Kategorie: Wszystkie | Film | Historia | Książki | Teatr | Wypady
RSS
piątek, 31 grudnia 2010
Krzysztof Varga, Gulasz z turula

Krzysztof Varga snuje swoją opowieść o istocie madziarskości w sposób zachwycający. Wędruje od miasta do miasta, od knajpki do knajpki, widzi rzeczy, które umykają wzrokowi turystów znad Wisły, ale które też nie są ostro widziane przez samych Węgrów. Krzysztof jest Polakiem a Varga Węgrem, co daje mu szczególna perspektywę w oglądaniu rzeczywistości.

Książkę połknąłem za jednym podejściem, pod koniec z premedytacją przerywając lekturę, aby starczyło na dłużej. Nieustannie przypominały mi się moje własne peregrynacje po Budzie i Peszcie, po kąpielisku Széchenyi, po łaźniach Gellérta, po katedrze w Esztergom (lub piękniej po polsku, w Ostrzychomiu). Zazdrościłem, że nie poznałem tych winiarni, restauracyjek i niektórych specjałów węgierskiej kuchni. Może kiedyś ruszę szlakiem Vargi?

W trakcie lektury jednak wielokrotnie zapalały mi się czerwone lampki, nieuchronnie sygnalizujące, że z czymś nie zgadzam, a nawet więcej, że poglądy Vargi mi się nie podobają, wręcz niekiedy irytują.

Turul to taka madziarska odmiana orła. Czy ktokolwiek z Polaków czułby się zadowolony, jeśli jakiś obcokrajowiec, nawet z polskimi korzeniami, napisałby książkę Bigos z orła białego, a w środku znajdowałyby się rozdziały: Schabowy z Chrobrego, Potrawka z Piłsudskiego i Rosół z Wałęsy. Trzeba przyznać, że to dość szczególna maniera. Ja przynajmniej czułem się zażenowany i zniesmaczony czytając takie tytuły. Różne osoby mają różne poczucie kultury literackiej i każdy musi sam rozstrzygnąć, co o tym koncepcie myśleć.

Węgry są ogarnięte powszechnie występującą melancholią. Po naddunajskich równinach snuje się splin wciskający się we wszystkie szczeliny i przywodzący do samobójstw, zacznie częściej występujących tu niż gdziekolwiek indziej na świecie. Jakie by nie były jego pierwotne przyczyny, to jedno ze źródeł pochodzi z okresu tuż po pierwszej wojnie światowej, kiedy Korona św. Stefana została dramatycznie okrojona i z wielkiego narodu pozostał tylko państwowy kadłubek, a połowa Madziarów znalazła się poza granicami nowego państwa. Siedmiogród przyłączono do Rumunii, kawałki Vojvodiny do Jugosławii, Górne Węgry do Słowacji. Wielkość została utracona, duma nadszarpnięta, pozostał gigantyczny kac. Traktat w Trianon, który sankcjonował owe podziały jest najczarniejszą kartą w nowożytnej historii Węgier. Ja dobrze rozumiem braci Węgrów, współodczuwam z nimi klęskę, podzielam poczucie, że Wielkie Węgry, to także te poza granicami państwa węgierskiego. Ku mojemu zdumieniu Varga tego nie rozumie i patrzy na odwoływanie się do idei Wielkich Węgier, jak na jakowyś skansen, dziwaczny przeżytek, widzi jego przejawy w kontekście kultury bazarowej, grafomańskiej, być może śmiesznej, gdyby nie żałosnej. Stąd być może ten gulasz z turula. Tym bardziej mnie to zniesmacza.

Wyobraźmy sobie, co by się stało, gdybyśmy po drugiej wojnie stracili kresy wschodnie, a nie weszli w posiadanie „ziem odzyskanych”. Wyobraźmy sobie Polskę bez Wilna i Lwowa, ale też bez Opola, Wrocławia, Szczecina, Gdańska i Olsztyna, a być może bez Białegostoku (prawosławni do Białorusi), Przemyśla (toż to przecież ośrodek ukraiński), Cieszyna (oj Czesi by się ucieszyli) i Tatr (mają Słowacy większość, to mogą mieć całość tych gór). Węgrów właśnie to spotkało. I co w tym dziwnego, że swoich pobratymców w krajach ościennych traktują jak Węgrów tworzących ten sam naród? Nikt tu nie mówi o rewizji granic, chodzi tylko o sentyment i o objęcie troską Madziarów żyjących poza ojczyzną. Ja w tym nie widzę nie tylko nic dziwnego, ale się z Węgrami solidaryzuję i rozumiem, skąd dziś bierze się ich narodowy splin. Vardze mam za złe, że traktuje takie poglądy jak dziwaczny, zapyziały przeżytek. Zresztą z tego rodzaju myślenia bierze sie bardzo niechlubne pozostawienie polskiej mniejszości na wschodzie swojemy własnemu losowi, nawet nie stworzylismy przyzwoitych warunków do repatriacji, a to już dość haniebne. Rzumiem, że Varga bardzo by pochwalił taką Realpolitik.

