojeniowych poprzez eksport ich produktów. Wreszcie za eksportem przemawiał tez wzgląd dewizowy. Gospodarka dwudziestolecia nie funkcjonowała w trybie wolnej wymiany walut. Ilość dewiz dostępnych dla potencjalnych importerów, także wojskowych np. w dziedzinie niezbędnych do produkcji materiałów, była ograniczona do limitu dewiz pozyskanych z eksportu. Zatem, co do zasady, za eksportem przemawiało wiele czynników.

Nie wszyscy jednak rozumieli te dość chyba oczywiste argumenty. Pierwsze zastrzeżenia do polskiego eksportu  w 1939 roku pojawiły się tuż po zakończeniu kampanii wrześniowej. Były one ochoczo podchwytywane i sztucznie rozdymane przez Sikorszczyków, którzy byli zainteresowani w wykazaniu niekompetencji władz przedwrześniowych. Politykę rozgrywek personalnych prowadzili metodami brutalnymi i w wielu przypadkach przepustką do przydziału w nowej armii było złożenie donosu na poprzedników. Stąd wiarygodność relacji z tamtego kresu jest dość ograniczona.

W każdym razie, jak totalna krytyka rozpoczęła się już wtedy, tak trwa do dzisiaj. W opinii piszącego niniejsze słowa, im mniejsza wiedza na temat tego zagadnienia, tym krytyka intensywniejsza.

Autorzy Na krawędzi unikają pochopnych sądów, relacje i zawarte w nich argumenty konfrontują ze źródłami archiwalnymi. Zachowują powściągliwość, ale różne, najczęściej cząstkowe, opinie przecież wyrażają, a niektóre z nich pobudzają do polemiki. W dodatku pewną trudność stanowi fakt, że jakkolwiek eksportowi uzbrojenia w 1939 roku poświęcają osobny rozdział, to brak w nim jasno wyrażonego stanowiska autorów, które rozmywa się w masie szczegółowych dyskusji, argumentów i kontrargumentów. Problem w tym, że najczęściej wskazują błędy, zaniechania, nieporozumienia, czy pospolite mataczenie po fakcie. Krytycyzm nie jest wyrażony wprost, ale między wierszami jest widoczny.[2] W tym kontekście dziwi tytuł Na krawędzi ryzyka, bo jak rozumiem, w opinii autorów, ta krawędź została przekroczona.

Autorzy właściwie słusznie ograniczają ten budzący kontrowersje wątek do kilku kluczowych transakcji: dział przeciwlotniczych 40 mm dla Anglii i Holandii, armat przeciwpancernych 37 mm także dla Anglii i dla Rumunii oraz dostawy dla Bułgarii 42 samolotów liniowych PZL 43, czyli zmodyfikowanych „Karasi”. Rzeczywiście, te kontrakty budzą największe wątpliwości, ale wypreparowanie ich z całego kontekstu relacji wojskowych z tymi krajami i długoterminowych kontaktów dotyczących sprzedaży polskiego uzbrojenia, niestety nie ułatwia zrozumienia ich istoty. Każda z tych dostaw ma swoją historię i nie sposób wszystkich okoliczności tu omówić, ale chociaż niektóre chyba warto.

Zacznijmy od dostaw armat Boforsa dla Anglii. Był to pierwszy kontrakt, w którym to my sprzedawaliśmy uzbrojenie dla ówczesnego światowego mocarstwa, powszechnie postrzeganego jako potęga nr 1 na świecie. Wejście na taki rynek, to nie żart. Kontrakt był realizowany w cieniu podpisywanego wojskowego sojuszu z Anglią, który dla Polski miał znaczenie zasadnicze. Po drugie, w czasie, kiedy nasze fabryki produkowały armatki dla Anglii, my negocjowaliśmy kredyt na zakup uzbrojenia angielskiego dla polskiej armii, a później dostawę konkretnych jego elementów. Dodajmy, że my za zakupiony sprzęt płaciliśmy angielskim kredytem, ale sami prawdopodobnie dostawaliśmy zapłatę w ciepłych dewizach. Jako trzeci element kontekstu wspomnę tylko o oczywistym i powszechnie znanym fakcie, że we wrześniu płynęła już do portu w Konstancy eskadra Hurricanów. Czy można sobie wyobrazić, aby biorąc wszystko to pod uwagę, wstrzymać wysyłkę armat dla Wielkiej Brytanii? W pracy Deszczyńskiego i Mazura część z podniesionych przeze mnie czynników została przedstawiona, ale finalne wnioski i tak ich nie uwzględniały.

