Blog > Komentarze do wpisu
Eksport polskiego uzbrojenia w II Rzeczypospolitej

Długo nic nie pisałem na blogu. Sprawy zawodowe przydusiły inne aktywności. W tym czasie odrabiałem czytelnicze zaległości w odniesieniu do jednego z najbardziej mnie interesujących tematów, czyli do historii polskiej armii w okresie II Rzeczypospolitej. Skutkiem oddania się tej pasji jest poniższa nota, być może trochę za długa i za bardzo szczegółowa. Zamieszczam ją tutaj, na blogu ogólnokulturalnym, bo dobrze dokumentuje, czym się ostatnio czytelniczo fascynuję i z jakimi mniej więcej efektami.


 

M. P. Deszczyński, W. Mazur, Na krawędzi ryzyka. Eksport polskiego sprzętu wojskowego w okresie międzywojennym, okładka, recenzjaDawno nie czytałem książki naukowej z takim zainteresowaniem.[1] Pod wieloma względami jest to publikacja wzorowa. Oparta została o dogłębną kwerendę źródłową archiwaliów krajowych, w tym zwłaszcza wnikliwe przekopanie zasobów Centralnego Archiwum Wojskowego. Orientacja autorów w literaturze przedmiotu jest imponująca, a warto nadmienić, że armia II Rzeczypospolitej i kampania wrześniowa cieszą się dużym zainteresowaniem i ilość publikacji na te tematy jest ogromna. Poza tym autorzy starają się zachować obiektywizm w swoich badaniach, a ustaleniom nadać charakter czysto rzeczowy. Oba zamierzenia udało im się zrealizować, co godne jest najwyższego uznania. Z góry informuję, że książkę oceniam 10/10 i marzę, aby więcej tego typu książek pojawiało się na rynku wydawniczym, bo niby różnych publikacji zatrzęsienie, ale rzetelnych, dogłębnych opracowań niestety niewiele.

Eksport polskiego uzbrojenia jest tematem kontrowersyjnym, wzbudzającym niejednokrotnie skrajne emocje. Jak to się bowiem mianowicie stało, że armia cierpiąca na poważny brak nowoczesnego uzbrojenia, do ostatniej chwili pokoju właśnie takie uzbrojenie eksportowała?

Aby zrozumieć fenomen polskiego eksportu uzbrojenia, trzeba kilka kwestii wyjaśnić. Po wojnie dwudziestego roku w magazynach polskiej armii pozostało mnóstwo zróżnicowanego uzbrojenia, rosyjskiego, niemieckiego, austriackiego, francuskiego, włoskiego, a nawet japońskiego. Ze względu na konieczność unifikacji, część z tych zasobów trzeba było sprzedać, część udało się wymienić z innymi krajami. Do obsługi polskiego eksportu uzbrojenia, zarówno tego z magazynów, jak z bieżącej produkcji powołano spółkę SEPEWE, która jest głównym bohaterem omawianej książki.

W tym samym czasie rodził się polski przemysł produkujący uzbrojenie. Był on tak zaprojektowany, aby na wypadek wojny mógł w jak największym stopniu zapewnić dostawy dla polskiego wojska. Oczywiście w czasie pokoju zapotrzebowanie na uzbrojenie jest znacznie mniejsze (zwłaszcza w zakresie amunicji), ale fabryki ktoś musi utrzymywać. Bieżące zamówienia polskiej armii były ograniczone ze względów finansowych, ale także z powodu obiektywnych potrzeb. Najłatwiej było zapewnić utrzymanie mocy produkcyjnych w zakładach zbrojeniowych poprzez eksport ich produktów. Wreszcie za eksportem przemawiał tez wzgląd dewizowy. Gospodarka dwudziestolecia nie funkcjonowała w trybie wolnej wymiany walut. Ilość dewiz dostępnych dla potencjalnych importerów, także wojskowych np. w dziedzinie niezbędnych do produkcji materiałów, była ograniczona do limitu dewiz pozyskanych z eksportu. Zatem, co do zasady, za eksportem przemawiało wiele czynników.

Nie wszyscy jednak rozumieli te dość chyba oczywiste argumenty. Pierwsze zastrzeżenia do polskiego eksportu  w 1939 roku pojawiły się tuż po zakończeniu kampanii wrześniowej. Były one ochoczo podchwytywane i sztucznie rozdymane przez Sikorszczyków, którzy byli zainteresowani w wykazaniu niekompetencji władz przedwrześniowych. Politykę rozgrywek personalnych prowadzili metodami brutalnymi i w wielu przypadkach przepustką do przydziału w nowej armii było złożenie donosu na poprzedników. Stąd wiarygodność relacji z tamtego kresu jest dość ograniczona.

W każdym razie, jak totalna krytyka rozpoczęła się już wtedy, tak trwa do dzisiaj. W opinii piszącego niniejsze słowa, im mniejsza wiedza na temat tego zagadnienia, tym krytyka intensywniejsza.

Autorzy Na krawędzi unikają pochopnych sądów, relacje i zawarte w nich argumenty konfrontują ze źródłami archiwalnymi. Zachowują powściągliwość, ale różne, najczęściej cząstkowe, opinie przecież wyrażają, a niektóre z nich pobudzają do polemiki. W dodatku pewną trudność stanowi fakt, że jakkolwiek eksportowi uzbrojenia w 1939 roku poświęcają osobny rozdział, to brak w nim jasno wyrażonego stanowiska autorów, które rozmywa się w masie szczegółowych dyskusji, argumentów i kontrargumentów. Problem w tym, że najczęściej wskazują błędy, zaniechania, nieporozumienia, czy pospolite mataczenie po fakcie. Krytycyzm nie jest wyrażony wprost, ale między wierszami jest widoczny.[2] W tym kontekście dziwi tytuł Na krawędzi ryzyka, bo jak rozumiem, w opinii autorów, ta krawędź została przekroczona.

Autorzy właściwie słusznie ograniczają ten budzący kontrowersje wątek do kilku kluczowych transakcji: dział przeciwlotniczych 40 mm dla Anglii i Holandii, armat przeciwpancernych 37 mm także dla Anglii i dla Rumunii oraz dostawy dla Bułgarii 42 samolotów liniowych PZL 43, czyli zmodyfikowanych „Karasi”. Rzeczywiście, te kontrakty budzą największe wątpliwości, ale wypreparowanie ich z całego kontekstu relacji wojskowych z tymi krajami i długoterminowych kontaktów dotyczących sprzedaży polskiego uzbrojenia, niestety nie ułatwia zrozumienia ich istoty. Każda z tych dostaw ma swoją historię i nie sposób wszystkich okoliczności tu omówić, ale chociaż niektóre chyba warto.

Zacznijmy od dostaw armat Boforsa dla Anglii. Był to pierwszy kontrakt, w którym to my sprzedawaliśmy uzbrojenie dla ówczesnego światowego mocarstwa, powszechnie postrzeganego jako potęga nr 1 na świecie. Wejście na taki rynek, to nie żart. Kontrakt był realizowany w cieniu podpisywanego wojskowego sojuszu z Anglią, który dla Polski miał znaczenie zasadnicze. Po drugie, w czasie, kiedy nasze fabryki produkowały armatki dla Anglii, my negocjowaliśmy kredyt na zakup uzbrojenia angielskiego dla polskiej armii, a później dostawę konkretnych jego elementów. Dodajmy, że my za zakupiony sprzęt płaciliśmy angielskim kredytem, ale sami prawdopodobnie dostawaliśmy zapłatę w ciepłych dewizach. Jako trzeci element kontekstu wspomnę tylko o oczywistym i powszechnie znanym fakcie, że we wrześniu płynęła już do portu w Konstancy eskadra Hurricanów. Czy można sobie wyobrazić, aby biorąc wszystko to pod uwagę, wstrzymać wysyłkę armat dla Wielkiej Brytanii? W pracy Deszczyńskiego i Mazura część z podniesionych przeze mnie czynników została przedstawiona, ale finalne wnioski i tak ich nie uwzględniały.

Poświęćmy także kilka zdań Rumunii. Prawie w ostatniej chwili (VII 1939) zdecydowaliśmy się na realizacje dostaw armatek przeciwpancernych 37 mm dla Rumunii i to w niebagatelnej ilości 250 sztuk. Warto przypomnieć, ze Rumunia była naszym kluczowym sojusznikiem w obronie przed ewentualną agresją ze wschodu. W 1939 Rumunii czuli już sowiecką presję, a jak pokazała aneksja Besarabii, poczucie zagrożenia było w pełni uzasadnione. Czy troska o morale sojusznika (o czym autorzy wspominają) i bodaj istotniejsza jeszcze troska o życzliwość państwa, przez które wiodła najważniejsza droga tranzytowa w obliczu spodziewanej wojny była wystarczającym uzasadnieniem dla realizacji tego kontraktu? A czy dość dobry los polskich żołnierzy internowanych po 1939 roku był wystarczającym potwierdzeniem słuszności o kilka miesięcy wcześniejszego wyboru? Szkoda, że ostatniego z tych argumentów autorzy nie zauważyli.

