Kategorie: Wszystkie | Film | Historia | Książki | Teatr | Wypady
RSS
niedziela, 29 stycznia 2012
Normana Daviesa Orzeł biały Czerwona gwiazda

Norman Davies, Orzeł biały Czerwona gwiazda, recenzjaW ostatnich czasach powstało sporo książek o wojnie 1920 r., a zainteresowanie nimi jeszcze wzrosło po premierze filmu Bitwa Warszawska. Jak na tym tle lokuje się książka Daviesa?

Powstawała w ekspresowym tempie, od rozpoczęcia prac badawczych do złożenia kompletnego maszynopisu upłynął ledwie rok. Praca ukazała się w 1972 r, a więc dość dawno. Od tego czasu ukazało się wiele cennych opracowań, a badacze uzyskali dostęp do sowieckich archiwów. Mimo to książka nie jest przestarzała, a w niektórych aspektach (o czym poniżej) polscy badacze mogą się ciągle od Daviesa uczyć.

Najmocniejszym walorem książki jest tło międzynarodowe wojny polsko-sowieckiej. Autor bez przemilczeń pokazuje kompletne zagubienie polityki brytyjskiej, premier Lloyd George nie tylko nie rozumiał, co się dzieje na wschodzie Europy, ale, co gorsza,  w istocie prowadził antypolską polityką. Obawiał się wewnętrznej opozycji socjalistów sympatyzujących z Krajem Rad, interwencjonisty Churchilla, a najbardziej zainteresowany był prowadzonymi właśnie rozmowami handlowymi z czerwoną Rosją. Francja gotowa była na wszystko, byle tylko nie zaangażować w walkę swoich żołnierzy. Niemcy byli zainteresowani w sukcesie Sowietów, bo liczyli na rewizję Traktatu wersalskiego. Prawdziwej pomocy wojskowej był gotów Polsce udzielić tylko regent Horthy, ale Węgry nie miały granicy z Polską, a Czechosłowacja nie chciała słyszeć o przepuszczeniu ich oddziałów. W ogóle polityka czechosłowacka była po części podła (grali na osłabienie Polski, a w kluczowym momencie zajęli Śląsk Cieszyński), a po części krótkowzroczna, bowiem tandemowi Masaryk-Benesz wydawało się, że uda im się porozumieć z Rosjanami, najwyżej za cenę oddania Użhorodu (Ukrainy Zakarpackiej), tak jakby zwycięzcy Rosjanie nie mogli sobie wziąć wszystkiego.

Najbardziej zdumiewającą karierę medialną zrobił gen. Weygand. Przybył do Warszawy z misją sojuszniczą, jako ekspert wojskowy. Nikt jednak w polskim sztabie go nie dopuszczał do podstawowych informacji, o radę oczywiście tym bardziej nikt go nie pytał. Po polskim zwycięstwie odjeżdżał zniesmaczony, w poczuciu kompletnie straconego czasu. Jakież było jednak jego zdziwienie, gdy na dworcu w Paryżu powitał go osobiście premier Millerand, a prasa okrzyknęła go głównym architektem zwycięstwa nad bolszewikami. Oto siła mediów i dowód, że -  niezależnie od faktów -  społeczeństwa wierzą w to, w co chcą uwierzyć.

Ostatecznie Polska mogła liczyć tylko na siłę swojej armii. Na marginesie dodam, że przewidywał to od dawna Piłsudski i cały swój wysiłek kierował na tworzenie wojska, podejrzewając, że to na froncie, a nie w gabinetach, ustali się przebieg granicy na Wschodzie.

W pozostałych kwestiach Davies jest wyważony. Sprawom militarnym poświęca tyle uwagi, ile niezbędne, aby zrozumieć przebieg wojny, bardziej go jednak interesuje strategia niż walki poszczególnych batalionów.

Chwałę zwycięstwa zdroworozsądkowo przypisuje Piłsudskiemu, jako Naczelnemu Wodzowi, pozostałym generałom oddaje, co im się należy.