Poświęćmy także kilka zdań Rumunii. Prawie w ostatniej chwili (VII 1939) zdecydowaliśmy się na realizacje dostaw armatek przeciwpancernych 37 mm dla Rumunii i to w niebagatelnej ilości 250 sztuk. Warto przypomnieć, ze Rumunia była naszym kluczowym sojusznikiem w obronie przed ewentualną agresją ze wschodu. W 1939 Rumunii czuli już sowiecką presję, a jak pokazała aneksja Besarabii, poczucie zagrożenia było w pełni uzasadnione. Czy troska o morale sojusznika (o czym autorzy wspominają) i bodaj istotniejsza jeszcze troska o życzliwość państwa, przez które wiodła najważniejsza droga tranzytowa w obliczu spodziewanej wojny była wystarczającym uzasadnieniem dla realizacji tego kontraktu? A czy dość dobry los polskich żołnierzy internowanych po 1939 roku był wystarczającym potwierdzeniem słuszności o kilka miesięcy wcześniejszego wyboru? Szkoda, że ostatniego z tych argumentów autorzy nie zauważyli.

W czasie kiedy wspomniane kontrakty były zawierane, albo nikt wybuchu wojny nie przewidywał („Karasie” dla Bułgarii, 1938), albo wojna była prawdopodobna, ale nie była pewna. Dzisiejsze oceny pachną całkowicie ahistorycznym myśleniem. My wiemy, ze wojna wybuchła, mamy przekonanie, że była nieunikniona, ale nikt z ówczesnych decydentów takiej pewności nie miał. Zrywanie kontaktów w takiej sytuacji byłoby zwykłym awanturnictwem. Z powodu wydarzeń przyszłych niepewnych, tworzenie faktów dokonanych o rozległych konsekwencjach byłoby zachowaniem, delikatnie mówiąc, niepoważnym, a o polskich generałach można różne rzeczy powiedzieć, ale na pewno byli to ludzie bardzo serio traktujący swoje obowiązki i niewątpliwie nie byli awanturnikami.

Drugim poważnym argumentem przemawiającym za utrzymaniem tempa polskiego eksportu wojskowego był stan obciążenia polskiego przemysłu. Większość polskich fabryk zbrojeniowych nie pracowała w 1939 roku na pełnych obrotach. Dlaczego? Bo mimo gigantycznego wysiłku finansowego polskiego państwa, nie było go stać, na złożenie zamówień wysycających możliwości produkcyjne polskiego przemysłu. Eksport poprawiał (!!!) sytuację finansową sektora zbrojeniowego i dawał możliwości zwiększenia zamówień w przyszłości, a nie je ograniczał. Trzeba przyznać że w zakresie armat 37 mm i przeciwlotniczych 40 mm możliwości zwiększenia produkcji były już wyczerpane. Zwróćmy jednak uwagę, że dostawy eksportowe nie zaburzały w żadnym stopniu dostaw tego samego sprzętu dla polskiej armii. Zamówienia były realizowane, harmonogramy przestrzegane. Niewielkie odstępstwa były z góry uzgadniane ze Sztabem Generalnym i przez niego akceptowane.[3] Jeżeli ówcześni decydenci zechcieliby wydawać więcej niż mieli w budżecie, to mogli zamówić cała gamę innego  również brakującego uzbrojenia artyleryjskiego, od moździerza 81 mm począwszy a na dalekonośnych armatach 105 mm skończywszy. W tym mogliby zwiększyć zamówienia na dobrą (i proporcjonalnie drogą) armatę przeciwlotnicza 75 mm produkowana w Starachowicach. Dodajmy, że armatek 40 mm mieliśmy kilkaset sztuk,[4] a dramatycznie brakowało właśnie sprzętu o większej donośności zabezpieczającego przed bombardowaniem z większej wysokości. Nie trzeba było zrywać kontraktów ani nic rekwirować, wystarczało złożyć zamówienie. Nie robiono tego nie dlatego, że ktoś był głupi lub mało przewidujący, ale dlatego, że nie było za co, tak samo jak nie byłoby czym zapłacić za zarekwirowane armatki z kontraktów dla zagranicy.[5] Tworzenie z tego zarzutu jest niepoważne. Ekonomia wojenna zaczyna obowiązywać dopiero w czasie wojny (a dokładniej od czasu mobilizacji), przed jej wybuchem wszyscy się kierują normalnymi zasadami budżetowymi, będąc przy zdrowych zmysłach nie można z tego powodu generować oskarżeń.