W czasie kiedy wspomniane kontrakty były zawierane, albo nikt wybuchu wojny nie przewidywał („Karasie” dla Bułgarii, 1938), albo wojna była prawdopodobna, ale nie była pewna. Dzisiejsze oceny pachną całkowicie ahistorycznym myśleniem. My wiemy, ze wojna wybuchła, mamy przekonanie, że była nieunikniona, ale nikt z ówczesnych decydentów takiej pewności nie miał. Zrywanie kontaktów w takiej sytuacji byłoby zwykłym awanturnictwem. Z powodu wydarzeń przyszłych niepewnych, tworzenie faktów dokonanych o rozległych konsekwencjach byłoby zachowaniem, delikatnie mówiąc, niepoważnym, a o polskich generałach można różne rzeczy powiedzieć, ale na pewno byli to ludzie bardzo serio traktujący swoje obowiązki i niewątpliwie nie byli awanturnikami.

Drugim poważnym argumentem przemawiającym za utrzymaniem tempa polskiego eksportu wojskowego był stan obciążenia polskiego przemysłu. Większość polskich fabryk zbrojeniowych nie pracowała w 1939 roku na pełnych obrotach. Dlaczego? Bo mimo gigantycznego wysiłku finansowego polskiego państwa, nie było go stać, na złożenie zamówień wysycających możliwości produkcyjne polskiego przemysłu. Eksport poprawiał (!!!) sytuację finansową sektora zbrojeniowego i dawał możliwości zwiększenia zamówień w przyszłości, a nie je ograniczał. Trzeba przyznać że w zakresie armat 37 mm i przeciwlotniczych 40 mm możliwości zwiększenia produkcji były już wyczerpane. Zwróćmy jednak uwagę, że dostawy eksportowe nie zaburzały w żadnym stopniu dostaw tego samego sprzętu dla polskiej armii. Zamówienia były realizowane, harmonogramy przestrzegane. Niewielkie odstępstwa były z góry uzgadniane ze Sztabem Generalnym i przez niego akceptowane.[3] Jeżeli ówcześni decydenci zechcieliby wydawać więcej niż mieli w budżecie, to mogli zamówić cała gamę innego  również brakującego uzbrojenia artyleryjskiego, od moździerza 81 mm począwszy a na dalekonośnych armatach 105 mm skończywszy. W tym mogliby zwiększyć zamówienia na dobrą (i proporcjonalnie drogą) armatę przeciwlotnicza 75 mm produkowana w Starachowicach. Dodajmy, że armatek 40 mm mieliśmy kilkaset sztuk,[4] a dramatycznie brakowało właśnie sprzętu o większej donośności zabezpieczającego przed bombardowaniem z większej wysokości. Nie trzeba było zrywać kontraktów ani nic rekwirować, wystarczało złożyć zamówienie. Nie robiono tego nie dlatego, że ktoś był głupi lub mało przewidujący, ale dlatego, że nie było za co, tak samo jak nie byłoby czym zapłacić za zarekwirowane armatki z kontraktów dla zagranicy.[5] Tworzenie z tego zarzutu jest niepoważne. Ekonomia wojenna zaczyna obowiązywać dopiero w czasie wojny (a dokładniej od czasu mobilizacji), przed jej wybuchem wszyscy się kierują normalnymi zasadami budżetowymi, będąc przy zdrowych zmysłach nie można z tego powodu generować oskarżeń.

Autorom Na krawędzi mam tylko za złe, że w swojej argumentacji zauważyli wiele kwestii szczegółowych (co bardzo cenię), ale pominęli wiele aspektów ogólnych, które dla ówcześnie zapadających decyzji były przesądzające. Nawet jak je dostrzegli, to nie wyciągnęli właściwych, rozstrzygających wniosków. W przeciwieństwie do nich - pozwolę sobie na osobisty wtręt - ja, mimo upływu lat, jestem dumny z ówczesnych decydentów wojskowych, że potrafili od zera zbudować w ubogim kraju przemysł zbrojeniowy, który mógł konkurować z potęgami ówczesnego świata, że potrafili sprzedawać jego produkty, że byli solidnymi, obliczalnymi partnerami biznesowymi i odpowiedzialnymi sojusznikami. W całości się z ich decyzjami solidaryzuję.[6]

W jednym aspekcie podzielam krytyczne stanowisko duetu Deszczyński-Mazur. Chodzi mianowicie o to, co działo się w ostatnich dniach sierpnia. Po wprowadzeniu życie mobilizacji kartkowej, czyli od 24 sierpnia, powinna zacząć obowiązywać prawo wojenne, jeżeli nie de iure to na pewno de facto. Od tego momentu, nie tylko wywóz uzbrojenia powinien być wstrzymany (co nastąpiło), ale sprzęt powinien zostać natychmiast zadysponowany do właściwych jednostek, końcowa produkcja powinna ulec przyspieszeniu, odbiory uproszczeniu. W rzeczywistości jakby zapomniano o gotowym sprzęcie. „Karasie” wybuch wojny zastał w PZL lub na lotnisku przyfabrycznym, gdzie uległ uszkodzeniu podczas bombardowań 4 września. Przykre pytanie brzmi: a co on tam robił cztery dni po wybuchu wojny? Działa przeciwlotnicze przygotowane do ekspedycji marynarze z Lądowej Obrony Wybrzeża przypadkowo znaleźli w magazynach w Gdyni i byli w stanie je wykorzystać. Żołnierze Armii Pomorze, którzy znaleźli pod Toruniem w skrzyniach armatki przeciwlotnicze takich możliwości zapewne nie mieli.[7] Losów armatek przeciwpancernych nie znam, ale przypuszczam, że były podobne. To smutne przeoczenie i warto je wskazać. O tym sprzęcie w gorączce mobilizacyjnej po prostu zapomniano, tak jak o gotowych do odbioru czołgach 7TP w PZInż. czy „Łosiach” w nowozbudowanej wytwórni mieleckiej.[8] Zatem to nie był tylko problem sprzętu produkowanego na eksport, choć ten powinien być pod szczególnym nadzorem.

Na koniec jeszcze jedna polemika, ważna dla głównego wątku „eksportowego”, a dla rozumienia sytuacji polskiego dowództwa w 1939 roku wręcz fundamentalna. Chodzi tu mianowicie o stwierdzenie, że wyobrażenia polskich elit wojskowych o przyszłej wojnie wywodziło się „sprzed z górą dwudziestu lat” i było absolutnie błędne. Przesłanką do tego stwierdzenia miała być decyzja, że dostawy eksportowe zamierzano przerwać dopiero z chwilą ogłoszenia mobilizacji oraz spodziewane uruchomienie wojennej produkcji zamierzano przeprowadzić dopiero po tym momencie. Zatem „całość swych rezerw [przemysł] uruchomić miał nie wcześniej, niż w przededniu zbrojnej konfrontacji.” (s. 352) Na boku proponuję zostawić dyskusję z przekonaniem autorów o anachroniczności wyobrażeń polskich generałów o przyszłej wojnie, bowiem rozjaśnienie tej sprawy wymagałoby osobnego szkicu. Przyjmijmy, że nawet tak było. Nie sposób zgodzić się jednak z przekonaniem, że uzasadnieniem dla owej „anachroniczności” miały być decyzje o wstrzymaniu eksport dopiero z chwila mobilizacji, bowiem ten pogląd, jako dość oczywisty, w całości podzielam, podobnie jak każdy, kto się nad nim zastanowi. Ponadto, nie wyobrażam sobie, jak decyzje o przestawieniu produkcji na „tor wojenny” można by podjąć w jakimkolwiek  wcześniejszym momencie. Kto bowiem zapłaci, za zwiększenie zatrudnienia do trybu wielozmianowego, za zużycie wszystkie zapasów i komponentów do produkcji „na maxa” niezależnie od wcześniejszych zamówień, kto ostatecznie zapłaci za wszystkie wytworzone produkty? Jak celnie zauważył marszałek Rydz Śmigły, przedwczesne ogłoszenie mobilizacji, czyli zanim będziemy posiadali pewność, że wojna wybuchnie, oznacza kompletną ruinę finansową państwa, ekonomiczny collapse. Mobilizacja przemysłu zbrojeniowego zanim wojna wybuchnie, nie będzie miała takiego pola rażenia, ale co najmniej budżet wojskowy przewróci, jeżeli nie rozpoczną się działania wojenne. Poza tym kto weźmie na siebie odpowiedzialność za panikę i tony sprzętu, które mogą okazać  się zbędne i trafią wprost do magazynu. Zatem wojskowi decydenci nie mieli innego wyboru, niż czekać do ostatniej chwili, a ich wyobrażenia o przyszłym konflikcie, nie miały tu absolutnie nic do rzeczy.

Najbardziej jednak zaskakuje inny błąd intelektualny w przedstawionej wyżej konstrukcji. Jeżeliby ówcześni wojskowi mieli wyobrażenie, jak będzie przebiegała kampania wrześniowa, to ostatnia rzeczą, jaką zaprzątaliby sobie głowę byłaby sprawa eksportu. Znacznie bardziej fundamentalnym pytaniem, byłoby, czy w ogóle się bić w wojnie z góry przegranej i to przegranej w dramatycznym czasie kilkunastu dni. Czy warto zgodzić się na gigantyczne zniszczenia w Warszawie, na dziesiątki/setki tysięcy zabitych, po to tylko, aby w kilkanaście, góra trzydzieści dni ponieść sromotną porażkę, która raczej hańbi żołnierzy niż przydaje im honoru. Bardzo wątpię, aby posiadając taką wiedzę,  zdecydowali się na walkę do ostatniego naboju. Po co w takim przypadku, mieliby zatrzymywać eksport narażając układy sojusznicze (Anglia, Rumunia), jak i tak dobrze by wiedzieli, że tych sto kilkadziesiąt armat nawet o kilka dni nie przedłuży polskiego oporu, a jeżeli nawet, to w najlepszym razie spowoduje tylko większe straty.

