Kategorie: Wszystkie | Film | Historia | Książki | Teatr | Wypady
RSS
poniedziałek, 24 stycznia 2011
Lipiec Gruszki i Wyrypajewa

Iwan Wyrypajew wyreżyserował w Teatrze na Woli swój własny tekst Lipiec. W głównej roli obsadził swoja żonę, Karolinę Gruszkę, zatem spektakl ma charakter autorski w stopniu rzadko dającym się osiągnąć. I nie trzymajmy czytelników w niepewności – eksperyment zakończył się totalnym sukcesem.

Karolina Gruszka w Lipcu Wyrypajewa, recenzja

Rdzeniem sztuki jest monolog 63-letniego mężczyzny, który otwartym tekstem przyznaje się do wielu morderstw i – co najbardziej wstrząsające – do pożerania swych ofiar. Taki rosyjski Hannibal Lecter, tylko że w stylu „ruski mużyk” a nie zachodni intelektualista. Ale to nie sama retrospekcja owego kanibala robi potężne wrażenie, ale przede wszystkim forma, w jaki jest przedstawiona. Monolog prezentuje Karolina Gruszka, młoda dziewczyna, co już samo w sobie jest dość zaskakujące. Ale jak ona to robi! W żadnym przypadku nie wciela w rolę mężczyzny, ona tylko wykonuje tekst, jak pisze autor w didaskaliach – wykonawcą tekstu jest kobieta, która wychodzi na scenę tylko po to, aby wypowiedzieć tekst. Robi to bardzo oszczędnymi środkami – pusta scena, mikrofon, skromna sukienka z marynarką, bez makijażu, w krótkich włosach. Niby nic, a jednak bardzo dużo. Gruszka wykonuje tekst strzelając słowami z prędkością karabinu maszynowego. Na początku podświadomie czekałem, kiedy się zatnie, pomyli, zapomni, ale... nic z tych rzeczy. Maestria aktorki polega na tym, że tymi prostymi środkami kreuje rzeczywistość tak fascynującą, że wszyscy na sali siedzą wpatrzeni w nią jak w żywą ikonę, która urzeczywistnia na scenie coś mistycznego, nadprzyrodzonego. Nadaje tekstowi specyficzny rytm i ton, który jeszcze długo pozostaje w uszach. Po tym przedstawieniu Karolina Gruszka na stałe zajmie miejsce w kategorii „młoda, wybitna, oglądać wszystko, gdzie się pokazuje”.

Inscenizacja Lipca jest perfekcyjna. Zamysł autora spotkał się z koncepcją reżysera w punkcie wysokim (co nie dziwne), a Karolina Gruszka dała się zamodelować dokładnie tak, jak życzył sobie reżyser i w efekcie powstało dzieło skończone. W pewnym sensie sukces inscenizacyjny jest za wielki, bo widzowie zaczarowani przez Gruszkę, gubią przesłanie niebłahego przecież tekstu. Wszyscy wychodzą zafascynowani aktorką (ja też), wiedzą o czym sztuka mówiła, ale co powiedziała już nie wiedzą, bo pamiętają głównie fenomenalną kreację Gruszki. Mnie to też spotkało, zatem na drugi dzień zajrzałem do internetu i przeczytałem wszystkie recenzje. W żadnym nie ma analitycznego ani krytycznego odniesienia się do tekstu! Nawet w tych szerszych komentarzach znani krytycy nie wychodzą poza podpowiedzianą przez samego Wyrypajewa interpretację, że szukał w swojej sztuce uobecnienia myśl o. Pawła Florenskiego, że „dom Boga jest za czarnym lasem, a nie za piękną łąką”. Nikt jednak nie zadał sobie trudu, aby chociaż podsumować, czy w istocie sztuka koresponduje z tym zamysłem. O głębszych interpretacjach nawet mowy nie ma (nawet w recenzji szacownej i nie tabloidalnej „Więzi”).

Klucz do zrozumienia Lipca tkwi w ostatniej partii tekstu, kiedy ów rosyjski kanibal tkwi po kolejnym morderstwie w zakładzie dla psychicznie chorych przywiązany pasami do łóżka z maską hokejową na tworzy. Przychodzi do niego salowa i dzieje się coś zdumiewającego, zakochuje się w tym szaleńcu, uwalnia go z pasów, dochodzi do zbliżenia. On tak pragnienie z nią jedności, że znajduje dla tego pragnienia wyraz najwyższy – wchłania ja w siebie, czyli mówiąc wprost zjada ją, w jego mniemaniu dochodzi w tym akcie do jakiejś ostatecznej komunii.