Autorom Na krawędzi mam tylko za złe, że w swojej argumentacji zauważyli wiele kwestii szczegółowych (co bardzo cenię), ale pominęli wiele aspektów ogólnych, które dla ówcześnie zapadających decyzji były przesądzające. Nawet jak je dostrzegli, to nie wyciągnęli właściwych, rozstrzygających wniosków. W przeciwieństwie do nich - pozwolę sobie na osobisty wtręt - ja, mimo upływu lat, jestem dumny z ówczesnych decydentów wojskowych, że potrafili od zera zbudować w ubogim kraju przemysł zbrojeniowy, który mógł konkurować z potęgami ówczesnego świata, że potrafili sprzedawać jego produkty, że byli solidnymi, obliczalnymi partnerami biznesowymi i odpowiedzialnymi sojusznikami. W całości się z ich decyzjami solidaryzuję.[6]

W jednym aspekcie podzielam krytyczne stanowisko duetu Deszczyński-Mazur. Chodzi mianowicie o to, co działo się w ostatnich dniach sierpnia. Po wprowadzeniu życie mobilizacji kartkowej, czyli od 24 sierpnia, powinna zacząć obowiązywać prawo wojenne, jeżeli nie de iure to na pewno de facto. Od tego momentu, nie tylko wywóz uzbrojenia powinien być wstrzymany (co nastąpiło), ale sprzęt powinien zostać natychmiast zadysponowany do właściwych jednostek, końcowa produkcja powinna ulec przyspieszeniu, odbiory uproszczeniu. W rzeczywistości jakby zapomniano o gotowym sprzęcie. „Karasie” wybuch wojny zastał w PZL lub na lotnisku przyfabrycznym, gdzie uległ uszkodzeniu podczas bombardowań 4 września. Przykre pytanie brzmi: a co on tam robił cztery dni po wybuchu wojny? Działa przeciwlotnicze przygotowane do ekspedycji marynarze z Lądowej Obrony Wybrzeża przypadkowo znaleźli w magazynach w Gdyni i byli w stanie je wykorzystać. Żołnierze Armii Pomorze, którzy znaleźli pod Toruniem w skrzyniach armatki przeciwlotnicze takich możliwości zapewne nie mieli.[7] Losów armatek przeciwpancernych nie znam, ale przypuszczam, że były podobne. To smutne przeoczenie i warto je wskazać. O tym sprzęcie w gorączce mobilizacyjnej po prostu zapomniano, tak jak o gotowych do odbioru czołgach 7TP w PZInż. czy „Łosiach” w nowozbudowanej wytwórni mieleckiej.[8] Zatem to nie był tylko problem sprzętu produkowanego na eksport, choć ten powinien być pod szczególnym nadzorem.