Do kampanii wrześniowej, w taki kształcie jaki znamy, doszło dlatego, że polskie dowództwo widziało szansę zwycięstwa dzięki wcześniejszej lub późniejszej, ale jednak ofensywie naszych zachodnich sojuszników. Na pewno było to przekonanie naiwne, może także za bardzo wierzono w odporność polskiego żołnierza i przetrwanie nawałnicy pierwszych dni. Ale to właśnie przekonanie dawało siłę całej elicie rządzącej, całemu społeczeństwu, do nadzwyczajnego wprost wysiłku włożonego w budowę przemysłu zbrojeniowego i utrzymanie ogromnej armii. Wszyscy byli gotowi do poniesienia wyrzeczeń, aby posiadać wojsko, które zapewni nam niepodległość. Z polskiego wojska wszyscy byli dumni, podobnie jak z uzbrojenia polskiej produkcji. Czy jest słuszne przekonanie, że za tymi wszystkimi wartościami stała tylko naiwność i anachroniczność wyobrażeń o przyszłej wojnie?

Może nieco przesadzam w komentarzu do mimochodem rzuconej uwagi, ale przyznaję, że bardzo mnie irytuje protekcjonalny stosunek dzisiejszych historyków w odniesieniu do ówczesnych decydentów wojskowych. Ta atmosfera pouczania post factum, poklepywania po plecach z przekonaniem, że teraz wiemy lepiej, a oni po prosu błądzili w swoich dziwnych i przedpotopowych wyobrażeniach o przyszłej wojnie. Zwykle stoi za tym zwykła ignorancja i niewiedza na temat rozlicznych uwarunkowań, którym oni podlegali, a także brak chęci do zrozumienia oczywistych ograniczeń, które krępowały ich decyzje. Podkreślam, że nie jest to przypadek Deszczyńskiego i Mazura, ci autorzy dysponują głęboką wiedzą i właściwymi kompetencjami analitycznymi, czyta się ich wywody z przyjemnością, nawet jeśli nie zawsze wzbudzają akceptację. Od czasu do czasu jednak nie wyciągają oni wystarczających wniosków syntetycznych; w morzu szczegółów, drobiazgowych przypisów i piętrowych analiz gubią uwarunkowania systemowe, nieredukowalne ograniczenia, a przez to tracą z pola widzenia oczywiste sukcesy, słuszność, a co najmniej konieczność, kluczowych wyborów i decyzji. Wykorzystywanie wiedzy o przyszłych wydarzeniach do oceny ówczesnych elit wojskowych, które z powodów oczywistych tej wiedzy mieć nie mogły, jest z pogranicza poprawności metodologicznej.  Oceniać można aktorów przeszłych wydarzeń tylko na podstawie tego, co wiedzieli lub wiedzieć mogli, a nie w oparciu o to, co historycy wiedzą dzisiaj. Z tego powodu ów protekcjonalny ton występujący w wielu dzisiejszych pracach historycznych, jest dla mnie tak drażniący.

Koniec polemik i dyskusji. Podkreślam, że nie zmieniają one generalnie bardzo wysokiej oceny książki, która już weszła do kanonu lektur niezbędnych, jeżeli chce się poznać historię wojska II Rzeczypospolitej. Polemiki z zasady zabierają więcej miejsca, uruchamiają emocje i wyostrzają stanowiska. Tym bardziej jeśli dotyczą kontrowersji zaprzątających umysły od dobrych kilkudziesięciu lat i które, jak przypuszczam, nigdy nie zostaną ostatecznie zakończone. Zwracam jednak uwagę, że w przypadku Na krawędzi…, dotyczą one zdecydowanej mniejszości wniosków i ocen autorów, nawet jak zabierają większość miejsca w recenzji. Polemiki w tych sprawach są i będą nieuniknione. Z tym, że aby polemiki chociaż zbliżały się do rzeczowości potrzebna jest dobra faktografia, a tę książka Deszczyńskiego i Mazura dostarcza w obfitości i na bardzo rzetelnym poziomie. Ogromną zaletą książki są tabele (17 szt.) wydrukowane w postaci załącznika, które m.in. wyszczególniają wszystkie transakcje eksportowe, wyniki SEPEWE, obsadę personalną tej spółki, strukturę eksportu, kraje docelowe. To ogromna wartość sama w sobie, bo daje zobiektywizowana podstawę do różnych samodzielnych dociekań. Za dokładność i szczegółowość ustaleń autorzy mają mój głęboki szacunek.

Jedyne uwagi w tej materii rodzą się z niezaspokojonej potrzeby jeszcze większej ilości informacji. Na przykład chciałoby się wiedzieć, czy eksport nowego uzbrojenia był finansowo opłacalny. Sprawa nie jest prosta, bo inaczej to będzie wyglądało z poziomu fabryki, inaczej z poziomu władz wojskowych, a jeszcze inaczej z poziomu polityki dewizowej państwa. Co więcej analiza nie może być prosta, bo ceny nie są i nie mogą być porównywalne. Na zarządzaniu finansami znam się bodaj lepiej, niż na sprawach wojskowych, stąd wiem, o czym mówię, a czytelników nie chce zasypywać zbędnymi tu szczegółami. Podobnie sprawa ma się z poszczególnymi składnikami uzbrojenia. Autorzy słusznie skoncentrowali się na analizie terytorialnej eksportu, czyli jak wyglądały negocjacje i następujące po nich kontrakty realizowane dla poszczególnych państw (tu szczególnie ciekawa Hiszpania w okresie wojny domowej). Chciałoby się mieć taka analizę według zakresu rzeczowego, czyli analizę jak eksport wpływał na poszczególne składniki uzbrojenia, na jego rozwój (w lotnictwie na pewno), na opłacalność produkcji, na ceny jednostkowe, na kontrakty krajowe, na stan zapasów magazynowych. W tym ostatnim przypadku jest to szczególnie ciekawe. Autorzy na przykład mimochodem rzucają uwagę, że masowy eksport do Hiszpanii zredukował do zera stoki magazynowe. Czy na pewno? Na przykład niektóre bataliony obrony narodowej były wyposażone w karabiny Berthier i Lebel, podczas gdy obowiązującym standardem w polskiej armii były Mausery. Berthiery, a Lebele na pewno, należały zatem do klasycznych zapasów stokowych. A jak było w odniesieniu do innych rodzajów sprzętu, np. artyleryjskiego. Oj chciałoby się wiedzieć.

Oczywiście nie są to zastrzeżenia do książki, a jedynie postulaty badawcze. Jest zrozumiale, że każda książka ma jakiś określony zakres i nie można go w nieskończoność rozszerzać. Ból polega na tym, że autorzy osiągnęli w materii eksportu polskiego uzbrojenia  niespotykany poziom kompetencji i jeżeli oni jeszcze czegoś nie napiszą, to w najbliższych latach nie zrobi tego już nikt, bo nie wyobrażam sobie, aby ktoś powtórzył wykonaną przez nich kwerendę archiwalną. Może mimo upływu lat i pewnie innych zainteresowań badawczych uda się jeszcze cos napisać. Lud jest złakniony wiedzy, bierzcie to szanowni autorzy pod uwagę.

Finalnie: szacunek i uznanie za rozległość badań, imponującą szczegółowość i dogłębność informacji. Kontrowersję były, są i będą, dobrze tylko dyskutować je na pewnym poziomie merytorycznym, a ten spółka autorska Deszczyński-Mazur zapewnia w stopniu rewelacyjnym. Ocena 10/10 jest dla mnie oczywista.

Marek Piotr Deszczyński, Wojciech Mazur, Na krawędzi ryzyka. Eksport polskiego sprzętu wojskowego w okresie międzywojennym, Neriton, Warszawa 2004



[1] Porównywalna, co do poziomu zainteresowania może być w ostatnich czasach i w podobnej materii tylko książka Tymoteusza Pawłowskiego Armia Marszałka Śmigłego. Jak czas pozwoli, to i o niej coś napiszę.

[2] Przy okazji: autorzy używają języka perswazji. Np. piszą o „upartym” realizowaniu kontraktów eksportowych, bynajmniej nie tłumacząc, na czym owa upartość miałaby polegać. Zanim się użyje słowa emocjonalnie nacechowanego, dobrze jest uzasadnić celowość takiego użycia. Ze swojej strony dodam tylko, że w przekonaniu zwykłego człowieka wywiązywanie się z podpisanych umów jest rzeczą normalną, uczciwą, nie „upartą”. Jeżeli już, to upartość cechuje tych, którzy tę zasadę uporczywie podważają.

Skoro jesteśmy przy zasadach – trudno mi wybaczyć autorom sflekowanie płk. Wiatra za brak zainteresowania zakupionym przez lewicowych Hiszpanów wyposażeniem wojskowym, które nie zostało wyekspediowane i zalegało w magazynie wolnocłowym w Gdyni. Autorom zwracam uwagę, że owo wyposażenie było cudzą własnością. Położenie na nim ręki komuniści nazywają „nacjonalizacją”, ale normalni ludzie - kradzieżą. Przed wojną oficerów obowiązywały reguły honorowe, dziwię się, że tak wybitni znawcy przedwojennego wojska tego nie rozumieją, a z tego „nierozumienia” wyciągają daleko idące wnioski ogólne.