Mimo upływu lat, książka zachowuje świeżość, ale w sprawach wojskowych warto pamiętać o fundamentalnych ustaleniach Grzegorza Nowika (radiowywiad i nie tylko) oraz kilku bardziej przyczynkarskich pracach , które zwłaszcza na kwestie wojskowe rzucają nowe światło.

Do słabszych patii książki należy zakończenie omawiające reperkusje wojny polsko-bolszewickiej . Zupełnie banalne stwierdzenia mieszają się tu z bardzo kontrowersyjnymi sądami. Na przykład to: polskie zwycięstwo nie uratowało Europy od rewolucyjnego kataklizmu, a jedynie odsunęło go o niespełna jedno pokolenia, bo i tak Sowieci zajęli całą wschodnią Europę. Twierdzenie to jest zgoła nieprawdziwe, bo jeśli Tuchaczewski dotarłby do Berlina, a Budionny ze Stalinem do Pragi i Budapesztu, to mapa Europy mogła wyglądać zgoła inaczej, bo całe Niemcy mogły się znaleźć w obozie bolszewickim i nie w trybie podboju, ale wspieranej rewolucji, podobnie Węgry i inne kraje aż po Grecję. To z tego właśnie powodu w historiografii brytyjskiej zaliczono Bitwę warszawską do najważniejszych bitew w historii świata.

Podsumowując 8/10, ze szczególnym uwzględnieniem tła międzynarodowego.

Norman Davies, Orzeł biały Czerwona gwiazda, Znak 2006 (wyd. 2)

PS Informuję, że umieściłem na moim blogu historycznym recenzję z genialnej książki Grzegorza Nowika o polskim radiowywiadzie podczas wojny polsko-bolszewickiej 1920

sobota, 21 stycznia 2012
Sklep Potrzeb Kulturalnych Antoniego Kroha

Antoni Kroh Sklep potrzeb kulturalnych recenzjaO bardzo dobrych książkach jest trudno pisać, bo katalog pochwał jest zamknięty. A książka Kroha należy właśnie do grupy bardzo dobrych. Czytałem ją z ogromnym zainteresowaniem. Na przemian wzbudzała śmiech, refleksję, czasem zgrozę.

Ogólnie Sklep Potrzeb Kulturalnych porusza problemy związane z góralami: ich tożsamością, językiem, obyczajami, historią. Kroh pisał tę książkę w absolutnej wolności formalnej, czasem posługiwał się wspomnieniami, czasem anegdotą, a jeszcze kiedy indziej odwoływał się do studiów naukowych. Odnoszę wrażenie, że jedynym kryterium było napisać coś odkrywczego, ale w taki sposób, aby czytelnika nie zanudzić. Taka operacja rzadko kiedy się udaję, bo najczęściej za popularną formą idzie spłycenie treści, a czasem karmienie czytelników zwykłymi banałami. W tym przypadku nic takiego nie zachodzi. Nieustannie Kroh mnie czymś zaskakiwał, w dziedzinie etnograficznej to nic dziwnego, ale w zakresie historii nie jest to łatwe.

Jedną historyjkę muszę opowiedzieć. Wszyscy znają opowieść, jak to w czasie wojny Marusarz, ówcześnie kurier tatrzański, wskoczył w czasie jazdy z kolejki na Kasprowy widząc czekające na niego Gestapo. Opowiadają o tym przewodnicy, powstał nawet film inspirowany tym wydarzeniem. A jak rzeczywistość wyglądała w istocie. Ano mianowicie na Kasprowym, przez który przebiegała granica był posterunek Grenzschutzu. Jego komendant miał urodziwą córkę, a ona spotykała się z owym Józkiem Marusarzem. Ojciec nie był za szczęśliwy, bo za takie coś dziewczynie groził Oświęcim z tytułu zhańbienia rasy, a ojcu front wschodni. Zatem ów Austriak z Tyrolu, zresztą pozytywnie nastawiony do górali, spotkał się z Marusarzem i poprosił o zaprzestanie amorów, jak wojna się skończy do sprawy można wrócić. Ale gadaj zdrów, od kiedy młodzież specjalnie się przejmuje konsekwencjami wedle tego, co i owszem. Żeby niepoprawnemu absztyfikantowi dać nauczkę, zaczaił się na niego z kilkoma strażnikami. Dojeżdżając do ostatniej stacji kolejki Józek zauważył co się święci, wyszedł z wagoniku przez okno, nigdzie nie skakał, tylko wysiadł z nietypowej strony. Zanim Niemcy przebiegli dookoła, on już spokojnie szusował w dół.