Na koniec jeszcze jedna polemika, ważna dla głównego wątku „eksportowego”, a dla rozumienia sytuacji polskiego dowództwa w 1939 roku wręcz fundamentalna. Chodzi tu mianowicie o stwierdzenie, że wyobrażenia polskich elit wojskowych o przyszłej wojnie wywodziło się „sprzed z górą dwudziestu lat” i było absolutnie błędne. Przesłanką do tego stwierdzenia miała być decyzja, że dostawy eksportowe zamierzano przerwać dopiero z chwilą ogłoszenia mobilizacji oraz spodziewane uruchomienie wojennej produkcji zamierzano przeprowadzić dopiero po tym momencie. Zatem „całość swych rezerw [przemysł] uruchomić miał nie wcześniej, niż w przededniu zbrojnej konfrontacji.” (s. 352) Na boku proponuję zostawić dyskusję z przekonaniem autorów o anachroniczności wyobrażeń polskich generałów o przyszłej wojnie, bowiem rozjaśnienie tej sprawy wymagałoby osobnego szkicu. Przyjmijmy, że nawet tak było. Nie sposób zgodzić się jednak z przekonaniem, że uzasadnieniem dla owej „anachroniczności” miały być decyzje o wstrzymaniu eksport dopiero z chwila mobilizacji, bowiem ten pogląd, jako dość oczywisty, w całości podzielam, podobnie jak każdy, kto się nad nim zastanowi. Ponadto, nie wyobrażam sobie, jak decyzje o przestawieniu produkcji na „tor wojenny” można by podjąć w jakimkolwiek  wcześniejszym momencie. Kto bowiem zapłaci, za zwiększenie zatrudnienia do trybu wielozmianowego, za zużycie wszystkie zapasów i komponentów do produkcji „na maxa” niezależnie od wcześniejszych zamówień, kto ostatecznie zapłaci za wszystkie wytworzone produkty? Jak celnie zauważył marszałek Rydz Śmigły, przedwczesne ogłoszenie mobilizacji, czyli zanim będziemy posiadali pewność, że wojna wybuchnie, oznacza kompletną ruinę finansową państwa, ekonomiczny collapse. Mobilizacja przemysłu zbrojeniowego zanim wojna wybuchnie, nie będzie miała takiego pola rażenia, ale co najmniej budżet wojskowy przewróci, jeżeli nie rozpoczną się działania wojenne. Poza tym kto weźmie na siebie odpowiedzialność za panikę i tony sprzętu, które mogą okazać  się zbędne i trafią wprost do magazynu. Zatem wojskowi decydenci nie mieli innego wyboru, niż czekać do ostatniej chwili, a ich wyobrażenia o przyszłym konflikcie, nie miały tu absolutnie nic do rzeczy.

Najbardziej jednak zaskakuje inny błąd intelektualny w przedstawionej wyżej konstrukcji. Jeżeliby ówcześni wojskowi mieli wyobrażenie, jak będzie przebiegała kampania wrześniowa, to ostatnia rzeczą, jaką zaprzątaliby sobie głowę byłaby sprawa eksportu. Znacznie bardziej fundamentalnym pytaniem, byłoby, czy w ogóle się bić w wojnie z góry przegranej i to przegranej w dramatycznym czasie kilkunastu dni. Czy warto zgodzić się na gigantyczne zniszczenia w Warszawie, na dziesiątki/setki tysięcy zabitych, po to tylko, aby w kilkanaście, góra trzydzieści dni ponieść sromotną porażkę, która raczej hańbi żołnierzy niż przydaje im honoru. Bardzo wątpię, aby posiadając taką wiedzę,  zdecydowali się na walkę do ostatniego naboju. Po co w takim przypadku, mieliby zatrzymywać eksport narażając układy sojusznicze (Anglia, Rumunia), jak i tak dobrze by wiedzieli, że tych sto kilkadziesiąt armat nawet o kilka dni nie przedłuży polskiego oporu, a jeżeli nawet, to w najlepszym razie spowoduje tylko większe straty.

Do kampanii wrześniowej, w taki kształcie jaki znamy, doszło dlatego, że polskie dowództwo widziało szansę zwycięstwa dzięki wcześniejszej lub późniejszej, ale jednak ofensywie naszych zachodnich sojuszników. Na pewno było to przekonanie naiwne, może także za bardzo wierzono w odporność polskiego żołnierza i przetrwanie nawałnicy pierwszych dni. Ale to właśnie przekonanie dawało siłę całej elicie rządzącej, całemu społeczeństwu, do nadzwyczajnego wprost wysiłku włożonego w budowę przemysłu zbrojeniowego i utrzymanie ogromnej armii. Wszyscy byli gotowi do poniesienia wyrzeczeń, aby posiadać wojsko, które zapewni nam niepodległość. Z polskiego wojska wszyscy byli dumni, podobnie jak z uzbrojenia polskiej produkcji. Czy jest słuszne przekonanie, że za tymi wszystkimi wartościami stała tylko naiwność i anachroniczność wyobrażeń o przyszłej wojnie?