[3] W tym kontekście najbardziej niepokojąca jest informacja, że realizacja kontraktu eksportowego „Karasi” dla Bułgarii zaburzała cykl produkcyjny „Łosi” dla polskiego lotnictwa. Jeżeli tak było, to wydaje mi się, że nastąpił jakiś brak we współpracy wojskowych z PZL. Nie widzę istotnej przeszkody aby priorytet produkcyjny nadać „Łosiom”, tym bardziej, że w produkcji samolotów występowały często opóźnienia niezawinione przez producenta, a związane przesuwaniem terminu dostaw przez kooperantów, zwykle tych zagranicznych. Warto przy tym podkreślić, że Sztab Generalny zwykle wyrażał zgodę na kontrakty eksportowe pod warunkiem, że nie będą one miału wpływu na terminowość dostaw dla polskiej armii. Biorąc to pod uwagę, wydaje się, że PZL wykroczyły poza posiadane zgody, jeżeli rzeczywiście opóźniły produkcję „Łosi” z powodu kontraktu eksportowego.

Na marginesie tej sprawy jedna uwaga do autorów Na krawędzi. W innym miejscu piszą oni, że być może niepotrzebnie rozbudowywano przemysł wojskowy, zamiast środki przekierować na sfinansowanie bieżącej produkcji uzbrojenia. Zwracam uwagę, że te dwa spostrzeżenia są wzajemnie sprzeczne. Jeżeli bowiem PZL Okęcie (WP1) nie mogła sobie poradzić z realizacją zamówień na jednoczesną produkcję relatywnie krótkich serii obu tych samolotów, to oznacza to, że inwestycja w PZL WP2 była niezbędna. Podobnie jak niezbędna była inwestycja w zakłady Cegielskiego w Rzeszowie (ppanc 37 mm i plot 40 mm), zakłady w Stalowej Woli  i w zakłady produkujące amunicję do masowo produkowanego sprzętu artyleryjskiego.

[4] Trudno ustalić, ile dokładnie ich mieliśmy we wrześniu 1939 roku. Najczęściej padają liczby 286, 306 lub 358, szczegółowa dyskusja tych liczb: Na krawędzi…, s. 357, przyp. 27.

[5] Finansowanie zamówień przedstawiam oczywiści w pewnym uproszczeniu. Rzeczywistość w 1939 roku była bardziej złożona, mam tego świadomość. Modelowo jednak argumenty są dość bezwzględne.

[6] Dla porównania warto sobie uświadomić, w jakiej sytuacji dziś jest polski przemysł zbrojeniowy. Nie jesteśmy w stanie wyprodukować nawet samolotu szkolnego, zatem o eksporcie nawet mowy być nie może. Ówcześnie sami produkowaliśmy cała gamę sprzętu lotniczego i eksportowaliśmy go do wielu krajów. Sprzedawaliśmy licencje na polskie konstrukcje, wspieraliśmy uruchomienie produkcji w innych krajach. Czy dziś bylibyśmy w stanie coś takiego zrobić? Zanim zacznie się krytykować ówczesne polskie sukcesy, warto sobie porównawczo uświadomić gorzką prawdę o dzisiejszych możliwościach Polski.

[7] Nic nie wiemy o losach znalezionych w transporcie armat. Wątpliwe jednak, aby w ówczesnej sytuacji frontowej dałoby się je zmontować i wykorzystać.

[8] Z „Łosiami” sprawa jest bardziej złożona, ale niepokoi sytuacja, że prawie gotowe samoloty, stały w fabryce i dostały się w ręce Niemców. W atmosferze mobilizacji chyba trzeba było podejmować decyzje, o skierowaniu do linii nawet nie w pełni wyposażonych samolotów, jeżeli spełniały minimum wymagań użytkowych no i oczywiście bezwzględnie przyspieszyć produkcję i czynności odbiorowe.



poniedziałek, 02 grudnia 2013, dijkstra-jg

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: Pingo, *.cust-83.exponential-e.net
2013/12/04 15:18:25
Jeśli chodzi o eksport dział przeciwlotniczych Boforsa to z tego komentarza wynika że ani autorzy książki ani autor komentarza nie dotarli do kulisów ich produkcji i eksportu.
A jak było? Proszę o kontakt - mariusz_horak[małpka]hotmail.com
-
Gość: lopo, *.iberbanda.es
2013/12/04 15:28:48
moim zdaniem bardzo rzeczowa analiza. nastepny dowod na to ze gdyby nie komuna, do ktorej zreszta bylismy zobligowani przez ruskich dzisiaj bylibysmy w zupelnie innym miejscu. ja kalkuluje ze na poziomie francji, moze ciut lepiej.
no i jeszcze po komunie zostaly przeorane mozgi komuchow ale to juz inny temat.
-
Gość: Mario, 82.160.125.*
2013/12/04 15:43:31
Ten co pisał wcześniej - gdyby nie komuna... Chłopie zapomniałeś o wojnie !!! Szokujące, jak ludzie są głupi wszystko zwalają na komunę, a wymordowane miliony, zniszczony i ograbiony kraj !!!
-
Gość: lopo, *.iberbanda.es
2013/12/04 16:07:06
nie trzeba bylo ublizac. wojna, mordy, etc. oczywiscie ze tez. ale komuna dokonczyla dziela zniszczenia razy kilka. rozumiem zes czerwona poluczyna. jakis post esbek, zomowiec, ormowiec, albo co najmniej post pzpeerowiec dlatego bronisz tego o czym wszyscy wiedza za wyjatkiem "myslacych inaczej", czyli was ze komuna to SYF, KILA i MOGILA. oprocz wojen, to najgorszy okres w historii polski! dobry tylko dla czerwonych gnoi.
-
Gość: amrik, *.emea.ibm.com
2013/12/04 16:35:37
Pierwsza rzecza jaka powinien zrobic rzad II RP to nie dopuscic do wojny w 39, nie dopuscic do tego zeby Rzesza zaatakowala nas w pierwszej kolejnosci. Trzeba bylo sie zgodzic na korytarz, przyjac niemieckie propozycje a nie szukac za piec 12 jakichs nowych sojuszy. Stosunek Anglii/Francji do sprawy Czechoslowacji powinien naszym rzadzacym dac do myslenia. Rzad powinien zadbac w pierwszym rzedzie o bezpieczenstwo swojego panstwa a nie jakis wyimaginowany "honor". Nie jest tak istotne czy Polska eksportowala uzbrojenie. Istotne jest ze prowadzila bardzo zla polityke zagraniczna, ktora w efekcie doprowadzila do smierci milionow obywateli i totalnego zrujnowania panstwa, z ktorego nie wykaraskamy sie prawdopodobnie nigdy.
-
Gość: Luszek, *.ip.netia.com.pl
2013/12/04 16:58:34
Z tym porównaniem stanu dzisiejszego przemysłu do ówczesnego to autor się trchę zagalopował.
Świat się trochę zmienił, dziś już nikt poza USA, Rosją i Chinami samodzielnie nie konstruuje samolotów czy śmigłowców.
Polska z naszym Orlikiem i SW4 jest wyjątkiem na skalę światową.
-
Gość: Don, *.superkabel.de
2013/12/04 18:02:04
www.ahistoria.pl/index.php/2010/10/reportaz-z-miedzywojennej-polski/

