Blog > Komentarze do wpisu
Południca Julii Franck

Julia Franck Południca okładkaPoczątkowo chciałem potraktować tę książkę, jako część trylogii szczecińskiej wraz dwoma tomami Ingi Iwasiów, ale okazało się, że Szczecin odgrywa u Julii Franck zupełnie marginalną rolę i akcja równie dobrze mogłaby się dziać w Królewcu lub Hamburgu. Poza tym są to książki zupełnie odmienne, zarówno formalnie jak i fabularnie, ale przede wszystkim Franck nie ma ambicji przedstawienia żadnej panoramy, żadnej syntezy. To zupełnie inna półka literacka.

Waham się, jak ostatecznie podsumować Południcę. Na pewno jest to książka wzorowa pod względem warsztatu. Julia Franck dobrze czuje język, jej opisy są być może wyczerpujące, ale nie nużące. Czyta się to po prostu dobrze, z zainteresowaniem i jest to największa zaleta tej książki. Podobnie konstrukcja jest bez zastrzeżeń. Ale coś jednak przeszkadza.

Akcja powieści zaczyna się Budziszynie. Helena pojawia się na świecie w rodzinie drobnego, cenionego w swoim środowisku przedsiębiorcy. Jej matka powoli pogrąża się w chorobie psychicznej, ale to w niczym nie osłabia miłości, jaką darzy ją jej mąż, ojciec Heleny. W tle tego związku czujemy jakiś mezalians. Pierwsza wojna destruuje i tak nie najlepsze życie tej rodziny. Ojciec wraca z frontu jako kaleka, córkom nie udaje się samodzielnie poprowadzić rodzinnego biznesu, choroba matki się pogłębia. Obserwacje psychologiczne są najciekawsze w tej właśnie części książki. Zastanawia, a może i budzi zazdrość, wierność młodzieńczej miłości ojca rodziny do swojej żony, nawet wtedy, gdy jej psychika jest już wykoślawiona i kontakt z nią jest bardzo ograniczony. Najbardziej poszkodowane są w tym układzie córki znajdujące się na emocjonalnym marginesie. Helena zaczyna pracować jako pielęgniarka, odnajduje się w tym zawodzie, ale okazuje się, że nie ma przed nią perspektywy rozwoju, bo nie będzie mogła studiować medycyny, o czym marzy. Siostry postanawiają skorzystać z zaproszenia ciotki i wyjechać do Berlina. Zła sytuacja w domu rodzinnym, zwiększa ich samodzielność i zmusza do wzięcia swojego losu we własne ręce.

W Berlinie dziewczęta trafiają do środowiska bohemy, a raczej z pretensjami do bohemy i to raczej towarzyskiej niż artystycznej. I tu już mamy standardową kliszę: jak środowisko cyganerii, to narkotyki i balowanie do białego rana i poranny kac, jak mieszkające wspólnie kobiety, to miłość lesbijka. Los jednak uśmiecha się do Heleny, zakochuje się miłością pierwszą, szaloną i odwzajemnioną. Jej ukochany jednak ginie w wypadku, a jej życie traci barwy i zamienia się w wegetację. Po pewnym czasie pojawia się jednak absztyfikant. Zakochany, zdeterminowany, proponujący małżeństwo.

W międzyczasie zmienia się też świat zewnętrzny, psychicznie chorych się izoluje, a posiadanie ich w rodzinie może świadczyć o genetycznym obciążeniu. Trzeba też wszędzie, zwłaszcza przy ślubie, legitymować się aryjskim pochodzeniem, a Helena ma z tym problem. Rozjaśnia się, jaki mezalians popełnił jej ojciec. Narzeczony Heleny jest jednak tak zdeterminowany, że załatwia jej lewe papiery i Helena zamienia się w Alicję. Po ślubie mąż daje się poznać jako nazista, a równolegle z ujawnianiem się jego poglądów politycznych, okazuje się, że jest tępakiem, buhajem, opojem i na dodatek rasistą. No, tu już autorka przesadziła znacznie, bo antysemitą nie staje się w nocy z czwartku na piątek, jeżeli miał takie skłonności, to po co żenił się z Żydówką i jeszcze na dodatek fałszował jej papiery biorąć na siebie współodpowiedzialność za ukrywanie Żydów? Tutaj stereotypizacja pokazała się w całej rozciągłości, zresztą w sposób charakterystyczny dla literatury niemieckiej, która najchętniej pokazuje hitlerowców w takich właśnie barwach (tępi, brutalni) i na dodatek w opozycji do całej reszty (większości) społeczeństwa – przypomniał mi się tutaj Kirst, inny rodzaj literatury, ale na pewno charakterystycznej dla Niemców. Nie chcę wdawać się w dywagacje socjologiczno-historyczne, powiem tylko, że jest to obraz nieprawdziwy i na przykład filmowcy (co prawda spoza Niemiec) widzieli ten problem w sposób dużo bardziej finezyjny, żeby przywołać tu chociaż Zmierzch bogów Viscontiego, Kabaret Boba Fosse’a czy Jajo węża Bergmana.

Z finalnym podsumowaniem mam spory problem, bo z jednej strony książka w sposób przejmujący pokazuje losy dziewczyny systematycznie gruchotane przez historię, pokazuje sporo ciekawych sytuacji, z drugiej jednak ulega stereotypom na poziomie takim, jak zestandaryzowane wypracowanie maturalne dziewiętnastolatki. Czy dowiedziałem się z tej książki czegoś nowego o postawach Niemców, o niuansach ich historii, a może chociaż przeżyłem jakieś oczarowanie egzystencjalne? Czy pojawiły się jakieś nowe pytania? Chyba jednak nie. Ale mimo to czytałem z przyjemnością. Po wahaniach 7/10.

Julia Franck, Południca, W.A.B. 2010

wtorek, 12 kwietnia 2011, dijkstra-jg

Polecane wpisy