Może nieco przesadzam w komentarzu do mimochodem rzuconej uwagi, ale przyznaję, że bardzo mnie irytuje protekcjonalny stosunek dzisiejszych historyków w odniesieniu do ówczesnych decydentów wojskowych. Ta atmosfera pouczania post factum, poklepywania po plecach z przekonaniem, że teraz wiemy lepiej, a oni po prosu błądzili w swoich dziwnych i przedpotopowych wyobrażeniach o przyszłej wojnie. Zwykle stoi za tym zwykła ignorancja i niewiedza na temat rozlicznych uwarunkowań, którym oni podlegali, a także brak chęci do zrozumienia oczywistych ograniczeń, które krępowały ich decyzje. Podkreślam, że nie jest to przypadek Deszczyńskiego i Mazura, ci autorzy dysponują głęboką wiedzą i właściwymi kompetencjami analitycznymi, czyta się ich wywody z przyjemnością, nawet jeśli nie zawsze wzbudzają akceptację. Od czasu do czasu jednak nie wyciągają oni wystarczających wniosków syntetycznych; w morzu szczegółów, drobiazgowych przypisów i piętrowych analiz gubią uwarunkowania systemowe, nieredukowalne ograniczenia, a przez to tracą z pola widzenia oczywiste sukcesy, słuszność, a co najmniej konieczność, kluczowych wyborów i decyzji. Wykorzystywanie wiedzy o przyszłych wydarzeniach do oceny ówczesnych elit wojskowych, które z powodów oczywistych tej wiedzy mieć nie mogły, jest z pogranicza poprawności metodologicznej.  Oceniać można aktorów przeszłych wydarzeń tylko na podstawie tego, co wiedzieli lub wiedzieć mogli, a nie w oparciu o to, co historycy wiedzą dzisiaj. Z tego powodu ów protekcjonalny ton występujący w wielu dzisiejszych pracach historycznych, jest dla mnie tak drażniący.

Koniec polemik i dyskusji. Podkreślam, że nie zmieniają one generalnie bardzo wysokiej oceny książki, która już weszła do kanonu lektur niezbędnych, jeżeli chce się poznać historię wojska II Rzeczypospolitej. Polemiki z zasady zabierają więcej miejsca, uruchamiają emocje i wyostrzają stanowiska. Tym bardziej jeśli dotyczą kontrowersji zaprzątających umysły od dobrych kilkudziesięciu lat i które, jak przypuszczam, nigdy nie zostaną ostatecznie zakończone. Zwracam jednak uwagę, że w przypadku Na krawędzi…, dotyczą one zdecydowanej mniejszości wniosków i ocen autorów, nawet jak zabierają większość miejsca w recenzji. Polemiki w tych sprawach są i będą nieuniknione. Z tym, że aby polemiki chociaż zbliżały się do rzeczowości potrzebna jest dobra faktografia, a tę książka Deszczyńskiego i Mazura dostarcza w obfitości i na bardzo rzetelnym poziomie. Ogromną zaletą książki są tabele (17 szt.) wydrukowane w postaci załącznika, które m.in. wyszczególniają wszystkie transakcje eksportowe, wyniki SEPEWE, obsadę personalną tej spółki, strukturę eksportu, kraje docelowe. To ogromna wartość sama w sobie, bo daje zobiektywizowana podstawę do różnych samodzielnych dociekań. Za dokładność i szczegółowość ustaleń autorzy mają mój głęboki szacunek.