Masz, poczytaj o twojej drugiej Francji, tylko ciut lepiej...
W Polsce historiografia przestala istniec, a wlasciwie to ustapila miejsca bogoojczyznianej mitologii.
-
Gość: tadeusz542, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2013/12/04 18:18:35
Poszukując materiałów o wieży spadochronowej obejrzałem setki zdjęc na różnych portalach i między innymi z defilad które fundowały Polakom ówczesne władze. Nowoczesne czołgi nie gorsze od niemieckich, oddziały spadochronowe, piechota zmotoryzowana, nowoczesna broń strzelecka , myśliwce P-24 , Łosie , i inne gadżety. Ale skąd oglądający mieli wiedzieć ,że tego jest tylko na obsadzenie jednej defilady. Media w tamtym czasie robiły ludziom wodę z mózgów nie gorzej niż obecne. W efekcie beznadziejną obrona Westerplatte ,Poczy w Gdańsku, Węgierskiej Górki , epizod z Wieża Spadochronową , Obrona Warszawy czy inne bitwy kampanii nie miałyby miejsca gdyby ludzie i żołnierze znali prawdę . Zawarcie sojuszy obronnych z Anglią i z Francja to dopiero był idiotyzm , równie dobrze mogli ten sojusz zawrzeć z Chinami . Wojska Angielskie nosiły swego czasu czerwone kurtki żeby nie widać było na nich krwi . Zauważcie ,że francuscy dowódcy wojskowi noszą również dla zamaskowania brązowe spodnie .
-
Gość: tadeusz542, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2013/12/04 18:23:00
Ludzie ! Z komuną to wy nie przesadzajcie bo zauważcie ,że lata prosperity Gierka przypadły na 25 lat po wojnie a obecny burdel liczy sobie już 24 lata więc nie przesadzajcie , tam był kraj zniszczony wojną a tu kraj zniszczyli solidarnościowcy z mała przerwą na SLD
-
Gość: lopo, *.iberbanda.es
2013/12/04 18:55:07
artykul absolutnie tendencyjny.
brak statystyk, porownanie polski do bogatych niemiec i francji, angli a to nie cala europa! chcialbym zobaczyc statystyli z np. hiszpania, italia, rosja, rumunia.
kto ma WIARYGODNE statystyki europy z tamtego czasu?
-
Gość: , *.dynamic.chello.pl
2013/12/04 19:18:50
Kolejny artykuł z cyklu "przegraliśmy w 1939 bo mieliśmy gorszy sprzęt"(przynajmniej w podtekście). Zwracam uwagę, że francuzi i anglicy w 1940 mieli lepszy i ... przegrali z kretesem. Niemcy wygrywali na początku wojny dzięki innowacjom strategiczno taktycznym w zakresie sposobu prowadzenia wojny, a nie sprzętu. Stawiam tezę, że dla klęski w 1939 większe znaczenie miała rezygnacja z udziału WP w wojnie w Hiszpanii (rezygnacja z jedynego źródła pierwszorzędnych doświadczeń w zakresie nowoczesnej wojny bezpośrednio przed 1939) niż kwestie wyposażenia armii. Polska to chyba jedyny kraj, który do tej pory nie wie, dlaczego przegrywał w IIWŚ.
-
Gość: Irry, *.bialystok.vectranet.pl
2013/12/04 20:51:19
Szanowny Panie. W swoim artykule postawił Pan kilka tez do których należy się ustosunkować.
1. Co do myślenia ahistorycznego. Po Anschlussie Austrii perspektywa wojny z Niemcami przestała być akademickim rozważaniem Sztabu Generalnego a realną perspektywą co do której należy się bardzo szybko przygotować. Po zajęciu Czechosłowacji (w której radośnie wzięliśmy udział) pytanie czy wybuchnie wojna z Niemcami, zostało zastąpione pytaniem kiedy? Inną kwestią jest czy należało zrywać kontrakty z obawy przed zerwaniem przyjacielskich stosunków z niektórymi krajami Europy. Jak dobrze polska dyplomacja działała na polu utrzymywania dobrosąsiedzkich stosunków z naszymi potencjalnymi sojusznikami i przyjaciółmi niech świadczy fakt że w zasadzie byliśmy jedynym krajem w II WŚ który walczył sam. Jedyna zagraniczna pomoc o której wiem to udział czeskich pilotów...
2. Mówi Pan o dewizach za Boforsy wyeksportowane do Anglii. Kredyt otrzymaliśmy w ramach umowy dwustronnej z rządem JKM, nie był on jakimkolwiek korelatem umowy cywilnoprawnej. Nie było tak, że my wam działka za funty a wy nam Hurricane'y na kredyt. Można zdobyć się na niską zgryźliwość: działka dostarczyliśmy, walczyły później w Afryce. My myśliwców nie otrzymaliśmy.
W tym miejscu należy wspomnieć o istotnej kwestii, nie związanej bezpośrednio z tematem, ale bez niej dyskusja będzie niepełna. Mianowicie pozyskiwanie nowoczesnego sprzętu wojennego za granicą - głównie w Anglii i Francji. Oba państwa uznały za priorytet dostarczanie nowoczesnego sprzętu m.in Rumunii i Grecji, nie Polsce. Czyli nasze wysiłki dyplomatyczne, tudzież dyplomacja gospodarcza zawiodły. Sprzęt który przed wrześniem dotarł (francuskie czołgi) nie został wykorzystany w najmniejszym stopniu. Obciąża to w całości rzad sanacyjny.
3. Należy rozprawić się z mitem zyskownego i bardzo zyskownego eksportu naszego sprzętu wojskowego za granicę, głównie samolotów. Dużą część dostaw kredytowaliśmy, część drogich elementów (silniki samolotów) kupowaliśmy za granicą. Rynki zagraniczne zdobywaliśmy ceną i szybkością realizacji dostaw a nie jakością (ale to nie wchodzi w zakres artykułu).
4. Ma Pan rację, do Czerwonej Hiszpanii nie płynęły li tylko stokowe Lebele i Berthiery, ale także a raczej głównie mauzery wz. 29, wz. 98, rkm. wz. 28 i ckm. wz. 30. To jedyny znany mi przykład naprawdę zyskownego eksportu broni zza granicę, Hiszpania płaciła czystym złotem. Tak, mało kto wie; obok Rosji Sowieckiej byliśmy największym dostawcą broni dla Republiki:). jedyna dobra strona eksportu sprzętu latającego to utrzymanie ciągłości produkcji, utrzymywanie wykwalifikowanych robotników, utrzymywanie mocy przerobowych do zwiększenia produkcji w przypadku wojny. I miałoby to sens gdybyśmy walczyli nieco dłużej niż 14 dni. Bo w ocenie Rządu JKM po czternastu dniach kampania w Polsce została przegrana. Podkreślam również, że w odróżnieniu od wielu pasjonatów nie uważam, że wywiązywanie się z kontraktów zagranicznych wpłynęło na program Jastrzębia. Jastrząb i błędy popełnione w trakcie tworzenia tej konstrukcji to materiał na zupełnie inną rozmowę.
4. Nie jestem znawcą tematu, piszę z głowy, bez wsparcia materiałów źródłowych, ale mam jeden jaskrawy przykład, kiedy to realizowanie kontraktu zagranicznego wpłynęło na produkcję na potrzeby kraju. Piszę o radomskich mauzerach dla republiki które to skutecznie wpłynęły na produkcję Visów. Być może są i inne przykłady.
Na pewno 250 Boforsów wz. 36 nie zaszkodziłoby, zwłaszcza że niedostateczne wyposażenie w broń pepanc. mocno wpłynęło na obraz wrześniowych pół bitewnych.
5. Tak. Wyobrażenie elit wojskowych o przyszłej wojnie wywodziło się z okresu z przed 20 lat. W roku 1939 byliśmy dobrze przygotowani do I Wojny Światowej i wojny z Rosją Radziecką w 1920. Na wojnę z III Rzeszą nie. Tak. Tę wojnę, w opinii naszych generałów mieliśmy wygrać w oparciu o rezerwy. Z tym że GISZ nie bardzo wiedział z kąd te rezerwy będą... Myślenie życzeniowe na wojnie zabija równie skutecznie co kule.
-
Gość: Irry, *.bialystok.vectranet.pl
2013/12/04 21:10:33
Tak. Wojna obronna miała mieć inny przebieg. Demonstracja na granicy która miała upewnić naszych sojuszników co do chęci walki i determinacji naszych wojsk a później zorganizowany odwrót, walka na linii rzek i oczekiwanie na aliantów (dokładnie jak nadzieja, że Francuzi za Napoleona zrobią nam ojczyznę). Tyle, że niemieckie silniki czołgów i ciężarówek były dużo szybsze niż nogi i kopyta polskiej piechoty i kawalerii.
Mówi pan o protekcjonalnym stosunku historyków do decydentów wojskowych II RP. W mojej opinii (i jest to moja prywatna opinia, nie roszczę sobie pretensji do bycia jedynym i nieomylnym w tej sprawie) zasługa generalicji II RP w rozmiarach klęski wrześniowej jest niepodważalna. To prawda, że stanęliśmy do walki z najbardziej skuteczną machiną wojskową swoich czasów, ale do ostatecznego wyniku kampanii "dołożyliśmy" się znacznie. Mieliśmy b. mało argumentów. Kiepska siatka dróg, konieczność walki na stosunkowo dużym teatrze wojny, rozciągnięcie dróg zaopatrzenia przeciwnika na znacznej długości. Nie twierdzę, że skrócenie linii frontu, przyjęcie bardziej defensywnej taktyki walki w oparciu o naturalne przeszkody i linie umocnień (tworzonych nawet ad hoc) zmieniłyby wynik tej wojny. Ale być może przedłużyłoby zorganizowany opór do czasu gdy sojusznik dojdzie do wniosku, że lepiej walczyć na cudzym terenie niż na swoim. Tak więc bardzo krytyczne oceny dokonań polskich sztabowców są bardziej niż usprawiedliwione.
-
Gość: , 31.69.194.*
2013/12/04 21:36:56
Nie znam pozycji, którą komentuje Autor więc nie będę się odnosić do meritum ale mam uwagi do komentarzy:
[8]"...ale niepokoi sytuacja, że prawie gotowe samoloty, stały w fabryce i dostały się w ręce Niemców. W atmosferze mobilizacji chyba trzeba było podejmować decyzje, o skierowaniu do linii nawet nie w pełni wyposażonych samolotów, jeżeli spełniały minimum wymagań użytkowych..."
Prosze mi wytłumaczyć, z łaski swojej, co Autor rozumie pod pojęciem "minimum wymagań użytkowych"?