A skąd legenda. Mianowicie po wojnie, Zakopane odwiedziła grupa Francuzów z tamtejszego ruchu oporu. Marusarza coś podkusiło, aby historię podkolorować i zamiast dziewczyny było AK, zamiast zdenerwowanego tatusia Gestapo, a zamiast odwrotnego peronu skok z nartami do północnego żlebu Kasprowego. Wydawało się, że nic z tego nie będzie, ot opowieść z typu „co to w czasie wojny nie robiliśmy”. Francuzi jednak tak się opowieścią przejęli, że po powrocie opublikowali artykuł na ten temat, sprawa zrobiła się głośna, a ichni rząd nadał Marusarzowi wojenny order. Echa dotarły do Polski, objawił się nowy bohater, nakręcono film i jak tu było prostować owo niewinne podkolorowanie. Do dziś przewodnicy (a zwłaszcza przewodniczki) wierzą w ten super skok i opowiadają o nim w czasie jazdy na Kasprowy.

Taka to jest książka Kroha. I dlatego czytać ją trzeba. 10/10

Antoni Kroh, Sklep Potrzeb Kulturalnych, Prószyński i S-ka, 1999 i inne wydania.

PS W przepastnej bibliotece rodzinnej odnalazłem broszurę (32 strony) Skok, który uratował mi życie autorstwa Stanisława Marusarza. Pomyliłby się ktoś, kto pomyślałby, że chodzi o skok z kolejki na Kasprowy. Chodzi o coś zupełnie innego, o skok w czasie ucieczki z krakowskiego więzienia na Montelupich. Myślę, że tytuł jest celowo mylący. Poza tym Kroh nic nie wspomina o nazwisku Marusarz – to mój domysł, a imię podaje inne. Co jest uzasadnione, bowiem Stanisław Marusarz w owym czasie miał żonę… A może nie chodziło o Marusarza tylko o Józefa Uznańskiego, który do dziś opowiada o swoim skoku do żlebu pod Kasprowym. Może wyjaśni to sam Kroh?

środa, 11 stycznia 2012
Wolność Jonathana Franzena

Jonathan Franzen, Wolność, recenzjaFranzen ma opinię najlepszego współczesnego pisarza amerykańskiego. Po przeczytaniu jego ostatniej książki, mogę się tylko zafrasować nad stanem literatury amerykańskiej. I nie dlatego, że jest to książka słaba, ale dlatego, że arcydziełem raczej także nie jest.

Franzen przedstawia portret przeciętnej amerykańskiej rodziny. Ojciec Walter Berglund, w czasie studiów zaangażowany na rzecz walki z przeludnieniem, podejmuje banalną pracę, a kiedy decyduje powrócić do ekologicznych pasji z młodości, dość niefortunnie daje się wciągnąć w pracę na rzecz przemysłu węglowego pustoszącego Appalachy przez odkrywkowe wydobywanie kopalin. Jego żona, Patty, ongi dobrze zapowiadająca się sportsmenka, po ślubie poświęca się wychowaniu potomstwa, a na koniec ląduje w stanie depresji i lekkiego alkoholizmu. Ich dzieci, wybierają własną drogę, wbrew oczekiwaniom rodziców. Walter buntuje się, wywołuje skandal i wraca do swoich młodzieńczych fascynacji, Patty podąża za głosem wczesnego zauroczenia muzykiem rockowym i mimo iż kocha swojego męża, to apetyczny seks uprawia właśnie z gwiazdą muzyki. Każdy na swój sposób skorzystał z wolności, jaką daje mu liberalne społeczeństwo, ale czy stał się w ten sposób szczęśliwszy, czy ułatwił życie swoim bliskim? Jedni tak, inni nie, ale nawet ci którym owa wolność nie pomogła, stali się przynajmniej bardziej świadomi swoich prawdziwych pragnień. Ale czy cena, którą zapłacili była tego warta? A może była nieunikniona, aby każdy mógł sprawdzić co mu w duszy gra?