Sprzeciw budzi także sposób, w jaki w Gulaszu z turula są przedstawione manifestacje, na których żądano odwołania Gyurcsányego, po ujawnieniu jego sławnej mowy na wewnętrznym spotkaniu aktywistów swojej partii („kłamaliśmy rano i wieczorem, w dzień i w nocy”). Varga był chyba jedynym, który widział w tych manifestacjach wyłącznie nacjonalistyczny folklor i prowincjonalną nieporadność. Na dodatek kobiety uczestniczące w tych wydarzeniach uporczywie nazywa podstarzałymi markietankami, co jest po prostu niegrzeczne i budzi przede wszystkim niesmak. Nie podoba mi się również lekceważąco negatywny ton komentarzy odnoszących się do admirała Horthyego – w moich oczach była to postać wzbudzająca sympatię, a w czasie wojny postawiona przed dramatycznymi wyborami, które nie miały dobrych rozstrzygnięć, ale to temat na osobny esej, tutaj tylko sygnalizuję kolejny punkt niezgody.

Podsumowując: w sympatycznej, czasem nawet pociągającej formie Varga sprzedaje bardzo wątpliwe treści i bardzo przestrzegam przed uwodzicielskim czarem wędrówek po peszteńskich knajpkach i specjałach kuchni węgierskiej, czarem osłabiającym tak w tym przypadku potrzebny krytycyzm wobec poglądów autora.

Na pewno jednak wzrosła we mnie chęć wypicia tokaju w winiarni z polskojęzycznym menu, poszwędania się wieczorem po wzgórzu zamkowym, czy zanurzenia nóg w Balatonie.

Krzysztof Varga, Gulasz z turula, Czarne 2008

12:23, dijkstra-jg , Książki
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 20 grudnia 2010
Bambino i Ku słońcu Ingi Iwasiów

Inga Iwasiów, Bambino, Świat Książki, 2008; Ku słońcu, Świat Książki, 2010

Są ludzie, których lubimy, są ludzie, których cenimy. Najczęściej te uczucia chodzą ze sobą w parze, ale bywa też inaczej. Kogoś lubimy, ale nie cenimy lub na odwrót, cenimy, ale nie lubimy. Wśród moich znajomych łatwo mogę wskazać pojedyncze osoby, które bardzo szanuję, ale nie specjalnie lubię i takie, które bardzo lubię, choć wiem, że wielkich zalet nie mają. Z panią Ingą Iwasiów jest podobnie, a dokładniej z jej książkami. Bardzo je szanuję, ale nie specjalnie lubię.

Krytycy literaccy narzekają, że nasza literatura współczesna nie daje syntezy ostatnich doświadczeń polskiego społeczeństwa, nie rysuje szerokiej perspektywy, nie ma cech epopei, brak jej chęci do bardziej całościowego podsumowania wydarzeń lat ostatnich. Zamiast tego twórcy szukają ujęć psychologicznych, koncentrują się na losach jednostek, czasem dobrze prześwietlonych i zarazem fascynujących, ale szerokości spojrzenia - brak. Na tym tle Inga Iwasiów wyrasta na wielką damę literatury polskiej. Postacie w jej książkach są psychologicznie pogłębione, przemyślane i oryginalne, ale jednocześnie w pewnym sensie typowe. Czytamy o nich, przejmujemy się ich losami, ale widzimy w nich odbicie całego społeczeństwa, zwłaszcza tej części z Ziem Odzyskanych, gdzie powstał specyficzny mikrokosmos składający się z ludzi z różnych stron, różnych kultur i narodowości. Czy uda im się stworzyć normalne więzi międzyludzkie, zasiedzieć swoje miejsce, odnaleźć swoje własne „ja”, poczuć, że są na właściwym miejscu i to jest ich prawdziwe, docelowe życie? Fenomenalny jest w tym kontekście związek Urszuli i Stefana. Niby wszystko jest w porządku, ale kiedy się okazuje, że ona jest Polką niemieckiego pochodzenia, a on Polakiem, ale o żydowskich korzeniach, to „Historia się o nich upomni” i pomimo, że tak po ludzku nie ma żadnego powodu, aby dopasowani do siebie ludzie musieli się rozstać, to jednak ich związek się rozpada, a żadne z nich własnego szczęścia zbudować już nie potrafi. Walec rozjechał ich życie. Już ten jeden przykład pokazuje, jaką przestrzeń tworzy Iwasiów, jak dużo mówi nam o uwikłaniu w historię, o niemożności oderwania się od korzeni, nawet gdy tak bardzo chciałoby się od nich oderwać. A takich portretów jest w Bambino więcej…