Czy obejmuje to także samoloty bez pełnego oprzyrządowania (brak celowników bombardierskich ) i uzbrojenia pokładowego? Czy wysyłanie takich samolotów do jednostek frontowych ma sens? Chyba tylko w celu "kannibalizacji" ale to z kolei nie ma sensu jeśli jednostka jest zmuszana warunkami frontowymi do bardzo częstego przebazowywania.
Samolot bojowy jest bezużyteczny jeśli nie może spełniać podstawowego zadania, do którego jest przeznaczony. Sam fakt, że lata, to trochę mało.
Przypomnę, że 17 oblatanych maszyn zostało przerzuconych do bazy w Małaszewiczach i dopiero tam uzbrojonych.
Dodam, że pozostałe samoloty NIE NADAWAŁY się do działań operacyjnych (a, niektóre nawet nie były zdolne do lotu) więc wymaganie podejmowania absurdalnych decyzji nie świadczy o znajomości przedmiotu w tym zakresie.
Przed mobilizacją, w jej trakcie i w czasie Wojny Obronnej polskie naczelne dowódctwo podejmowało wiele nieracjonalnych decyzji ale ta, o której mowa, akurat była właściwa.
[6]Tak zupełnie na marginesie (i, nieco złośliwie)... Proszę o podanie jakie typy samolotów bojowych produkuje Szwajcaria, która zapewne jest daleko bardziej bogatym, rozwiniętym i zaawansowanym technologicznie krajem. Porównywanie sytuacji z dwudziestolecia i obecnej jest mocno naciągane, zwłaszcza gdy przed wybuchem wojny jedyną nowoczesną konstrukcją lotniczą wśród samolotów bojowych był "Łoś".
Nienajlepiej, mimo wszystko, świadczy to o poziomie zaawansowania technologicznego polskiego przemysłu zbrojeniowego w zakresie produkcji lotniczej tamtego okresu. Żeby był jasne, to nie jest zarzut, to konstatacja faktu.
-
2013/12/04 21:49:10
Autor chyba jednak książki wystarczająco dogłębnie nie przeczytał... Błędem w 1939 było nie tyle nie wstrzymanie dostaw dla kontrahentów zagranicznych lecz zezwolenie na realizację tych zamówień przed realizacją własnych zamówień (przewidzianych na ten sam rok budżetowy 1939-40: w ówczesnej Polsce rok budżetowy to był kwiecień do kwietnia). Problem w tym, że np. chyba żadne działo 40 mm plot z zamówienia na tenże rok do WP nie trafiło, tak samo spora część armat ppanc 37 mm. W tym ostatnim przypadku sytuacja była fatalna bo trzeba było rezygnować z mobilizowania pełnym kompanii ppanc (po 12 dział) na rzecz kompanii po 9 dział a w dywizjach rezerwowych nawet i po 4 (lub 6) na pułk... A autor (przynajmniej jeden) często się udziela w dyskusjach internetowych zatem można z nim popolemizować.
-
2013/12/05 09:50:28
Już nie róbmy za wszelką cenę z sanacyjnych polityków i decydentów geniuszów! Skoro o wszystkim myśleli i wszystko robili tak dobrze, to czemu się to tak fatalnie skończyło...
-
2013/12/14 09:17:29
Za miłe słowa pod adresem autorów (a więc także moim) dziękuję. Obawiam się, że spora część uwag krytycznych wzięła się z nieporozumienia, lub wręcz niezrozumienia. To trochę tak jak ze znaną anegdotą o Stańczyku - czasem wydaje mi się, że w Polsce najwięcej jest nie lekarzy, ale historyków. ;-) Tymczasem w roztrząsaniu spraw historycznych tzw. zdrowy rozsądek jest niewątpliwie przydatny, ale jednak znajomość źródeł i literatury też bywa niezbędna. Bez nich bowiem dywagacje często sprowadzać się mogą do prostego "zdaje mi się".
Na wyjaśnianie każdej z uwag nie mam czasu (za co z góry przepraszam), ale gdyby ktoś życzył sobie komentarza do którejś ze spraw konkretnych - w miare możności postaram się służyć. :-)
-
Gość: , 31.70.128.*
2013/12/14 12:54:21
Drogi Panie!
Ilośc "historyków" w Polsce proporcjonalnie rośnie od lat wraz z dostępnością internetu. Niestety.
-
2013/12/23 00:29:12
Dzięki umieszczeniu na gazeta.pl linka do niniejszej noty, przez blog przemaszerowało ponad 10 tys. zainteresowanych, stąd gwałtowny wysyp komentarzy. Spróbuje na nie odpowiedzieć.
@woj_49 Bardzo dziękuję za zwrócenie uwagi na moja skromna notę. Pojawienie się autora omawianej książki w komentarzach do blogu jest tyleż sympatyczne, co rzadkie. Tym bardziej warte podkreślenia i uznania.
Rozczarowuje natomiast, zamiast podjęcia polemiki merytorycznej, protekcjonalne potraktowanie autora niniejszej noty. Podobnie protekcjonalny ton raził w książce stosowany wobec wojskowych decydentów II Rzeczypospolitej, gdy dotyka mnie samego jest po prostu przykry. W zakresie faktografii nikt z autorami równać się nie może, na co zwracałem w nocie uwagę. Czyżby oznaczało to, że autorzy są poza wszelką krytyką, bo nikt kompetencją faktograficzną ich nie przebije? Na polemikę co do ustaleń szczegółowych mogą pozwolić sobie nieliczni i tylko w ograniczonym zakresie, jak np. panowie Słupczyńscy w sprawie ustalenia wielkości eksportu armaty ppanc 37 mm wz. 36. Pozostałym pozostaje tylko ewentualna polemika w zakresie ocen.
Ponadto to w sumie oryginalne stanowisko, że jeśli ktoś się z autorami nie zgadza, to na pewno brak kompetencji, bo to jest jedyne tłumaczenie skłonności do polemiki.
Trudno się tłumaczyć, że nie jest się wielbłądem, nadmienię tylko, że studia historyczne ukończyłem, a literaturę przedmiotu z grubsza znam. Zatem potraktowanie z góry uważam za grę nie fair, bo przynależymy do tej samej gildii, mimo że zawodowo już historii nie uprawiam. Natomiast na pewno lepiej znam się na zarządzaniu, co w przedmiocie omawianej książki nie jest bez znaczenia.
@Luszek w sprawie porównania przedwojennego przemysłu lotniczego do dzisiejszego niestety się mylisz, przypominam, że nie tylko USA, Rosja i Chiny używają sprzętu rodzimej konstrukcji. Francuzi latają na Mirageach i Rafaleach, Szwedzi na Grippenach, Anglicy na Harrierach. Polskie ambicje ograniczały się niedawno do skonstruowania własnego odrzutowego samolotu szkolnego. Nie udało się. A taka potęga gospodarcza jak Czechy produkuje L159. Wystarczy do porównań, co tu można dodać.
@Don pierwsze słyszę, aby w Polsce ktoś uprawiał historię bogoojczyźnianą. Znam wielu takich, którzy z tym walczą, a nawet widzą w tym sens swojego istnienia. Nie znam tylko przedmiotu owej walki. Odwrotnie, ciągle słyszę krytykę i determinację do autoponiżania. Króluje Gross i Chochlew, ci też bogoojczyźniani?
@lopo kiedy się zdecydujesz czy mój tekst to rzeczowa analiza czy artykuł absolutnie tendencyjny to wtedy podejmę ewentualną polemikę.
@anonim, w sprawie Łosi mówiąc o wysłaniu do jednostek bojowych nie w pełni wyposażonych samolotów miałem na myśli tylko to, co w czasie kampanii wrześniowej zrobiono. Mianowicie z Małaszewicz wysłano 10 Łosi bez kompletnego wyposażenia. Oni dobrze rozumieli, że w warunkach bojowych używa się tego co się ma, a nie tego co się chciałoby mieć. W tym świetle polemika z moim adwersarzem wydaje się być zbędna. Mój postulat dotyczył tego, co i tak robiono, z tą tylko różnicą, że nie przyspieszono produkcji w Mielcu. Musi niepokoić, że 1 września kilka samolotów było gotowych w 98 i 95%. Zmieniając nawet w sierpniu priorytety, można było te samoloty wykończyć i przebazować do Małaszewicz w celu wyposażenia. Osobną kwestią jest, czy istotnie by to zmieniło sytuację, skoro wyposażenia i uzbrojenia brakowało.
-
2013/12/23 00:40:02
@Irry wiele wątków, a więc po kolei:
1. myślenie ahistoryczne radzę przeczytać książkę Overyego, jeszcze w ostatnich dniach sierpnia dyplomaci wierzyli, że wojny da się uniknąć. Jakkolwiek wojna była coraz bardziej prawdopodobna, to pewności nikt nie miał. Mądrzy, którzy wiedzą na pewno, pojawili się dopiero po fakcie wybuchu wojny.
2. w sprawie skorelowania realizacji angielskiego kredytu z polskimi dostawami nie mam precyzyjnej wiedzy. Zapewne wprost taki korelat nie funkcjonował, ale faktem jest, że Hurricany do Polski we wrześniu płynęły, zabrakło pojedynczych dni, aby dopłynęły, stąd złośliwości są zupełnie nie na miejscu. Czy możemy sobie wyobrazić, że Anglicy wysyłają sprzęt do Polski, a sytuacji, kiedy Polacy zatrzymują swój eksport.
Natomiast co do priorytetów rządów francuskiego i angielskiego to pomyłka jest oczywista. Ich priorytetem nie była Grecja czy Rumunia, ale zbrojenie własnej armii. Podobnie jak polskiego Sztabu Generalnego, który na wiele kontraktów eksportowych się nie zgodził lub odłożył w dalsza przyszłość ich realizację. Warto o tym pamiętać.
3. Zyskowny eksport nie był mitem. Tu po prostu występuje pomyłka faktograficzna. Podobnie jak przekonanie, że nie konkurowaliśmy jakością. Mojemu polemiście pomyliła się II Rzeczpospolita z PRL.
4. Sprawa produkcji sprzętu strzeleckiego to zupełnie odrębny temat. Zwracam tylko uwagę, że w tym samym czasie produkowaliśmy karabinek ppanc., wdrażaliśmy Morsa.
5. Wyobrażenia o przyszłej wojnie rzeczywiście nie były najtrafniejsze, ale dotyczyło to bodaj wszystkich europejskich generałów z wyjątkiem Niemców i Sowietów, którzy przygotowywali agresję i wyznaczali reguły gry.