Franzen lubi szczegóły, jego opisy są gęste, nic nie umyka jego uwadze. Czuć, że autor jest perfekcjonistą w rzemiośle literackim, a w ramach tego perfekcjonizmu preferuje klasyczne rozumienie literatury.

Klasyczna narracja, to plus w świecie postmodernistycznych dziwadeł, bo niby świat onirycznych wizji, nieliniowej fabuły, groteski czy metafikcji, to bardzo ładnie brzmiące hasła dla niektórych – właśnie postmodernistycznych – krytyków, ale w istocie są to zwykle lektury, które czytamy bez przyjemności, także z tego powodu, że ta oryginalna forma utrudnia dotarcie do treści, o ile taka w tej szczególnej twórczości istnieje, bo treść wcale nie jest w tej odmianie literatury konieczna.

Do największych zalet książki zaliczam pokazanie, przez pryzmat zwykłej rodziny stanowiącej pars pro toto społeczeństwa amerykańskiego, wielu głębokich problemów egzystencjalnych dotykających współczesnego człowieka niezależnie od szerokości geograficznej. Małżeństwa uginające się pod brzemieniem codzienności, szarości, tak kontrastujących z młodzieńczymi ideami. Podobnie z toksycznymi stosunkami z dorastającymi dziećmi i to stosunkami, w których toksyczność płynie z obu stron tej relacji. Dzieci też, czasem skutecznie, demontują życie swoim rodzicom, aż do czasu, kiedy ich własne życie się wali i jedyną opoką okazują się ci pogardzani rodzice. Takie sytuacje pomagają wyprostować relacje i dobrze, że Franzen to zauważa. Bardzo przekonywująco pokazuje też, jak bardzo nasze dorosłe życie warunkują doświadczenia wyniesione z dzieciństwa, jak bardzo podobni jesteśmy do swoich rodziców, choć czasem w zależności takiej, jak pozytyw do negatywu.

Do plusów zaliczam też zakończenie książki (uwaga mały spoiler). Przez długi czas niecnie podejrzewałem autora, że zafunduje nam na finał lekko zgniłe ciasteczko z poprawnościowo-libertyńskiej kuchni, a tu nie. Okazało się, że autor dostrzegł rodzinę jako miejsce, gdzie najgłębiej odnajdujemy swoje prawdziwe „ja”. Każdy z familii Berglundów skorzystał z wolności, z prawa do buntu, ale i tak ich życie wróciło, mimo wszystkich problemów, trudności i niszczących relacji, do rodzinnych kolein. Za tak rozumiany konserwatyzm jestem Franzenowi zwyczajnie wdzięczny. Po uszy mam tych pseudoodkrywczych mędrców widzących w rodzinie siedlisko traumatycznych opresji niszczących wszystkich i wszystko, oczywiście w przeciwieństwie do luźnych związków homoseksualnych, które są ostoją delikatności, zrozumienia i tolerancji.

Co jednak mam Wolności do zarzucenia? Po pierwsze, książka jest tyleż dobrze napisana, co jakoś sterylna, nie powodująca głębszego zaangażowania. Pozostawia czytelnika trochę obojętnym, do tego stopnia, że sam sobie w pewnym momencie musiałem zadać pytanie, czy w ogóle mi się ona podoba i odpowiedź na nie wcale nie była odruchowo pozytywna. W tym dążeniu do perfekcyjnej, zgodnej z najlepszym zamysłem autora formy, Franzen przypomina mi Maraia. Obaj autorzy nie tworzą jednak literatury wciągającej, powodującej śmiech, łzy, wściekłość czy wzruszenie. No dobrze, Franzen stworzył bardzo ciekawą panoramę, postawił zapewne słuszne diagnozy, ale co z tego, skoro dziwnie nas to nie przejmuje.