Jedyne uwagi w tej materii rodzą się z niezaspokojonej potrzeby jeszcze większej ilości informacji. Na przykład chciałoby się wiedzieć, czy eksport nowego uzbrojenia był finansowo opłacalny. Sprawa nie jest prosta, bo inaczej to będzie wyglądało z poziomu fabryki, inaczej z poziomu władz wojskowych, a jeszcze inaczej z poziomu polityki dewizowej państwa. Co więcej analiza nie może być prosta, bo ceny nie są i nie mogą być porównywalne. Na zarządzaniu finansami znam się bodaj lepiej, niż na sprawach wojskowych, stąd wiem, o czym mówię, a czytelników nie chce zasypywać zbędnymi tu szczegółami. Podobnie sprawa ma się z poszczególnymi składnikami uzbrojenia. Autorzy słusznie skoncentrowali się na analizie terytorialnej eksportu, czyli jak wyglądały negocjacje i następujące po nich kontrakty realizowane dla poszczególnych państw (tu szczególnie ciekawa Hiszpania w okresie wojny domowej). Chciałoby się mieć taka analizę według zakresu rzeczowego, czyli analizę jak eksport wpływał na poszczególne składniki uzbrojenia, na jego rozwój (w lotnictwie na pewno), na opłacalność produkcji, na ceny jednostkowe, na kontrakty krajowe, na stan zapasów magazynowych. W tym ostatnim przypadku jest to szczególnie ciekawe. Autorzy na przykład mimochodem rzucają uwagę, że masowy eksport do Hiszpanii zredukował do zera stoki magazynowe. Czy na pewno? Na przykład niektóre bataliony obrony narodowej były wyposażone w karabiny Berthier i Lebel, podczas gdy obowiązującym standardem w polskiej armii były Mausery. Berthiery, a Lebele na pewno, należały zatem do klasycznych zapasów stokowych. A jak było w odniesieniu do innych rodzajów sprzętu, np. artyleryjskiego. Oj chciałoby się wiedzieć.

Oczywiście nie są to zastrzeżenia do książki, a jedynie postulaty badawcze. Jest zrozumiale, że każda książka ma jakiś określony zakres i nie można go w nieskończoność rozszerzać. Ból polega na tym, że autorzy osiągnęli w materii eksportu polskiego uzbrojenia  niespotykany poziom kompetencji i jeżeli oni jeszcze czegoś nie napiszą, to w najbliższych latach nie zrobi tego już nikt, bo nie wyobrażam sobie, aby ktoś powtórzył wykonaną przez nich kwerendę archiwalną. Może mimo upływu lat i pewnie innych zainteresowań badawczych uda się jeszcze cos napisać. Lud jest złakniony wiedzy, bierzcie to szanowni autorzy pod uwagę.

Finalnie: szacunek i uznanie za rozległość badań, imponującą szczegółowość i dogłębność informacji. Kontrowersję były, są i będą, dobrze tylko dyskutować je na pewnym poziomie merytorycznym, a ten spółka autorska Deszczyński-Mazur zapewnia w stopniu rewelacyjnym. Ocena 10/10 jest dla mnie oczywista.

Marek Piotr Deszczyński, Wojciech Mazur, Na krawędzi ryzyka. Eksport polskiego sprzętu wojskowego w okresie międzywojennym, Neriton, Warszawa 2004



[1] Porównywalna, co do poziomu zainteresowania może być w ostatnich czasach i w podobnej materii tylko książka Tymoteusza Pawłowskiego Armia Marszałka Śmigłego. Jak czas pozwoli, to i o niej coś napiszę.

[2] Przy okazji: autorzy używają języka perswazji. Np. piszą o „upartym” realizowaniu kontraktów eksportowych, bynajmniej nie tłumacząc, na czym owa upartość miałaby polegać. Zanim się użyje słowa emocjonalnie nacechowanego, dobrze jest uzasadnić celowość takiego użycia. Ze swojej strony dodam tylko, że w przekonaniu zwykłego człowieka wywiązywanie się z podpisanych umów jest rzeczą normalną, uczciwą, nie „upartą”. Jeżeli już, to upartość cechuje tych, którzy tę zasadę uporczywie podważają.

Skoro jesteśmy przy zasadach – trudno mi wybaczyć autorom sflekowanie płk. Wiatra za brak zainteresowania zakupionym przez lewicowych Hiszpanów wyposażeniem wojskowym, które nie zostało wyekspediowane i zalegało w magazynie wolnocłowym w Gdyni. Autorom zwracam uwagę, że owo wyposażenie było cudzą własnością. Położenie na nim ręki komuniści nazywają „nacjonalizacją”, ale normalni ludzie - kradzieżą. Przed wojną oficerów obowiązywały reguły honorowe, dziwię się, że tak wybitni znawcy przedwojennego wojska tego nie rozumieją, a z tego „nierozumienia” wyciągają daleko idące wnioski ogólne.

