Blog > Komentarze do wpisu
O śmierci polskich alpinistów na Broad Peak

Jacek Hugo-Bader, Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak, recenzjaW marcu zeszłego roku cała Polska była poruszona informacją o śmierci dwóch polskich alpinistów w czasie zimowego zdobycia Broad Peak, ośmiotysięcznika leżącego w Karakorum. Pikanterii całej sprawie dodawały doniesienia, że obaj zaginieni wspinacze zostali porzuceni przez swoich współtowarzyszy w czasie zejścia ze zdobytego szczytu. Pojawiały się kolejne doszczegółowienia, później raport polskiego związku alpinizmu, który, jak sobie przypominam, mówił o braku odpowiednich kwalifikacji moralnych i nie zachowaniu „braterstwa liny” przez ocalonych. Rzecz zrobiła się głośna, myślę że każdy choć trochę zainteresowany górami coś o tym wiedział i miał w tej sprawie swoje stanowisko.

W Karakorum zginęli Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski, przeżyli Adam Bielecki i Artur Małek. Brat tego pierwszego Jacek Berbeka już w kilka dni po tragedii ogłosił, że organizuje wyprawę mającą za cel odnalezienie i pochowanie ciał zaginionych. Właśnie do tej wyprawy podłączył się Jacek Hugo-Bader, który zamierzał napisać z niej reportaż, a także nakręcić film, który jak mi się wydaje nigdy nie powstał. Tytuł książki odnosi się do tego filmu. Co więcej, wiele jej fragmentów również do niego się odnosi poprzez opisywanie poszczególnych scen niepowstałego filmu. Wydaje mi się to zabiegiem całkowicie chybionym. Opowiadać słowami sceny z filmu, którego nie można zobaczyć, bo nie powstał? Pachnie lipą. Czytać, zamiast oglądać. To pierwszy poważny minus tej książki i jeszcze na dodatek odzwierciedlony w tytule. Jaki film? O co chodzi? Że niby ten reportaż to jest jakiś film? Bardzo cienkie i pretensjonalne.

Skoro jesteśmy przy minusach, to zwrócę uwagę na najbardziej mnie irytujący. Hugo-Bader w wielu miejscach podkreśla, jak to był przez współuczestników wyprawy sekowany, jak go pomijano przy częstowaniu się ciasteczkami, jak nie docierały do niego informacje. Już to samo robienie z siebie ofiary jest mało pociągające, do rzeczy poważniejszych należą takie sytuacje, kiedy Hugo-Bader sam robi rzeczy mało lojalne i nawet po fakcie, pisząc książkę nie widzi swoich faut pas. Tak zdarzyło się w przypadku wywiadu, który udzielił Tygodnikowi Powszechnemu tuż przed wyjazdem na wyprawę, nie poinformował o tym swoich towarzyszy, a powiedział w nim, że są oni objęci amokiem wspinaczkowym i ich celem jest zdobycie Broad Peak i K2. Dodajmy, że obie informacje były całkowicie nieprawdziwe. Poza tym, jak rzecz postrzegam, jedynym celem tego wywiadu było komercyjne przygotowanie przyszłego filmu i książki-reportażu. Za coś takiego powinni go w ogóle wyrzucić z wyprawy, jako nielojalnego, skomercjalizowanego faceta. Dziwi mnie, że Hugo-Bader tego w ogóle nie rozumie, mimo iż ma siebie za specjalistę od intuicji i tych różnych delikatności.

Dla równowagi powiem, co należy do plusów książki. Bezapelacyjnie najciekawsze są rozmowy z uczestnikami tragicznie zakończonej wyprawy na Broad Peak. Cały tekst jest nimi inkrustowany i to nawet dobrze, że te najbardziej frapujące fragmenty są dawkowane powoli, a czytelnik ma czas na spokojne przetrawienie tych bardzo emocjonujących kwestii czytając sobie o nudnym życiu w bazie wyprawy poszukiwawczej. Trochę tak, jak mama mól mówiła do małych molątek: kto nie zje flanelki nie dostanie karakułów. najpierw trzeba przebrnąć przez nudne kawałki ze wspominkami Hugo-Badera, a potem można emocjonować się kolejnymi odcinkami rozmów z Adamem Bieleckim, Arturem Małkiem czy Krzysztofem Wielickim, czyli uczestnikami owego zimowego zdobycia Broad Peak.