Poza tym Franzen w swoim zamiłowaniu do szczegółów wprowadził sporo zbędnych postaci trzeciego planu. Dużo uwagi poświęcił mało istotnym wydarzeniom. Książkę czytałem dokładnie i ta nadmiarowość nie potrzebnie męczyła. Z drugiej strony zupełnie kluczowe okoliczności zostały pominięte – na przykład bohaterka w pewnym momencie popada w alkoholizm, ale później, w tajemniczy sposób, już alkoholiczką nie jest. Wiadomo, że w życiu ta przypadłość sama z siebie nie znika. I gdzie ten perfekcjonizm?

I ostatnie zastrzeżenie. Franzen bez żenady zajmuje stanowisko w amerykańskim sporze politycznym. Na stronach jego książki, być republikaninem, to być krętaczem, cwaniakiem, manipulatorem, a wszystkie główne postaci książki wyrażają zdziwienie, jak w ogóle normalny człowiek może być republikaninem. Nie podoba mi się to nieuprawnione uproszczenie, a jeszcze mniej -  traktowanie literatury, jako trybuny propagandy politycznej. Zawsze wydawało mi się, że ambitnym artystom nie przystoi mieszanie swojej twórczości z bieżącymi polemikami politycznymi. To redukuje sztukę do rangi niskopoziomowej publicystyki.

Osobna kwaśna uwaga należy się tłumaczowi i redaktorce. W wielu miejscach, zdania traciły sens lub zrywał się związek logiczny z ty co „przed” lub z tym co „po”. Często miałem wrażenie nieadekwatności tłumaczenia lub zwykłego nieporozumienia. Nie będę wikłał się w egzemplifikacje, ale jeden oczywisty przykład łatwy do zrozumienia muszę podać. Czytamy: „wyślę ci parę łączy do stron internetowych” (s. 247). Tłumacz zgodnie z zasadami nie chciał zostawić angielskiego słowa „link”, ale zamiast użyć polskiego „adresu”, użył terminu, który w istocie znaczy zupełnie co innego, niż wynika z sensu zdania. Łącze to kanał komunikacyjny służący do przesyłania sygnału i dostarcza go firma telekomunikacyjna. Czytała to redaktorka, czytały korektorki, a babol pozostał.

Inna usterka wydawnicza, naruszająca zasady tego rzemiosła, to grafika okładki, skopiowana zresztą z któregoś wydań anglojęzycznych. Głównym jej elementem była lasówka, mały szary ptaszek, wielokrotnie w tekście opisywany. W polskiej wersji lasówka jest kolorowa i przypomina papugę. Czytelnik wszystko łyknie? Bazar.

Podsumowująć: książka warta przeczytania, ciekawa w warstwie psychologicznej i refleksji nad wyborami życiowymi. Bardzo interesująca, ale chyba nie arcydzieło. 9/10.

Jonathan Franzen, Wolność, Sonia Draga 2011

poniedziałek, 02 stycznia 2012
Podsumowanie

Wszyscy piszą podsumowania roku, to może i ja napiszę.

Najważniejszym, ale i najmniej przyjemnym faktem w roku 2011 były opóźnienia w recenzowaniu książek. Na biurku piętrzy się 20 (!!!) książek czekających, aby coś o nich napisać, a co gorsza, stos rośnie, a nie maleje, mimo zasadniczych postanowień w tej sprawie. Chyba muszę częściej, a krócej. Poza tym rok upłynął pod presją ciężkich wyzwań zawodowych i coraz rzadziej miałem na tyle wolną głowę, aby na dłuższą chwilę usiąść do pisania. Może to jakieś wytłumaczenie tego bardzo niebudującego stanu.