[3] W tym kontekście najbardziej niepokojąca jest informacja, że realizacja kontraktu eksportowego „Karasi” dla Bułgarii zaburzała cykl produkcyjny „Łosi” dla polskiego lotnictwa. Jeżeli tak było, to wydaje mi się, że nastąpił jakiś brak we współpracy wojskowych z PZL. Nie widzę istotnej przeszkody aby priorytet produkcyjny nadać „Łosiom”, tym bardziej, że w produkcji samolotów występowały często opóźnienia niezawinione przez producenta, a związane przesuwaniem terminu dostaw przez kooperantów, zwykle tych zagranicznych. Warto przy tym podkreślić, że Sztab Generalny zwykle wyrażał zgodę na kontrakty eksportowe pod warunkiem, że nie będą one miału wpływu na terminowość dostaw dla polskiej armii. Biorąc to pod uwagę, wydaje się, że PZL wykroczyły poza posiadane zgody, jeżeli rzeczywiście opóźniły produkcję „Łosi” z powodu kontraktu eksportowego.

Na marginesie tej sprawy jedna uwaga do autorów Na krawędzi. W innym miejscu piszą oni, że być może niepotrzebnie rozbudowywano przemysł wojskowy, zamiast środki przekierować na sfinansowanie bieżącej produkcji uzbrojenia. Zwracam uwagę, że te dwa spostrzeżenia są wzajemnie sprzeczne. Jeżeli bowiem PZL Okęcie (WP1) nie mogła sobie poradzić z realizacją zamówień na jednoczesną produkcję relatywnie krótkich serii obu tych samolotów, to oznacza to, że inwestycja w PZL WP2 była niezbędna. Podobnie jak niezbędna była inwestycja w zakłady Cegielskiego w Rzeszowie (ppanc 37 mm i plot 40 mm), zakłady w Stalowej Woli  i w zakłady produkujące amunicję do masowo produkowanego sprzętu artyleryjskiego.

[4] Trudno ustalić, ile dokładnie ich mieliśmy we wrześniu 1939 roku. Najczęściej padają liczby 286, 306 lub 358, szczegółowa dyskusja tych liczb: Na krawędzi…, s. 357, przyp. 27.

[5] Finansowanie zamówień przedstawiam oczywiści w pewnym uproszczeniu. Rzeczywistość w 1939 roku była bardziej złożona, mam tego świadomość. Modelowo jednak argumenty są dość bezwzględne.

[6] Dla porównania warto sobie uświadomić, w jakiej sytuacji dziś jest polski przemysł zbrojeniowy. Nie jesteśmy w stanie wyprodukować nawet samolotu szkolnego, zatem o eksporcie nawet mowy być nie może. Ówcześnie sami produkowaliśmy cała gamę sprzętu lotniczego i eksportowaliśmy go do wielu krajów. Sprzedawaliśmy licencje na polskie konstrukcje, wspieraliśmy uruchomienie produkcji w innych krajach. Czy dziś bylibyśmy w stanie coś takiego zrobić? Zanim zacznie się krytykować ówczesne polskie sukcesy, warto sobie porównawczo uświadomić gorzką prawdę o dzisiejszych możliwościach Polski.

[7] Nic nie wiemy o losach znalezionych w transporcie armat. Wątpliwe jednak, aby w ówczesnej sytuacji frontowej dałoby się je zmontować i wykorzystać.

[8] Z „Łosiami” sprawa jest bardziej złożona, ale niepokoi sytuacja, że prawie gotowe samoloty, stały w fabryce i dostały się w ręce Niemców. W atmosferze mobilizacji chyba trzeba było podejmować decyzje, o skierowaniu do linii nawet nie w pełni wyposażonych samolotów, jeżeli spełniały minimum wymagań użytkowych no i oczywiście bezwzględnie przyspieszyć produkcję i czynności odbiorowe.



Zakładki:
10TOP tego bloga
A to mój nowy blog historyczny
Obejrzane - Film
Obejrzane - Teatr
Przeczytane
W oczekiwaniu
Zaglądam na blogi