@dean08 cały komentarz opiera się o pomyłkę faktograficzną. Zamówienia dla polskiej armii na armaty ppanc 37 mm i plot 40 mm były realizowane bez większych zakłóceń, w takim zakresie i harmonogramie, jak uzgodniony z polskimi władzami.

@keram06 o politykach sanacyjnych w ogóle nic nie piszę. Nie wiem skąd te negatywne emocje. Pisałem jedynie o przedwojennej generalicji. A wojnę przegraliśmy bynajmniej nie dlatego, że ci generałowie byli kiepscy, tylko dlatego, że istniała gigantyczna różnica potencjału gospodarczego i finansowego pomiędzy Polską i Niemcami. O ludnościowym nawet nie wspomnę. Tak z grubsza biorąc, to ten sam powód, dla którego Japończycy nie mogli wygrać z Amerykanami.

@tadeusz542 bardzo słusznie, że organizowano defilady i pokazy nowoczesnego sprzętu. Dowódcy mobilizowali społeczeństwo do zbliżającej się wojny. A może powinni robić coś odwrotnego?

@Pingo w książce są przedstawione kulisy eksportu dział przeciwlotniczych Boforsa na ładnych paru stronach; celem noty była polemika z niektórymi ocenami autorów, a nie streszczenie książki. Ale i tak odezwę się na zaproponowany adres.
-
Gość: , 31.70.0.*
2013/12/23 22:47:48
Jeden drobiazg...
Anglicy już nie latają na Harrierach od trzech lat. Zostały wycofane ze służby i sprzedane USMC.
-
Gość: , 31.70.196.*
2013/12/23 23:41:25
1.Łosie skierowane z Małaszewicz do eskadr liniowych były wyposażone.
2.Co można było przyspieszyć w WP Nr.2 w Mielcu, skoro owa, tak naprawdę, dopiero rozpoczęła montaż samolotów z elementów dostarczonych z WP. Nr.1 na Okęciu?
3.Proszę o podanie przykładu użycia bojowego samolotu PZL.37 bez uzbrojenia, interkomu, celownika bombardierskiego i radiostacji (jednego z tych dziesięciu, wspomnianych) w czasie Wojny Obronnej. Będę szalenie wdzięczny.

-
2013/12/27 21:57:09
@Anonim, w sprawie Harrierów - rzeczywiście nie latają już u Brytyjczyków. Warto tylko dodać, że konstrukcja była na tyle udana, że jej produkcję podjęli Amerykanie na potrzeby US Marines.

@Anonim w sprawie Łosi - polemika w sprawie przekazanych do linii w czasie wojny Łosi opiera się o brak znajomości faktów. Aby ja przeciąć, cytat z najnowszej monografii Łosia pióra dr. Andrzeja Glassa: "Od 6 do 17 września Brygada Bombowa otrzymała z bazy Małaszewicze uzupełnienie w postaci 10 Łosi B, lecz 6 z nich nie miało kompletnego wyposażenia i uzbrojenia." (A. Glass, Samolot bombowy PZL. 37 Łoś, Wydawnictwa ZP i Stratus, Warszawa 2012, s. 22) Nie potrafię powiedzieć, na czym te braki polegały, ale sam fakt jest poza dyskusją i pojawia się we wszystkich książkach poświęconych temu zagadnieniu.
W sprawie PZL WP2 w Mielcu uprzedzając kolejne komentarze zasadzające się na błędnym wyobrażeniu o zdolnościach produkcyjnych tych nowo wybudowanych zakładów dedykowanych do produkcji Łosia, przecinam je kolejnym cytatem: "Do wybuchu wojny opanowano całkowicie technologie montażu i uruchomiono produkcję głównych jego zespołów takich, jak: skrzydła, kadłub i usterzenie oraz zorganizowano montaż ostateczny i próby w locie." (A. Dziemianko, Przemysł zbrojeniowy w COP, ECE Toruń 2011, s. 155). Dodam jeszcze, że pierwszy zmontowany w Mielcu egzemplarz Łosia oblatano 1 lipca 1939, a do wybuchu wojny oblatano jeszcze 2 kolejne maszyny. Na hali montażowej pozostawały 1 września 2 sztuki Łosi gotowe w 98% i 3 sztuki gotowe w 95%. Nie widzę nadal powodu, aby przy większym sprężeniu nie wykończyć ich jeszcze w sierpniu 1939.
-
2014/01/04 18:44:29
Szanowny Autorze. Protekcjonalny ton jest ja widać kategorią stricte subiektywną. Skoro zaś proponowane wyjaśnienia merytoryczne Pana nie interesują, to więcej na ten temat do powiedzenia nie mam.

Co zaś do ostatnich wypowiedzi..
1. Oczywiście, że Wielka Brytania i Francja miały na uwadze głównie własne zbrojenia. To jednak uwaga banalna - tym bardziej, ze w polemice chodziło o dostawy dla odbiorców zagranicznych. A w tych dla obu wymienionych państw najbardziej hołubiona nie była Polska, ani też Rumunia, czy (w szczególności) Grecja, tylko Turcja.
Nawiasem - w Polsce Sztab Generalny w roku 1939 nie istniał już od dziesięciu lat. Odpowiedni organ nazywał się Sztab Główny - a różnica nie zasadzała się bynajmniej tylko na nomenklaturze.

2. Wbrew temu co napisał Irry do pełnej reallzacji przeznaczonych dla Brytyjczyków działek Boforsa w dniu 1 IX 1939 r. sporo jeszcze brakowało. Korelacja dostaw polskich i brytyjskich oczywiście nie istniała.

3. Dean08 ma oczywiście rację, bo po prostu dokładniej przeczytał omawianą tu książkę. Realizacja umów zawartych z Brytyjczykami wpłynęła na terminy dostaw sprzętu dla własnej armii.
-
2014/01/08 09:08:26
woj_49 - Nie wiem, gdzie, autor znany z dokładnej lektury, przeczytał, że nie jestem zainteresowany polemiką merytoryczną? Wręcz przeciwnie. Zwróciłem tylko uwagę, że w zakresie ustaleń faktograficznych trudno polemizować z osobami mającymi najgłębszą w tej sprawie wiedzę. Poza tym, starałem się w ten sposób oddać honor wybitnym badaczom. Zupełnie inaczej rzecz wygląda w zakresie ocen. Chętnie popolemizuję.
W zakresie tego co napisał dean08. Odnośne fragmenty Na krawędzi przeczytałem, także zrozumiałem, a nawet zapamiętałem. Stąd właśnie wiem, że Sztab Główny zaakceptował kontrakty eksportowe i zgodził się na przesunięcia harmonogramowe w dostawie armatek 40 mm. W takim zakresie, jaki został wtedy ustalony, kontrakty dla WP były realizowane w terminach. To właśnie dokładnie napisałem, kolejny raz zachęcam do dokładnej lektury. Zresztą wobec ustaleń autorów Na krawędzi w ogóle sprawa nie jest do końca jasna, bo w którymś z przypisów informowali jednocześnie, że potencjał produkcyjny armatek plot. 40 mm był w 1939 nie do końca wykorzystany.
Eksport ppanc. 37 mm, po zweryfikowaniu zdolności produkcyjnych polskich fabryk w ogóle nie powinien powodować większych perturbacji w realizacji dostaw wewnętrznych.
Jeżeli Woj znajdzie czas i ochotę zachęcam do rzeczowej polemiki. Będzie mi miło.
-
2014/01/08 15:39:59
Milczenie w odpowiedzi na propozycję oznacza jej odrzucenie. Inaczej być nie może. ;-)

Wspomniane przesunięcie terminów dostawy 40 mm armat plot. wz. 36 oznaczało faktycznie pozbawienie części dostaw własnej armii. W tym przypadku gen. Stachiewicz (bo to one zadecydował) winić może by i nie należało (oczywiście nie wiedział, ze datą graniczna będzie 1 września), gdyby nie fakt, iż wcześniej w podobnych przypadkach odpowiadał odmownie, tłumacząc, że "może za chwilę wybuchnie wojna". Tym razem akurat prawdopodobieństwo wybuchu było spore, a jednak... :-(

Przy czym wcale nie ma pewności, ze dostawy dla własnej armii były realizowane terminowo. Per analogiam: wiadomo, ze część dostaw dla Brytyjczyków była nieco opóźniona. I że nasz przemysł zbrojeniowy nie zwykła raczej dotrzymywać terminów.