Wyrypajew sugeruje, że jego bohater poprzez te wszystkie tragiczne wydarzenia, a zwłaszcza to ostatnie, odnajduje siebie, a w sobie jeszcze coś. Czy innymi słowami, jak głosi motto do sztuki, „Dom Boga jest za czarnym lasem, a nie za piękną łąką” – to cytat z Ikonostasu o. Pawła Florenskiego. W tekście sztuki jest wiele wskazówek potwierdzających takie przesłanie. W końcówce przyjeżdżają po ciało trzej synowie i planują zabrać je do Archangielska. „Nasz ojczulek całe życie marzył, by dotrzeć do Archangielska, no to spełni się jego marzenie. Dokąd zamierzał tam trafił”. Cały kontekst wskazuje, że jest to swoiste „wniebowzięcie”, a nazwa miasta nie jest przypadkowa (od archaniołów przecież).

Moim zdaniem jest to nadużycie i to podwójne. Po pierwsze nie ma nic wspólnego z nawet najbardziej nieortodoksyjnie rozumianą teologia chrześcijańską, a po wtóre jest manipulacją myślą o. Florenskiego. Jak sobie przypominam (a czytałem to wiele lat temu) jego koncepcje należy rozumieć tak, jak bliższy nam kulturowo cytat „kto nie zaznał goryczy na ziemi, ten nie zazna słodyczy w niebie” (Dziady, cz. III, z pamięci). Ponadto ludziom udręczonym swoją grzesznością, („czarny las”) jest bliżej do Boga niż pozostałym, między innymi dlatego, że widzą swoją małość i całkowite nie zasługiwanie na zbawienie, którego doświadczają, jak darmowej łaski. Wobec Bożego majestatu stają może i z pustymi rękami, ale w pokorze, bez poczucia należnej nagrody i paradoksalnie w ten sposób na ową nagrodę zasługują. Ale przecież to nie jest przypadek bohatera sztuki Wyrypajewa. On przecież nie ma świadomości, że robił coś niewłaściwego, wręcz odwrotnie, kobiecie swojego życia zaoferował miłość i doświadczył z nią „prawdziwego zjednoczenia”. Doświadczył też takiego stanu: „Najadłem się chleba, napiłem wina (…) napełniłem całego siebie bóstwem, i sam stałem się bóstwem. Bóstwo w środku, bóstwo na zewnątrz.” Wydaje mi się, że droga życiowa owego rosyjskiego kanibala nie stoi w żadnej proporcji do tego, o czym pisze Florenski, a powoływanie się na jego koncepcje teologiczne jest w kontekście Lipca nadużyciem. Przekaz tego dramatu jest wystarczająco fascynujący i bez tworzenia wokół niego atmosfery fałszywej mistyki.

Niezależnie od kontrowersji z Florenskim, zastanawia mnie finał sztuki, w którym bohater trafia do symbolicznie przedstawionego, ale jednak nieba. Czym sobie na to zasłużył? Jak tę drogę zbawiania uzasadnić? Nie znajduję na to prostej odpowiedzi, Wyrypajew jej zresztą też nie podpowiada. Odbieram to jako pozostawienie przez autora szczególnego intelektualnego suspensu, który każdy z widzów musi sam przemyśleć i zmierzyć się z pytaniami o rzeczy ostateczne

Lipiec to jedna z najlepszych sztuk, jakie widziałem w 2010 – doskonale wyreżyserowana, brawurowo zagrana, a jeszcze na dodatek stawiająca niebanalne pytania egzystencjalne, spokojnie 10/10.

poniedziałek, 17 stycznia 2011
Nic osobistego Urszuli Antoniak

Kiedyś na blogu napisałem, że czekam, kiedy Polak mieszkający w Berlinie, napisze kryminał o Francuzie walczącym w Irlandii przeciwko Anglikom. No i się prawie doczekałem, bo Polka nakręciła film o Holenderce, ale dziejący się w Irlandii. I samo to spowodowało, że do kina poszedłem, jak ciągnięty przez magnes. Długo czekałem, aż film będzie gdzieś wyświetlany i dawno nie byłem tak ciekawy, jaka to rzeczywistość odsłoni mi się na ekranie.

