Blog > Komentarze do wpisu
Głowa Minotaura

okładkaMarek Krajewski jest ciekawym fenomenem polskiej literatury kryminalnej. Cykl książek o komisarzu Eberhardzie Mocku odniósł tak duży sukces, że uruchomił lawinę retro kryminałów, których akcja osadzona była chyba we wszystkich większych miastach Polski. Nic w tym dziwnego, bo Eberhard Mock to udane połączenie Brudnego Harry’ego z Arsenem Lupin. Od pierwszego wziął determinację w walce z kryminalistami, posuniętą aż do używania przemocy i samosądów, od drugiego zaś nienaganne maniery i elegancki wygląd. Na dodatek wszystko jest przyprawione pociągiem do alkoholu i pięknych kobiet, co potęguje powszechną sympatię polskich czytelników do niemieckiego komisarza.

Poza tym opowieści o przypadkach komisarza Mocka umieszczone są w przedwojennym Wrocławiu, mieście ówcześnie niemieckim, czyli w Breslau. Obyczajowość tego miasta odtworzona została tyleż pieczołowicie, co uwodzicielsko. Na tyle uwodzicielsko, że bodaj wszystkie powieści Krajewskiego przeczytałem. Zostały one również przetłumaczone na wiele języków europejskich. Tak więc mamy do czynienia z poziomem europejskim zarówno w przenośni jak i dosłownie.

Pojawiały się co prawda też i pewne wątpliwości – kolejne odcinki przygód Eberharda Mocka były coraz bardziej do siebie podobne: morderstwo musiało być okrutne, ale i na swój sposób oryginalne, związane ze sferą seksualną, komisarz musiał w ramach śledztwa szwendać się po burdelach, chlać do oporu, walczyć z kacem i szukać ukojenia u panien podejrzanego autoramentu, a w decydującej chwili użyć przemocy brutalnie, ale przerażająco skutecznie. Sam zresztą sobie rąk mokrą robotą nie brudził, mając do dyspozycji twardych pomocników z kryminalnego podziemia, którym ongi puścił w niepamięć to i owo.

W najnowszej odsłonie przygód komisarza Mocka schemat został utrzymany: morderstwa są przerażające, ale i oryginalne – ofiary maja wygryzioną twarz, mają też podtekst seksualny – ofiary są zgwałconymi dziewicami. W trakcie dochodzenia policjanci oczywiście docierają do środowisk płatnego seksu, handlu ludźmi  i perwersji różnojakich. Podobnie jak w próbach wcześniejszych, jedynym sposobem poradzenia sobie z przeciwnościami, jest droga „na skróty”, czy jak mówi Mock, użycie imadła, czyli zastosowanie fizycznego wymuszenia, ale użytego w dobrej sprawie. Na dodatek wiele z tych wątków jest wyraźnie przeszarżowanych i doprowadzonych do ostatecznej ostateczności. Robią wrażenie. Ale niestety dają też poczucie powtarzalności, przewidywalności, ciągłego deja vu. Stanowczo dobra lektura dla tych, którzy cenią sobie przewidywalność, z góry lubią wiedzieć, co będą czytać, element zaskoczenia zostawiając tylko dla fabularnych szczegółów wydarzeń. Jeśli opisy wszystkich rytuałów są na poziomie, rzeczywiście może to być ciekawe.

Szkoda, że najzdolniejszy, a w każdym razie najbardziej popularny autor kryminałów osiadł na laurach. Wymyślił bardzo dobry schemat, dostąpił uznania czytelników, został twórcą rozpoznawalnym , a teraz tylko powiela sprawdzony szablon zmieniając tylko osoby sprawców. W tym kontekście drugorzędną sprawą jest w Głowie Minotaura współpraca Mocka z polskim komisarzem Popielskim  i przeniesienie połowy akcji do Lwowa, bo Popielski to taki drugi Mock, a Lwów to drugi Wrocław, bowiem i polski Lwów, i niemiecki Wrocław to kulturowe Atlantydy, po których poruszamy jak poszukiwacze-eksploratorzy tyle, że podszyci sentymentem.

Ponieważ wyżej zasygnalizowany schemat jest powabny, a dzięki wprowadzeniu postaci Popielskiego otrzymaliśmy tego potwierdzenie, książkę czyta się dobrze i warto ją polecać. Autorowi natomiast warto dać radę, aby schemat pozostawił, skoro czytelnicy tego oczekują, ale zamiast coraz bardziej pretensjonalnego szarżowania raczej spróbował pogłębić psychologię postaci, może trochę mniej jednoznaczności, a trochę więcej trudnych wyborów, gdzie nie ma prostego rozgraniczenie na białe i czarne.

środa, 17 marca 2010, dijkstra-jg

Polecane wpisy