Eksport dział przeciwpancernych oczywiście zubożył własną armię. Choćby dlatego, ze pierwsza dostawa dla Rumunów poszła z zasobu KZU, a więc własnego właśnie. W dodatku możliwości produkcyjne w tym akurat przypadku zostały policzone bardzo ryzykownie. O czym w książce napisałem.
-
2014/01/12 04:32:16
@Woj_49 Dzięki za komentarz.
W zakresie armatek 37 mm wz. 36 w monografii Słupczyńkich jest informacja, że 30 szt. dostarczono do Rumunii z nadwyżek produkcyjnych roku 1938/39, bez kompletnego wyposażenia. Sprawa ma ręce i nogi, bo Cegielskiemu opanowanie produkcji szło opornie i dostawy 1938 roku miały spore opóźnienia. Mogły to być armatki z tego czasu kategorii e. Tak czy inaczej przywołana w poprzednim komentarzu dostawa, inaczej niż Pan sugeruje, nie wpływała na harmonogram dostaw dla WP.
Przy okazji dobrze byłoby by wyjaśnić kwestie ilościowe. W książce, bez żadnych uzasadnień podano ilość 146 sztuk wyeksportowanych armatek 37 mm. Słupczyńscy uzasadniają szczegółowo eksport na poziomie 120 szt. Ich zestawienie trzeba by uzupełnić o jakieś dostawy dla Anglików. Może warto byłoby to zrobić nawet w niniejszej wymianie komentarzy, skoro w Na krawędzi nie ma żadnej szczegółowej rozpiski, jakie dostawy złożyły się na podaną do wierzenia liczbę 146 sztuk.
Armatki plot. 40 mm wz. 36 tu sprawa jest bardziej zagmatwana. Po pierwsze wydaje się, że w przemyśle istniały jeszcze pewne niewielkie luzy produkcyjne. Można je byłoby wykorzystać poprzez złożenie stosownych zamówień, zamiast rekwirować sprzęt przeznaczony na eksport (por. Na krawędzi, s. 350, przyp. 23).
Pytanie tylko, czy partyzanckie poprawianie planów sztabowców dałoby spodziewany efekt? Wydaje się, że nie, bo nie dysponowaliśmy do nich ciągnikami, ani regulaminowymi C2P, ani ewentualnie nadającymi się do wykorzystania C4P. Największa jednostka artylerii przeciwlotniczej 1 paplot. nie dysponował rezerwą ciągników ani ciężarówek, a nawet już sformowane baterie półstałe dysponowały tylko jednym ciągnikiem, a część żadnym i liczbą ciężarówek niewystarczającą do przewozu pobranej amunicji. Zatem wypadałoby przyznać rację sztabowcom, którzy zdecydowali się na przełożenie produkcji armatek 40 mm dla WP na rzecz produkcji eksportowej, bo i tak było jasne, że sformowanie baterii byłoby niemożliwe z powodu braku sprzętu motorowego, zwłaszcza ciągników. Produkcję sprzętu artyleryjskiego zapewne koordynowano z możliwą produkcją ciągników. A armatek 40 mm wz. 36, a tym bardziej wz. 38 nie dawało się podłączyć do trakcji konnej. Skokowy przyrost ciągników i ciężarówek był możliwy dopiero w 1940 i wtedy też byłby sens zwiększać produkcje 40 mm wz. 36 i wz. 38.
Skoro jesteśmy przy wyposażeniu, to warto na marginesie zwrócić uwagę, że cały passus poświęcony aparatom centralnym dla działek 40 mm jest nadmiarowy, bo dla artylerii plot. niższych kalibrów zdecydowano o nieużywaniu aparatów centralnych, które jak najbardziej miały zastosowanie w bateriach armat 75 wz. 36. To nieliczne w książce potkniecie faktograficzne. Przewidziano natomiast szybkościomierze, ale ich i tak w 39 jeszcze nie było. Najciekawsze, że nawet bez nich armatki sprawiały się nadzwyczaj dobrze.
-
2014/01/13 16:25:50
Wspomniane działa dla Rumunii stanowiły tylko część tej pierwszej, realizowanej przed terminem transzy złożonej z 36 egzemplarzy. Działa były sprawne,a brakujące wyposażenie już produkował Cegielski (skoro mógł dla Rumunów, to i dla nas też). Działa przejęło KZU, więc o materiale niepełnowartościowym pod względem wykonania mowy nie ma.
Gdy chodzi o ilość dział wyeksportowanych Słupczyńscy są zapewne bliżej prawdy (w tym przypadku, bo ta bardzo skądinąd porządna publikacja od całkiem sporych błędów wolna nie jest). Rozstrzygnięcia bez znaku zapytania nie zaoferuję, bo dokumentacja nie jest pozbawiona luk.
Miło by było móc rozbić ogólną ilość na części składowe, ale tu własnie brak materiału źródłowego. Trzeba ewentualnie sięgnąć po źródła brytyjskie; zrobiłem to paręnaście miesięcy temu na marginesie jednego z tekstów opublikowanych w miesięczniku "Poligon", ale to wciąż nie jest pełna wiedza.
Przed dyskutowaniem "partyzanckich działań sztabowców" się wstrzymam, bo nie o to chyba chodzi. Wiadomo jednak, że część ostatniej dostawy 40 mm armat plot. wz. 36 przejęta została w Gdyni przez marynarzy admirała Unruga. I choć także i tu brakło części wyposażenia, to jakoś dało się je całkiem dobrze zagospodarować. ;-)
Nota bene - plany produkcyjne na rok 1940 są znane - także iw tym wypadku sporą część sprzętu obrony przeciwpancernej zamierzano wyeksportować.
Przytyk dotyczący aparatów centralnych dla 40 mm armat przeciwlotniczych trafia kulą w płot - bo informacja, że nie były one tym przypadku potrzebne znajduje się w książce na s. 346, zresztą wraz z komentarzem. Wiem, że autor swój tekst zna na ogół lepiej - ale w przypadku kolejnych zarzutów proszę o uważną lekturę.
-
2014/11/05 02:50:04
woj._49 - Po dłuższej przerwie wracam do bloga i wracam tez do naszej dyskusji.
Myślę, że szkoda czasu na drobiazgi. Jesteśmy po tej same stronie historiograficznej barykady, nie o uszczypliwości tu chodzi, jeśli takie wystąpiły, to je wycofuję. Warto rozmawiać o rzeczach zasadniczych, czyli o wyrażonych w recenzji zastrzeżeniach, co do oceny eksportu polskiego uzbrojenia w 1939 i do tych fragmentów ewentualnie warto, aby autor się odniósł. Za sam fakt pojawienia się autora na blogu jeszcze raz wyrażam szacunek.
Jeśli chodzi o partyzanckie działania sztabowców to istota rzeczy polega na tym, że krytykując eksport armatek plot. 40 mm, trzeba by wskazać możliwości sformowania z tych zatrzymanych armat baterii przeciwlotniczych, a to, jak wskazałem, było raczej niemożliwe. Teoretycznie można sobie wyobrazić że armatki wz. 36 potraktowano by jako półstałe, a nawet całkiem stałe, ale to się nie mieści w żadnej logice sztabowej i ten poziom improwizacji jest możliwy tylko w czasie wojny (!), nie w czasie pokoju. Bardzo dobrze rozumiem oficerów Sztabu Głównego, którzy nie zatrzymywali tych armat, między innymi dobrze wiedząc, że nie da się z nich sformować normalnej, etatowej baterii. W innym przypadku musieliby naruszać zasady, które sami ustanowili (etaty) i za których przestrzegani byli odpowiedzialni. Partyzanckość proponowanych przez autora działań polega na tym, że w czasie pokoju musieliby naruszyć wszystkie zasady wg których działa armia.
A działanie wbrew, a nawet, pod presją wydarzeń, obok tych zasad, nie prowadziło do sukcesu w walce. Można dać tu wiele przykładów, ograniczę się tylko art. przeciwlotniczej, skoro o niej mówimy. W ośrodku zapasowym 1 paplot. pozostało po mobilizacji 8 armat 75 mm wz. 37, bez sprzętu kierowania ogniem, bez ciągników, bez ciężarówek. Te ostatnio pozyskano z rekwizycji, działa ewakuowano z Warszawy. Wpadły w ręce Niemców, nie oddawszy jednego strzału. Tak się kończą działania partyzanckie proponowane przez autorów. I drugi przykład: już sformowanym bateriom półstałych armatek 40 mm rozkazano ewakuować z Warszawy. Rozkaz był uzasadniony ściąganiem wszystkich możliwych sił najpierw za Wisłę, a potem na Przedmoście, ale abstrahował od wyposażenia tych baterii, którym brakowało sprzętu motorowego, w Warszawie, mogły spełnić swoja rolę, jako baterie stałe; zmuszone do przemieszczanie bez ciągników i ciężarówek, odegrały dużo mniejsza rolę, niż mogłyby, gdyby używano ich zgodnie z przeznaczeniem. Ten ostatni przykład jest o tyle ważny, że autorzy Na krawędzi sugerowali, ze w przypadku braku sprzętu optycznego, można było do plutonów 2-działowych dołączyć po dwie armaty tworząc czterodziałowe baterie strzelające w oparciu o istniejący sprzęt optyczny. Bez dodatkowych samochodów i ciągników, bo tych nie było. Przygotowujący takie jednostki kombinowane sztabowcy musieli by być geniuszami i przewidzieć, ze ich rozmieszczenie ma sens tylko w Warszawie lub na Wybrzeżu, bo tylko tam walki miały charakter stacjonarny. Przydzielenie ich gdziekolwiek indziej np. na Śląsk, oznaczałoby obniżenie ich wartości bojowej i utratę tego sprzętu po kilku dniach. Więcej zachodu i ryzyka niż pożytku.
Podsumowując, rekwizycja samego uzbrojenia bez stworzenia całego zaplecza normalnie formowanych oddziałów miała mały sens. W komentarzu p. Wojciech Mazur pisze, że na Wybrzeżu się udało, nie pisze jednak, że w takie samej sytuacji jednostki Armii Pomorze w ogóle nie były w stanie skorzystać z przejętych w wagonach armatek. Taki los improwizacji. Tylko dlaczego do niej zachęcać?
Pozdrowienia dla mojego szacownego polemisty i dla drugiego autora Na krawędzi również.
A poza tym marzę o drugim wydaniu Na krawędzi, poprawionym i uzupełnionym. Czy coś się święci?