Od tej w sumie nudnej narracji o przeżyciach Hugo-Badera w czasie powrotu na Brod Peak jest jeden wyjątek, są to rozmowy z narzeczoną pozostałego w mrozie Tomka Kowalskiego i jego rodzicami. Wiąże się z nimi najbardziej wzruszający moment książki, kiedy to owi rodzice w kontekście związku ich syna z Agnieszką i jej postawy po zamarznięciu Tomka na Broad Peak mówią: Agnieszka jest już nasza. Co by dalej w jej życiu nie było, zawsze będzie w rodzinie. (s. 162)

Z Tomkiem Kowalskim związana jest jeszcze jedna w swoim czasie nieprawdopodobnie nagłośniona historia, mianowicie ta, że do ataku szczytowego wyszedł w rakach mających inny przód i inny tył a związanych linką, co miało rzekomo być dowodem na karygodne ubóstwo wyprawy i brak odpowiedniego nadzoru ze strony jej kierownictwa. Na szczęście w rozmowie z autorem Adam Bielecki wyjaśnia, że Tomek Kowalski był ekspertem od nowinek sprzętowych i z premedytacją zmontował takie raki, używając tyłów z lekkich raków aluminiowych, co powodowało istotne zmniejszenie ich wagi. W strefie śmierci, powyżej 8000 tys. m każdy gram robi różnicę. Zmniejszenie o 200 g wagi raków razy pięć tysięcy kroków oznacza wtaszczenie tony ciężaru mniej na szczyt. Oczywiście jest ryzyko związane z taką przeróbką, ale Tomek Kowalski ocenił, że warto je podjąć. To dobrze, bardzo dobrze, że ten dość demagogiczny zarzut o ubóstwie prowadzącym do śmierci został wyjaśniony.

Wyprawa poszukująca ciał odnalazł w górach tylko Tomka Kowalskiego. Zamarzł przypięty do liny na środku szlaku wiodącego na szczyt. Ukształtowanie terenu w tamtym miejscu powodowało, że wspinacze zmierzający na Broad Peak właściwie musieli po nim przejść. Brr.., aż się wzdrygnąłem, jak się o tym dowiedziałem. Bardzo się cieszę, że udało go się wykuć z lodu i godnie pochować, jak przynależało himalaiście.

Króciutki, ale bardzo wzruszający fragment poświęcony jest rodzinie Macieja Berbeki. Hugo-Bader rozmawiał z jego żoną, Ewą Dyakowską-Berbeką, bardzo zdolną i twórcza plastyczką, scenografką Teatry im. Witkiewicza w Zakopanem. To ona mówi zapadające w pamięć słowa dotyczące zgody na pierwsze wyjazdy męża w Himalaje zaraz po urodzeniu ich najmłodszego dziecka – nie mogłam mu tego zrobić. Co? Miałam powiedzieć ja albo góry. Zresztą ucieszyła się, kiedy zadzwonił Wielicki z propozycja wyjazdy na Broad Peak. Ta wyprawa należała się Maćkowi. Aby zrozumieć dlaczego mu się należała trzeba sięgnąć do historii. W roku 1988 Maciej Berbeka atakował w zimę Broad Peak. Wszedł po zmroku na przedwierzchołek Rocky Summit, wydawało mu się, że jest już na szczycie, zgłosił to do bazy. W bazie wszyscy wiedzieli, gdzie jest naprawdę, bo widzieli światełko jego czołówki. Nic mu jednak nie powiedzieli, bo dalsza wspinaczka oznaczałaby samobójstwo. Schodził ze świadomością zdobycia góry, później przyszło bolesne rozczarowanie. Teraz można zrozumieć, dlaczego mu się ta wyprawa należała.