Drugą cechą, która wzbudza mój szacunek do obu książek Iwasiów jest jej osobność, niezależność od mód. Nie ma tu tych wszystkich wątków, które przelewają się przez literaturę ostatnich lat, tej namolnej poprawności, że jak kobieta - to maltretowana, jak rodzina - to opresyjna, jak homoseksualiści - to łagodni i prześladowani, a najlepiej to wszystko zmieścić w jednej powieści jako danie obowiązkowe i nic to, że czytamy to po raz tysiąc pięćset sześćdziesiąty drugi. W jej powieściach każda osoba ma swoje własne, niepowtarzalne życie, własne troski i porażki, własne niemożności. W jakimś sensie są to ludzie całkiem normalni, ale w jakimś kompletnie specyficzni, inni od innych. Kobiety kochają swoje dzieci, choć nie zawsze umieją, dzieci są dopieszczone, ale często niezrozumiane, mężczyźni to nie tylko brutalni buhaje, choć rzeczywiście mają kłopoty z empatią wobec swoich partnerek. Życie im wszystkim układa się źle, ale nie według powszechnie obowiązującej jedynie słusznej kliszy. To wystarcza, abym zaliczył Ingę Iwasiów do grupy pisarzy najwybitniejszych. Istotą literatury jest jej niezależność, zamiast przyłączania się do tabunu biegnącego w tym samym kierunku.

W Ku słońcu już tak dobrze nie jest. Jeden wątek łączący się z poprawnością polityczną brzmi fałszywie. Pojawia się w tej książce kilka osób zaangażowanych w badanie historii najnowszej łącznie z występującym w niej aspektem agenturalnym. Nieustannie czytamy przy tej okazji o manii prześladowczej, ferowaniu wyroków, a nawet o tym, że młodzi naukowcy, którzy sami nie dostali się w tryby systemu nie mają prawa do samodzielnych ocen. To już jest absurd ewidentny z poziomu telewizyjnych połajanek polityków. O powstaniu warszawskim mogą się wypowiadać tylko uczestnicy, o łagrach tylko mogą pisać tylko więźniowie, a o współpracy z SB tylko prześladowani, to wydaje się sugerować Iwasiów. To są poglądy niegodne intelektualistki i samodzielnej badaczki, zwłaszcza że wyraźnie w tym przypadku pachnie przyłączeniem się do stada hulającego w masmediach, tyle że ci harcownicy najczęściej mają w tym interes polityczny lub biznesowy. Ale traktuję tę jedną wpadkę jako wyjątek od reguły niezależności w sądach, rozważania racji, a nie szermowania osądami.

Jak jest tak dobrze, a nawet genialnie, to dlaczego napisałem, że nie bardzo te książki lubię, skoro powinienem? Pani Iwasiów jest pisarką wybitną i wymyśliła sobie, że jako taka musi mieć swój specyficzny styl i oczywiście jej się to udało. Pisze krótkim zdaniami, nie zawsze układającymi się w logiczny ciąg, raczej to odbiorca musi te punktowe, pojedyncze sygnały scalić i zbudować z nich samemu narrację. Nietrudno zrozumieć, że łatwo się tego nie czyta. Na dodatek obie książki bardzo powoli nabierają rozpędu i dopiero w okolicach 150. strony robi się ciekawie i losy bohaterów zaczynają nas przejmować, ale do tego czasu pozostaje trwać w nadziei i czekać aż coś się zacznie w końcu dziać. Kto wykaże się cierpliwością i przebrnie przez wstępy i zawiązanie akcji, ten dostanie nagrodę. Powstaje tylko pytanie, czemu ma służyć ten tor przeszkód.

Ja osobiście proszę Panią Ingę Iwasiów, aby następne książki były tworzone z myślą o komforcie czytelników, a nie tylko o teoriach literackich. To, co autorka ma do powiedzenia, jest na tyle ciekawe i inspirujące, że warto, aby było opakowane w znacznie lepszą formę. Na pewno pomoże to tym książkom i poszerzy krąg ich odbiorców.

Ocena nie może być jednoznaczna. Za wizję świata, za diagnozę społeczną, za empatię wobec swoich bohaterów 10/10, za formułę i kształt literacki 7/10, co daje w sumie 9/10.

