Blog > Komentarze do wpisu
Góra duszy Xingjiana

Gao Xingjian, Góra duszy, okładka, recenzjaKolejna książka z cyklu chińskich fascynacji.

Gao Xingjian to pierwszy chiński laureat nagrody Nobla (2000), znany głównie jako dramatopisarz. W 1983 roku dowiedział się, że jest chory na raka płuc, a ta choroba zabiła wcześniej jego ojca. Doświadczył transcendentalnego pogodzenia się ze śmiercią aż do momentu, kiedy kolejne prześwietlenie wykazało czyste płuca. Jednocześnie dowiedział się, że jest zagrożony aresztowaniem za nieprawomyślność swoich utworów. Pobrał zaliczki od wydawców i uciekł z Pekinu. Odbył podróż po chińskiej prowincji przemierzając 15 000 km. Owocem tej podróży odbytej w bardzo szczególnych warunkach, ze świadomością otrzymania drugiego życia, jest właśnie przedstawiana książka.

Autor przede wszystkim szukał chińskich tradycji, podań ludowych, pozostałości wierzeń religijnych. Eksplorował obszary dzikiej natury nie tkniętej ludzką ręką. A we współczesnych Chinach, po zniszczeniach okresu maoistowskiego niełatwo jest coś takiego znaleźć. Wyraźnie szukał korzeni, tego co zadecydowało o tożsamości kulturowej Chińczyków.

W efekcie powstała książka o ambicjach literatury „mądrościowej” pełna przypowieści, baśni, wtrętów religijnych z wszystkich głównych tradycji (przede wszystkim taoistycznych i buddyjskich), lokalnych mitów, ludowych opowieści. Książka nie ma fabuły, przeplatają się w niej różne konwencje i style literackie, co zapewne było zabiegiem zamierzonym, mającym oddać zróżnicowanie doświadczeń autora w czasie wspomnianej podróży w poszukiwaniu głębokiej, nietkniętej przez socjalizm, chińskiej tożsamości, także przecież osobistej tożsamości autora.

Jaki jest efekt tych zamierzeń? Powiem szczerze, nie do końca zadawalający. Książka nie pokazuje żadnego spójnego obrazu, nie daje żadnej syntezy. Niestety nie należy także do łatwych w lekturze. Ciągle mamy do czynienia  z przeplatającymi się wzajemnie wspomnieniami autora, ludowymi opowieściami, dziejami pewnego romansu, fragmentami taoistycznej mitologii, historiami kolejnych zbójców, gwałtów, najazdów. Każdy z tych osiemdziesięciu rozdzialików jest na swój sposób ciekawy, zakończony delikatną puentą lub dającym do myślenia znakiem zapytania. W mojej głowie nie układała się jednak z tego żadna całość. Szkoda, bo zamierzenia autora były super ciekawe, ale efekt jest zupełnie nieproporcjonalny do ambicji. Być może książka będzie ciekawsza i życzliwsza w odbiorze dla innego rodzaju czytelników: tych, którzy lubią Coelho, a może dla tych zafascynowanych Podróżą do Babadag?

Dobry pogląd na klimat książki może dać cytat z jej zakończenia. Może komuś się spodoba, ostatecznie autor dostał Nobla; dla mnie jest raczej nieprzekonujące:

„Wodzę na śniegu za oknem zieloną żabkę, mruga jednym okiem, drugie, nieporuszone, szeroko otwarte wpatruje się we mnie. Wiem, że to Bóg. […]
Cudów nie ma. Bóg coś mówi, mówi do tej nienasyconej istoty ludzkiej, do mnie.
Czego jeszcze szukać? Domagam się odpowiedzi. […]
Udając, że rozumiem, wciąż nie rozumiem.
W istocie rzeczy nic nie pojmuję, nic nie rozumiem. Tak to jest.”

Moje wątpliwości budzi także i to, że autor w swoich podróżach, spotkaniach, dociekaniach w ogóle nie zauważa śladów spustoszeń wywołanych przez rewolucję kulturalną Mao. Jak można odtwarzać tkankę ludowej czy religijnej mitologii nie zauważając, że to, z czym się autor styka dzisiaj, to jedynie drobne szkiełka z przepięknego, ale kompletnie pogruchotanego witraża. Jakże to inna wizja swojego środowiska niż ta zawarta u Liao Yiwu. Dla dociekliwych dodam, że Xingjian pisał swoją książkę we Francji i nie musiał się liczyć z represjami w Chinach. Wygląda, że on po prostu tego nie dostrzegł.

Gao Xingjian, czyli autor

Tłumaczenie, szerzej, spolszczenie tej książki pozostawia wiele  do życzenia. Z bliżej niejasnych powodów w polskiej wersji pozostawiono oryginalne chińskie jednostki miar, nigdzie nie tłumacząc, jakie realne wielkości one oznaczają. Zatem jeżeli czytamy, że autor ma do przebycia 5 li, to nie wiemy czy to odległość 2 km, a może 5 lub 15. Podobnie jest z jednostkami powierzchni i wagi. Ponadto tłumacz nie należy do łatwo posługujących się językiem polskim, co daje np. taki skutek, że kobiety w całej książce się chichoczą, nigdy się nie śmieją, nie uśmiechają, tylko chichoczą (takich kwiatków jest niestety więcej). Ostatnia uwaga w tej materii jest grubszego kalibru – książka została napisana w języku francuskim, zatem pozostanie słodką tajemnicą wydawcy, dlaczego została przetłumaczona na polski z angielskiego.

Moja fascynacja Chinami trwa, zatem każdy artefakt z tego kręgu kulturowego spotyka się z moją życzliwością, zatem finalna ocena to 7/10.

Gao Xingjian, Góra duszy, Rebis, Poznań  2004

poniedziałek, 18 marca 2013, dijkstra-jg
Tagi: recenzja Chiny

Polecane wpisy

Komentarze
2013/03/18 01:39:18
Ciekawa recenzja. Niestety, od gustu tłumacza sporo jednak zależy. A jeśli chodzi o spustoszenia, których autor nie zauważa...Ma prawo myśleć, że o nich jednak wiemy. Chociaż rzeczywiście może jest mu za dobrze? Zakończenie mnie też nie przekonuje. Coś do nas przemawia, ale czy to koniecznie "Bóg"? Cudowność bez boskości istnieć też przecież może.
-
2013/03/20 12:23:26
@nazumi13 - Być może autor nie pisze o zniszczeniach dokonanych w czasie rewolucji kulturalnej, bo uważa to za oczywiste. I tylko pieczołowicie zbiera wszelkie ułomki, zakładając, iż każdy wie, że to tylko fragmenciki. Taka interpretacja jest możliwa. Choć jest oczywiste, że pisze dla zachodniego czytelnika, który raczej nie zdaje sobie z tego sprawy. Raczej dopatrywałbym się w tym chińskiej mimikry. Autor raczej nie chce wychylać głowy z okopu.
A co do obecności "Boga" - w religiach Dalekiego Wschodu wszystkie jest możliwe, panuje tam kompletny synkretyzm, kult przodków bez problemu miesza się z tradycją buddyjską, taoistyczną, konfuncjanizmem a nawet szintoizmem.
-
2013/03/20 13:01:06
Lubimy to!
-
2013/03/20 23:51:20
Tak. Wszystko jest tam pomieszane.
-
2014/05/30 10:14:31
Wszystko w tej książce ma sens i nawet się trzyma całości, dopóki nie wchodzą "na scenę" artykuły biurowe. Kto czytał ten wie o jakim absurdzie mówię...nawet nie wiem po co był ten zabieg...