Nic osobistego, recenzja, Dwójka bohaterów na tle morza

No i odsłoniła się rzeczywistość bardzo interesująca. Film to spokojny, niepospieszny, nastawiony na refleksję, przyglądanie się ludziom, zaprzeczenie hollywoodzkiego kultu szybkiej akcji i zaskakujących zwrotów. Jego bohaterka, której imienia nawet nie poznajemy (przez sekundę widzimy je wraz z nazwiskiem na prawie jazdy) przeżyła jakąś tragedię (też nic o niej nie wiemy), uciekła z Holandii i samotnie przemierza bezludne wybrzeże Irlandii, żywi się resztkami pozostawionymi przez turystów, śpi w namiocie, codziennie gdzie indziej. Głód zmusza ją do odwiedzenia stojącej na uboczu farmy i zaproponowania kontraktu: jedzenie za pracę. Dodatkowym warunkiem tego kontraktu jest nieujawnianie przez dziewczynę nawet imienia – to dużo mówi o rodzaju jej kontaktów z innymi ludźmi. Martin, samotny właściciel farmy ofertę przyjmuje, sam zresztą do wylewnych nie należy. Lody między nimi powolutku kruszeją, pojawia się coś na kształt związku. Finał tej opowieści jest jednak zaskakujący i dający do myślenia.

Można powiedzieć, że jest to film o nieprzezwyciężalnej trudności w nawiązywaniu kontaktów miedzy kobietą i mężczyzną. Ale to tylko wierzchnia warstwa, myślę, że w istocie jest to studium samotności, i to samotności z wyboru, przemyślanej, bez żalu za niedoszłymi związkami, uczuciami. Film stawia pytanie, co takiego musiało zranić tych ludzi tak bardzo, że wybierają samotną drogę przez świat, dlaczego w tym wyborze są tak konsekwentni, że zmierzają w pogranicze zachowań autystycznych, aż do samozagłady. A może to nie tylko ich wybór, może oni inaczej nie umieją, może są skazani na życie, w którym inni ludzie stanowią tylko elementy krajobrazu, ale nie mają dostępu do ich wnętrza, do pozytywnych emocji. A jeżeli kiedyś bariery pękają i ktoś wkracza do świata samotnego „ja”, to stanowi tam zagrożenie i powoduje raczej odruch ucieczki niż akceptacji nowej sytuacji. Bardzo jestem wdzięczny Urszuli Antoniak, że stworzyła dzieło poruszające takie problemy. Odejście od sztampy filmu akcji umożliwiło widzowi spokojny namysł, objęcie empatią bohaterów tych zmagań.

Ważną rolę w recepcji filmu odgrywają krajobrazy – górzyste, wietrzne, nadmorskie. Są przepiękne, ale puste. Bez ludzi są uosobieniem chłodu, pociągają, ale i zarazem niepokoją. Żyjąc w takim otoczeniu człowiek jest bardziej sam, niż gdziekolwiek indziej. Ta pusta przyroda umożliwia człowiekowi przeżycie, jest bardzo impresyjna, ale też otula go nieuchwytnym, trudnym do pokonania splinem. Dla mnie te krajobrazy mają też walor osobisty, bo przypominają piękną podróż po Irlandii i zadumę, jak trudno było żyć tubylcom w takich warunkach. Zwiedzałem tamte tereny w pogodzie lekko sztormowej, tym bardziej skłaniającej do egzystencjalnych refleksji. Wraz z Nic osobistego to wszystko powróciło…

Lotte Verbeek

Dziewczynę wędrującą po irlandzkich pustkowiach gra Lotte Verbeek i robi to doskonale. Po prostu jest sobą, tak jakby nic nie musiała grać, jakby była naturszczykiem obsadzonym w roli samego siebie. Grający Martina Stephen Rea jest w pierwszym odbiorze mniej przekonujący, ale to on zostaje w pamięci na dłużej, jest bardziej charakterystyczny, poza tym jak się zastanowić, to on jest głównym bohaterem opowieści. Aktorstwo jest dużym plusem tego filmu.

W swojej kategorii film zasługuje na notę 9/10 i polecam go bardzo wszystkim ceniącym spokojną refleksję, a zwłaszcza samotnikom ku zadumie.

Nic osobistego, reż. Urszula Antoniak, Holandia, Irlandia 2009, polska premiera kwiecień 2010.

13:08, dijkstra-jg , Film
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 stycznia 2011
Sándor Márai, Dzienniki i Magia

Sandor Marai, Dzienniki, recenzja, okładkaO Dziennikach Máraia, po morzu wylanego na ich temat atramentu, trudno napisać w recenzji coś odkrywczego. Skromnie zadaję sobie tylko pytanie, co mnie osobiście w nich zafascynowało, uwiodło? Na pewno nie warstwa literacka, jakby jej nie rozumieć. Nie jest ona nowatorska, a solidnych perfekcjonistów jest dość dużo. Chyba także nie warstwa poznawcza, intelektualna, bo nie było w nich dużo rzeczy, których bym się dopiero dowiedział, ani jakiś zaskakujących rozstrzygnięć. Co zatem spowodowało, że czytałem Dzienniki z przyjemnością pomieszaną z determinacją, bo lektura nie była lekka?