Na koniec jednak się przyznam, że książki i autorkę mimo wszystko polubiłem.

piątek, 03 grudnia 2010
Raspail. Pierścień rybaka i Sire

Raspail jest fenomenem na scenie literackiej. Płynie pod prąd wszelkich poprawności politycznych i religijnych. Zawołany monarchista, konserwatysta, zwolennik tradycjo- nalistycznego skrzydła w Kościele, myślę, że bp Lefebvre był mu bliski.

W polskich warunkach to nie jest najlepsza rekomendacja dla twórcy, ale to właśnie on napisał jedną z najlepszych książek, jakie powstały w zasięgu oddziaływania kultury katolickiej, a mianowicie Pierścień rybaka, czyli fascynującą historię alternatywnej linii papieży trwającej od czasów niewoli awiniońskiej aż po czasy współczesne. Przepiękna książka o wierności, pokornej trwałości, zakończona całkiem zaskakującym finałem. Okazuje się, że prawdziwa historia Kościoła jest dużo bardziej frapująca niż wysilone demaskacje, pisane przez ludzi wykorzystujących jedynie komercyjnie ową historię, ale niestety pozbawionych lepszej w niej orientacji (vide Dan Brown). Pierścień rybaka to lektura konieczna dla wszystkich, którzy mają choć trochę smaku do literatury tego kręgu kulturowego, spokojnie przyznaje 10/10. Znam kilka osób, które po przeczytaniu tej książki kupują i czytają wszystko, co Raspail napisał, a wydawcy ochoczo ułatwiają im realizację tej pasji dostarczając kolejne książki w całych kompletach.

Po dłuższej przerwie i ja zapragnąłem do Raspaila powrócić i zacząłem od książki Sire, która jest opowieścią o współczesnej koronacji nowego króla Francji, co chociaż symbolicznie oznaczało by przywrócenie w tym kraju monarchii. U progu XXI wieku, kiedy nikt już nie traktuje poważnie idei monarchistycznej, pomysł osadzenia na tronie potomka Bourbonów wydaje się równie egzotyczny, co śmieszny. Okazuje się, że jednak nie do końca. Wiele poważnych osobistości sprzyja temu pomysłowi, a tajna policja zlaicyzowanej republiki usiłuje podjąć zdecydowaną kontrakcję. Tej nocy, kiedy osiemnastoletni Filip de Bourbon dociera do katedry w Reims, w której przez wieki koronowano francuskich monarchów nie śpi pogrążony w modlitwie Ojciec Święty, ani kardynał przybyły ze szkockiej wyspy Iona, ani pewien zakonnik z Domu św. Atanazego, siedziby tajnych służb Watykanu, ani francuski minister spraw wewnętrznych, ani fanatyczny komisarz policji, ani jeden z najbogatszych biznesmenów we Francji.

Trzeba jedna przyznać, że Sire to nie ta sama klasa, co Pierścień rybaka. Spór monarchistyczny jest bardzo odległy od polskich dyskusji nad ideami ustrojowymi, tym niemniej książka jest interesująca, łatwa w odbiorze, jednostronność autora nie przybiera postaci drażniącej, a kilka fragmentów jest naprawdę frapujących – jak ten o historii świętej ampułki z olejem, którym namaszczani byli królowie Francji od Chlodwiga (!) począwszy lub ten o przeniesieniu w rewolucyjnym szale zwłok wszystkich członków domu panującego pochowanych w katedrze w Saint Denis do wspólnej mogiły, czy dokładniej powiedziawszy do anonimowego dołu. Podsumowując: rzecz warta przeczytania, oryginalna, wciągająca, choć sam temat nieco egzotyczny. Zaliczam do sił sensu za determinację w poruszaniu tematów politycznie niepoprawnych, ocena 7/10

Trzecia przeczytana książka Raspaila to Król zza morza. O niej nic dobrego powiedzieć się nie da – to utrzymane w tonie eseistycznym luźne refleksje nad ideą monarchistyczną, ale niestety namolne i kompletnie chaotyczne. Stanowczo odradzam, doszedłem do połowy i poniechałem wysiłku dalszego zmagania się z tekstem.

Jean Raspail, Pierścień rybaka, Klub Książki Katolickiej 2005, 2008; Jean Raspail, Sire, Klub Książki Katolickiej 2006; Jean Raspail, Król zza morza, Klub Książki Katolickiej 2008

Zakładki:
10TOP tego bloga
A to mój nowy blog historyczny
Obejrzane - Film
Obejrzane - Teatr
Przeczytane
W oczekiwaniu
Zaglądam na blogi