Przeczytałem pięćdziesiąt kilka książek, co nie jest złym wynikiem, biorąc pod uwagę, że wśród nich było kilka ogromnych (od 600 do 1100 stron) cegieł historycznych. Właściwie nie spotkałem w ostatnim roku książek, które były całkowitą porażką (żadnej lektury nie porzuciłem) i jest to zjawisko bardzo pozytywne. Natomiast trafiłem na kilka super fascynujących książek. Odkryciem było Na plaży Chesil McEwana.  Do zalewu literatury anglosaskiej podchodzę dość sceptycznie, tym bardziej pozytywne zaskoczenie; autor jest gwiazdą uznaną tym niemniej przyjemnie. Drugi był Bernhard Schlink, znany głównie dzięki Lokatorce, natomiast jego Coraz dalej od miłości przeszło niesłusznie niezauważone. Radość dla mnie była podwójna, bo literaturę niemiecką znam słabo, a tu od razu taki celny strzał. Trzecią pozycją, o której muszę wspomnieć, jest Oczyszczenie Sofi Oksanen, dla mnie książka bliska ideału, ale niestety o niej jeszcze nie napisałem, jak widać muszę to zaniedbanie koniecznie nadrobić. Odkryciem w literaturze polskiej była twórczość Janusza Krasińskiego, Na stracenie, czyli pierwszą cześć  jego autobiograficznej tetralogii udało się już zrecenzować. Do największych rozczarowań zaliczam Jula Goźlińskiego – tyle pozytywnych recenzji, a lektura, delikatnie mówiąc, z zastrzeżeniami.

Literatura faktu i historyczna była wyłącznie przyjemnością. Trudno tu kogoś wyróżnić, ale jeżeli muszę to:  książki o hiszpańskiej wojnie domowej Beevora i Pio Moi, za zmianę mojego patrzenia na ten konflikt, Romana Graczyka SB wobec Tygodnika Powszechnego, za rzetelność i odwagę oraz Grzegorza Nowika Zanim złamano Enigmę… Polski radiowywiad podczas wojny z bolszewicką Rosją 1918-1920 za nieosiąganą przez innych wnikliwość i szczegółowość (dwie ostatnie pozycje nie zostały jeszcze zrecenzowane, kolejna klęska).

W teatrze bywałem rzadko, ale mimo to trafiłem na bardzo interesujący Lipiec Gruszki i Wyrypajewa. Zarówno ten spektakl, jak i inne zrobione przez ten tandem polecam z czystym sumieniem.

Filmów obejrzałem mnóstwo, chyba najlepsze to Nic osobistego Urszuli Antoniak i Ludzie Boga Xaviera Beauvois. Mimo fali krytyki podobała mi się Bitwa warszawska Hoffmana, a zarzuty, że jest to film niezgodny z prawdą historyczną zaliczam z pełną odpowiedzialnością do oczywistych bredni. W tym roku toczyła również nieustająca polemika, z moimi bardzo krytycznymi uwagami o Walcu z Baszirem. Walczę samotnie z całym frontem i przypuszczam, że walka owa przeniesie się i na najbliższy rok. Sporo zainteresowania, w tym i polemik wzbudziła także recenzja Długiego marszu Rawicza i filmu Niepokonani. Przy okazji warto nadmienić o bardzo miłej wymianie komentarzy przy okazji Wieszania Rymkiewicza.

Jak widać z powyższego rok był owocny, obfitował w wiele odkryć i przyjemności, a jednocześnie pozbawiony był, co rzadkie, goryczy ugrzęźnięcia w nietrafionych lekturach, czego życzę również wszystkim czytelnikom tego bloga.

06:06, dijkstra-jg , Książki
Link Komentarze (3) »
Zakładki:
10TOP tego bloga
A to mój nowy blog historyczny
Obejrzane - Film
Obejrzane - Teatr
Przeczytane
W oczekiwaniu
Zaglądam na blogi