Po zastanowieniu odpowiadam – na pewno była to chęć obcowania z przyzwoitym człowiekiem. Márai wyzierający ze stron Dzienników jawi się, jako człowiek o stałych, niewzruszonych poglądach, nie dający się uwodzić polityce, ale też nie podążający za modą ani za jakąkolwiek poprawnością. Tworzy własny świat wartości i jest mu wierny. Powściągliwie pisze o swoich osobistych kłopotach, a raczej uczciwie powiedzmy, nie pisze o nich wcale, domyślamy się tylko ich istnienia, jako atrybutu niezamożnego, przymusowego tułactwa.

Márai tworzy swoje dzieła na przekór okolicznościom, często utrudniającym pracę pisarza. Nigdy się nie skarży, ale i tak czujemy, jakiej niezłomności wymaga wierność swojemu powołaniu literata. Ta niewzruszona stałość wzbudza nie tylko sympatię, nie tylko szacunek, ale i chęć, żeby za pośrednictwem Dzienników pouczestniczyć w intelektualnym życiu pisarza. Przyznaję, była to przygoda na prawdę fascynująca.

Sandor Marai, Magia, recenzja, okładkaPoszedłem krok dalej i sięgnąłem do innych dzieł Máraia. Wybrałem Magię szukając czegoś, co wprowadzałoby trochę nastroju metafizyki. Wcześniej czytałem Wyznania patrycjusza i przypuszczałem, że wzbogacanie prostej narracji zdecydowanie wyjdzie tej literaturze na zdrowie. Przypuszczenia się sprawdziły i Magia okazała się ciekawsza od poprzedniej lektury. Na książkę składa się trzydzieści kilka opowiadań o prostej fabule, ale kończących się czymś dziwnym, jakąś nietypową pointą, obserwacją pokazującą, że w ludzkiej egzystencji kryją się obszary trudne do zrozumienia i wytłumaczenia, że pod powierzchnią zwykłych pozornie zdarzeń jest jeszcze coś i to coś jest niezauważalne, ale istnieje na pewno. Sporo z tych opowiadań stawia pytania niebanalne i pozostawia człowieka w zadumie. Kilka z nich jest na prawdę klasy światowej. Wybrane utwory były wcześniej czytane przez samego pisarza w cotygodniowej audycji Węgierskiego Radia.

Odświeżyłem sobie pamięć i powtórnie przeczytałem również Występ gościnny w Bolzano poświęcony epizodowi z życia Giacomo Cassanovy. Wszystko to razem skłania mnie do pewnego podsumowania twórczości Máraia. Z trzech przeczytanych książek najsłabiej wypadają Wyznania patrycjusza i ich lektury nie polecam. To powieść autobiograficzna, ciekawa jako dokument epoki, ale niemiłosiernie rozwleczona. Występ gościnny w Bolzano i Magia prezentują zacznie wyższy poziom. To literatura bardzo solidna, przemyślana i konsekwentna. Z Dzienników wyłania się postać pisarza oddanego swojej twórczości, której wręcz podporządkowuje swoje życie. Książki Máraia potwierdzają takie nastawienie autora (nie krygował się w Dziennikach), czuć w nich sumienność pisarza, który dopracowuje szczegóły, wnikliwie planuje konstrukcję dzieła, panuje nad postaciami. Nic tu nie ma przypadkowego. Podoba mi się i taka literatura, i ten sposób uprawiania zawodu. Ale jednocześnie tej literaturze czegoś brak, nie ma ona tego tajemniczego powabu wciągającego czytelnika, przykuwającego uwagę. Wydaje mi się, a piszę to z ciężkim sercem, że Márai to taki literacki Salieri – bardzo dobrze wie, jak pisać, wkłada w to mnóstwo zaangażowania, ale na końcu jego dziełom brakuje błysku, tego czegoś, co powoduje, że jedne książki uważamy za genialne, a inne za jedynie bardzo solidne. A na koniec przychodzi taki fircyk Mozart i od niechcenia wszystko napisze lepiej.

Podsumowując: Dzienniki 10/10, Magia 8/10, Występ gościnny w Bolzano 8/10, Wyznania patrycjusza 5/10.

Sándor Márai, Dzienniki (wyd. V) Czytelnik 2009, Sándor Márai, Magia, Czytelnik 2008

Zakładki:
10TOP tego bloga
A to mój nowy blog historyczny
Obejrzane - Film
Obejrzane - Teatr
Przeczytane
W oczekiwaniu
Zaglądam na blogi