Skoro jesteśmy już przy pani Dyakowskiej, to musze wspomnieć o znanej mi wystawie „W drodze”. Wspomnę tylko, że jednym z motywów przewodnich jej prac jest właśnie jej mąż, Maciej Berbeka w górach. Nie mogę znaleźć w internecie prac z tej wystawy, zamieszczam podobne, a także zdjęcie Państwa Berbeków w górach.

Ewa Dyakowska-Berbeka, praca plastycznaEwa Dyakowska-Berbeka i Maciej Berbeka, razem gdzieś w górach

Na koniec moje refleksje o zimowej wyprawie na Broad Peak i o przyczynach tragedii. Myślę, że Polski Związek Alpinizmu znacznie za mocno ocenił tych, którzy przeżyli czyniąc ich współodpowiedzialnymi za śmierć towarzyszy. Argument o straceniu „braterstwa liny” jest niewiarygodny, bowiem bodaj na wszystkich zimowych wyprawach ich uczestnicy schodzili osobno. To było konieczne, bo w tak ekstremalnych warunkach nie sposób na kogoś czekać, nie sposób też iść nieswoim tempem. W lato można to sobie wyobrazić, w zimie przy temperaturach w granicach -30ºC jest to niemożliwe. Tam każdy idzie w swoim tempie i sam walczy o przeżycie. Każdy idący w góry w takich warunkach o tym wie. Podgrzewanie atmosfery nie służy sprawie.

Jak wspomniałem Maciej Berbeka miał pozamerytoryczny powód, aby na ta wyprawę pojechać mimo zaawansowanego wieku (59 lat). Miał zatem pozasportowa presję, aby na szczyt wejść. Tomek Kowalski z kolei marzył, zapisać się na kartach historii i dokonać czegoś po raz pierwszy, to go motywowało do uczestnictwa w tej wyprawie. To ważne, że dwóch himalaistów miało motywacje pozasportowe, które wpływały na ich decyzje.

Do ostatniego ataku na szczyt założenie było takie, że idą w dwóch zespołach: Bielecki i Małek oraz Berbeka z Kowalskim. Ten pierwszy zespól okazał się silniejszy i gdyby utrzymano w mocy wcześniejsze ustalenia, to właśnie oni zaatakowali by szczyt. W przypadku sukcesu byłby to koniec wyprawy, w przypadku porażki atakowałby drugi zespół. W ostatniej chwili, już na górze grupa wspinaczy podjęła decyzje o wspólnym ataku szczytowym całego zespołu. Motywacja była jasna, ale niestety okazało się śmiertelna. Myślę, że w tym ostatnim rozstrzygnięciu należy szukać przyczyny tragedii.

Sumarycznie książkę oceniam bardzo wysoko. Ma swoje braki, ale i tak dobrze wprowadza w cały kontekst dramatycznej wyprawy na Broad Peak. Dla mnie 8/10

Jacek Hugo-Bader, Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak, Znak Kraków 2014

środa, 31 grudnia 2014, dijkstra-jg

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: MEN, *.inet.rev.km-net.pl
2016/03/28 22:46:11
Myślę że jest to dobre zakończenie. Ja sam ich rozumiem, nie wyobrażam sobie życia bez wędrówki po dużo niższych górach, marzenia o najwyższych są piękne, jak o miłosci, ukochanej, rodzinie i szczęściu. To co mieli w sercu, co w duszy im grało było najcenniejsze co mieli i szli za tym głosem. Ciężko słuchać tych przerzucanych się oskarżeń, im już nie pomogą, rodzinie nie zmniejszą bólu. Ja gdy usłyszałem o tragedii, nie znając ludzi, okoliczności, winnych czy nie - wiedziałem że byli tak, gdzie być powinni bo chcieli. Nikt nie ma prawa już nad ich mogiłami znanymi i nieznanymi prowadzić miałkich dyskusji kto zawinił - to nie wycieczka szkolna, a Oni nie byli "głupcami".
Pomodlić się i podziwiać. Tak to uważam powinno być traktowane...
Pozdrawiam i dziękuję za wpis.